Rytuał

Helikopterowcy vel zapachowcy mają swój uświęcony rytuał.
Rozpoczyna się pytaniem „czy można?”, po którym następuje  lekkie wietrzenie sauny, jako preludium. Po powszechnej zgodzie – czasem dodatkowo poprzedzonej pytaniem o skład rytualnych olejków – następuje polewanie  pierwszorazowe kamieni,  z których wonny zapach powoli wkręca siew  nozdrza saunowiczów.
 

Dalszy cykl obejmuje wydmuchiwanie powietrza spod pieca, „flagowanie” (naciąga się ręcznik na sztywno pomiędzy rękami i kręci, jak paradną flagą), muśnięcie oraz uderzenie gorącem od dołu, strzepywanie  najgorętszego powietrza spod sufitu i wreszcie helikopterek, który wrzuca na ciebie na przemian fale wrzącego i chłodniejszego powietrza.
Dziś była środa, a w takie szare dni tygodnia towarzystwo jest bardziej przypadkowe. Może to z tego powodu ceremonię prowadził nieznany mi mężczyzna. Owszem, polewał kamienie wzdłuż pieca i ze stosownym umiarem, potem pięknie flagował, muskał i uderzał, ale niespodziewanie skończył rytuał bez helikopterka.
 

Na półkach zapanowało zaskoczenie.
- Zaraz, zaraz – pierwszy przebił się przez ukrop Długi Nos. – To już koniec?
Jak to bywa w takich razach, po nim wszyscy wyrwali się z oburzeniem. Tak, że mimo braku okularów – leżały zawinięte w ręcznik, ale wszystko za szybko się działo, abym mógł z nich skorzystać i się rozejrzeć – dostrzegłem kurczącą się od oskarżeń sylwetkę ceremoniusza.
- Ja... –w końcu wybąkał – ja...
- On pierwszy raz – usprawiedliwił go z rogu jakiś głos.
- Musi jeszcze dużo ćwiczyć – zakończył sprawę Długi Nos, a reszta przytaknęła zgodnie, nie licząc mnie, który zmełłem słowa w ustach, bo właśnie, że mam poparzoną skórę w kąciku ust.

Poprzednie | Następna