Wizytówka

Dziś w ramach rozsiadania się na najwyższej półce poczułem, że coś uwiera mnie w  miejsce powszechnie uznawane za zakończenie pleców. „Drzazga?” zdążyłem pomyśleć, zanim wyplątałem rękę  z ręcznika i chwyciłem palcami twardy kawałek kartonu. To była wizytówka, zwyczajny biały prostokąt z imieniem i nazwiskiem:
 „Beata L...wska mgr fizjoterapii”.
 

Poniżej, pod pociągniętą grubą kreską linią, znalazły się jeszcze adres mailowy, nr Gadu-Gadu i telefon pani magister.
Pokazałem wizytówkę pozostałym obecnym – acz nie było nas wielu, raptem jakiś nowy z zawstydzoną „Nudity zone” koleżanką, spaślak z tatuażem zsuwającym się wzdłuż lewego ramienia oraz stały bywalec Św. Piotr Od Piosenek – i wywołałem w ten sposób kilkuminutową dyskusję na temat możliwości marketingowych saun polskich.
 

Koleżanka nowego okazała się specjalistką od public relation, więc w kilkunastu zdaniach wyłożyła nam silne i słabe strony takiego pomysłu, a potem wysupłała z ręcznika okulary i z kretesem skrytykowała „bo bez klasy” wizytówkę.
Wielowątkowej analizy jednak  nie było, gdyż nagle klepsydra się przesypała i wszyscy wypadli na zewnątrz - jedni do wanny z lodówą, drudzy w kierunku prysznicy, a  ja pod mini wodospad – po czym już nie wrócili. Nie wiem nawet czy podobnie jak ja, także i w tych miejscach znaleźli kolejne wizytówki pani magister.
 

Z tego wszystkiego w domu zguglowałem „marketing w saunie”, „fizjoterapia reklamy”, a na koniec „schorzenia kręgosłupa w rodzinie”. Wyszło, że  uporczywe nawroty bólu głowy żony to niekoniecznie skutek dyskopatii odcinka szyjnego, a raczej awersja na moją matkę.
 

Sauna potrafi rozwijać, zawsze to czułem!

Poprzednie | Następna