
Wirtualne życie Neofita
Rolls - Royce z kalafiorami
Rolls – Royce z kalafiorami
Na początku był porządek. Rolls – Royce stał w garażu, a vegetables rosły na polu. Potem jednak pojawił się Dali i postanowił wjechać w bieli karoserii oraz kalafiorów na Pola Elizejskie. To było niezwykłe zdarzenie. „Koronczarka” Veermeiera uśmiechała się tryumfalnie, a paryżanki omdlewały na oczach rodzącej się TV. Św. Władysław daleki był od podobnych ekscesów. Ale na szczęście rodzice poczuli ów impuls happeningu i poczęli Neofita nieskrępowanie - w tłumie brzechwów, tuwimów, leśmianów, dostojewskich, remarqów, hemingwayów i innych france’ów przetykanych świętymi józefami z - za przeproszeniem – Związku Radzieckiego. Zanim jeszcze młodzian dotknął stanów świadomości, Św. Edward wyplenił władysławowskie portrety, wziął kredyty, intronizował małego fiata i wprowadził system powszechnej talonizacji. W owe dni stylowego „Topaza” zastąpił pełen kolorów „Jowisz”, a para cygańskich domokrążców osiedliła się przy hucie „Katowice”. Pojawił się także - jak wrzód wciąż bardziej bolesny - powielaczowy Kołakowski. W te dni z duszą rozedrganą Platonem Neofit poznał piękno socjalistycznego dostatku oraz smak ideologicznego rozpasania. Zabłąkany w szaleństwie dobrobytu, mimochodem uznał Świętych, zdał maturę i egzaminy na studia.
To był głupi kierunek, Neofit uczył się o zazębionych zębatych kołach krążących w metalowych skrzynkach. Wyliczał ilości zębów, analizował krzywizny i trajektorie, sprawdzał materiały i rodzaje smarowania. I pewnie planowo zostałby najsocjalistyczniejszym pod słońcem inżynierem - takim, co humanistów rozumie, ale pod warunkiem, że mówią o dźwigni prostej – gdyby nie akademik, a w nim frelka Joanna, Miłosz i „Kultura”. Przez nich posmakował egzystencjalizmu, potknął się o megalomanię Gombrowicza i ukochał Latynosów. – Wiele wiecie ! – pochwalił go Św. Opiekun. – Czy nie myśleliście, jakby tu waszą wiedzę wykorzystać dla Kraju? Możecie być elitą tego kraju!
Neofit nie poddał jego słów dialektycznej krytyce. Uwierzył, że
to prawda...
Zapłacił wpisowe – legitymacja nie była nadzwyczajna, czerwona z flagowym paskiem - i posmakował świata Św. Elyty. Nagrał wywiad z młodzieżowcem Św. Jurkiem, a Św. Zdzisław zaprosił go do Komitetu. W studenckim radio spróbował floretu ostrząc pióro na rówieśnikach pochowanych po deistycznych węgłach. Zabawa była niemała! Ale jakoś zaraz okazało się, że to nie całkiem gra strategiczna, że walka toczy bardziej na serio... Tak oto Neofit na własne oczy zobaczył, jak zazębione zębatki wywijają hołubce i fundują wypady z baru dla nadmiernie otwartych polemistów. W ów dzień pierwotnego zrozumienia zadziwił się po akademicku...
Był to czas, kiedy Św. Edwarda zastąpił Św. Wojciech. Przyszedł Dzień Święta Bez „Teleranka”, a po nim narciarskie ferie pierwszy raz bez kolejek do wyciągów. Neofit ze zdziwieniem stwierdził, jak mało święci są Święci... I że Święci mają problemy! Tuż po ponownym rozpoczęciu edukacji zaakceptował manifest współspacza i w marcowy wieczór razem wysikali na śniegu Polskę Walczącą. W owym roku - podczas zajęć w studium wojskowym - stwierdzono, że podstawą jego niezdolności do służby jest gruźlica narządu rodnego. A w trakcie wykładów z topografii, pułkownik Flaszka nauczał, jak bez chwili wahania odnaleźć na mapie „naszą stolicę Moskwę”. Neofit czuł, że Święte Chomąto nadmiernie uciska jego niewygimnastykowany kark. Upijał się co wieczór dwoma piwami, dzielił z Joanną wystany w kolejkach ser, a czytając Kolumbijczyka marzył o ucieczce do Macondo.
