Sprawa kodu

Wchodząc do środka trafiłem akurat na zapachowców w trakcie ceremonii.
Było ich z pięciu licząc razem z tym najważniejszym, który właśnie po raz pierwszy zalał piec olejkiem i ręcznikiem rozganiał intensywny miętowy zapach.
 

Kiedy doszedł do helikopterka (kręci się nad głową ręcznikiem z częstotliwością śmigła helikoptera na jałowym biegu) powiedziałem, że napiszę kiedyś o tym książkę.
A ja ją kupię i przeczytam – powiedział jakiś ópaślak siedzący po lewej.
Jak powszechnie wiadomo w saunie zdejmuję okulary, więc nie byłem w stanie powiedzieć o nim nic więcej, ale ópaślak sam kontynuował:
- Do tej pory nie przeczytałem żadnej książki. Nawet jak byłem w szpitalu pięćdziesiąt jeden dni. Przynieśli mi wtedy taką jedną, strasznie grubą, bardzo pop, co to potem film z niej nakręcili. W Paryżu się trochę to dzieje... To było, no...
 Tu ópaślak stracił rezon, lecz na szczęście wymyśliłem co to może być i podpowiedziałem:
 -„Kod Leonarda da Vinci”?
 - No, k...wa, to ta! – przytaknął z radością.  – Dali mi tą książkę, trochę poleżała... W końcu się złapałem... przeczytałem jedną stronę i poczułem... że jestem zmęczony! Wstałem, wyszedłem do klopa, zapaliłem... Wróciłem, pytają, jak ta książka. „Ciekawa” mówię. A potem włączyłem mp3 i siedemnaście godzin słuchałem muzyki.

Poprzednie | Następna