Któregoś wakacyjnego dnia frelka powiedziała, że już nie może bez niego żyć. Kupiła bursztynowe obrączki, zatańczyła salsę wokół ogniska na plaży i na lipcowe gwiazdy przysięgła mu wierność for ever. Złamał się, zawiązali podstawową komórkę. Złączyli stypendia i biblioteki, sprzedali nadmiarowy magnetofon „Radmor” i nauczyli się sypiać zaplątani w jej długie włosy. Wieczorami ze pewnym wstydem praktykowali Kamasutrę. Była wydana na odzyskanym z makulatury papierze i zszyta przy użyciu nici drugiej świeżości. Żółknące karty latały spłoszonymi stadami, gdy odbywali ćwiczenia praktyczne... Ale nigdy nie bywało, by nie było gdzie zmoczyć palca przy przewracaniu kolejnej strony.
Niedługo po ślubie zaczęto mówić o budowie dużego okrągłego stołu w miejscowości M. A kiedy go skończono, spotkały się przy nim Św. Rząd oraz – początkowo tajne w swojej świętości - Siły Społeczne. Rozpoczęły się negocjacje, a Św. Telewizja odcenzurowała się na tyle, że czerwony – a jakże – odbiornik co i rusz pokazywał na pierwszym planie mężczyzn w swetrach i bez krawatów. Przyszedł dzień, w który strony podpisały Historyczne Porozumienie będące obrazem Narodowej Mądrości. Neofit przegryzł na pół i tak już bardzo różową legitymację. W proteście samego przed sobą wykreślił pierwsze litery ze swego imienia. Teraz był tylko Fitem. Zwykłym zabrydżonym Fitem, który nocami bał się, że do imienia dołożą mu po „i” jeszcze „u”. Cierpiał! Cierpiał, ale wierzył, że to słuszna kara za nadmierną spolegliwość. Obserwował obrastający włosiem wysunięty podbródek i wiedział, że to KW (Kryzys Wartości).
Ich syn pojechał pierwszy raz nad Bałtyk i stwierdził – jak się potem okazało nie bez związku - że „strasnie duzo nalali wody”.
4 Czerwca 1989 roku Fit rozpoczął KARIERĘ. Zrazu dwufakultetowa wiedza okazała się całkowicie nieprzydatna, bowiem płacono mu od metra, a ściślej od długości wyprodukowanego drutu. Kilometry fi dwa koma osiem mm przekładały się na ilość wyjeżdżających z fabryki wagonów, a ich liczba miała odzwierciedlenie w fakturze wystawianej co miesiąc przez Bundesrepublik GMBH. To podobało się właścicielowi. Fit czytał „Zera w garniturach” i wspomniał o tym mimochodem. A to nie spodobało się właścicielowi...
Był jednak pracowity. Pomagały mu też zajęcia z logiki. Dzięki nim odkrył właściwą dla swojej służbowej funkcji regułę - czym częściej pił z dyrektorem fabryki, tym więcej wyjeżdżało wagonów z drutem. Po trzydniowym grillu w ruinach zamku w Ogrodzieńcu , Bundesrepublik GMBH zalało swą produkcją całe południe Niemiec. Właściciel się zachłysnął. Przywiózł mu z Rajchu auto za pięćset marek, a firma zatrudniła kierowcę. Otrzymał też zgodę na poświęcanie prywatnej wątroby do służbowych celów. Kiedy po raz pierwszy podjechał swoim Audi pod blok, z mieszkań jak jeden wylegli sąsiedzi. Musiał podnieść maskę, pokazać pięćdziesięciokonnego diesla, a potem wykonać rundkę po osiedlu. – Ale maszyna! – stwierdzono zgodnie, klepiąc go z zazdrością po ramieniu. Nadął się. Poczuł, jak bohater po tournee na Weście. Nie był już zwykłym Fitem - był Superfitem.
Lecz oto nastał kolejny przełom – i Św. Od Podatków Leszek. Cichy stróż i liberał robił bezgłośnie swoje, a dolar stał, stał i ani nie chciał podskoczyć. Właściciel Bundesrepublik GMBH pukał się przez jakiś czas w głowę, tu i ówdzie rzucał słowa powszechnie uznawane za obraźliwe, aż któregoś dnia stwierdził, że rynkiem lepszym dla jego inwestycji będzie Ukraina. Podjął decyzję i na początek odebrał Fitowi kierowcę. Aleksander z Olka stał się w ten sposób Saszą, który z naganem za pazuchą miał wyjechać do Kijowa. Fit już nie był Superfitem. Szef nie naciskał go na sprzedaż, a wręcz nie pozwalał pić, choć teraz dyrektor fabryki chętnie zapraszał na negocjacje. W domu frelka Joanna obcięła włosy, roztyła się i zamiast salsy tańczyła polonezy.
Nie podobał mu się ten Św. Leszek, a tym bardziej nie miał zaufania do Św. Elektryka. Mógł skakać bez konsekwencji przez płot! Mógł nieodpowiedzialnie sypiać na styropianie! Ale żeby zaraz na prezydenta? Powiedział sobie, że nigdy, w „Życiu Warszawy” NIGDY! Czemu on, a nie Siła Spokoju? Jak niepyszny pobiegł potem głosować, byle tylko nie wygrał Stan. Swoim iksem pogrążył radośnie „X” i marzył, by zrobili to wszyscy... Na szczęście się udało. Stan nie otworzył czarnej teczki, a Lech - wówczas jeszcze nie Św. Lech, o nie! - objął miłościwie panowanie.
Fitowi – który teraz był już Wiceprezesem Fitem - urodził się pomysł na dziennikarskie śledztwo. Blokowe odrzutowce ćwierkały o kaczorach, co wiją gniazda na telegrafie i brakowało tylko kubańskiego agenta, żeby znaleźć się w oku oscylatora. Fit był już w banczku, już się witał w jidisz... Na szczęście Bundesrepublik GMBH rozpoczęło drenaż wschodniego sąsiada, więc głupoty wywietrzały mu z głowy, bo poszedł na bezrobotne. Na dodatek frelka Joanna znów przytyła trzy kilogramy. Kiedy kładł rękę na jej wielkiej ..., czuł, że zbliża się pora zmian.
„Państwo stoi siłą małej i średniej przedsiębiorczości” – przeczytał w fachowej gazecie i choć po na mieście szło „TERAZ, K... MY!”, niezrażony postanowił zostać biznesmenem. Nie naciągnął białych skarpet, kupił za to podrabiany włoski gajerek i skórzaną teczkę. Założył ZOO. Ściślej, spółkę z o.o. Nie miał nic, kolega nie mieli nic... więc we dwóch mieli akurat tyle, żeby rozpocząć interes. Tak myśleli.
Minął miesiąc, potem pół roku...Nic nie wychodziło, nie mieli układu. Albo nie było pieniędzy, żeby zapłacić, albo ci, co mieli płacić nie mieli czym. Zrezygnowani w przypływie rozpaczy napisali zamówienie do huty Św. Lenina. Podpisali się MGR PREZES i MGR DYREKTOR, co na ich szczęście w owych czasach wciąż jeszcze odczytywano, jako Św. Św. Prezes i Dyrektor. A następnie wysłali pocztą. I jak to bywa w takich razach –o wszystkim zapomnieli szybko, następnego dnia. Aż tu któregoś lutowego popołudnia na dworzec zajechały towary. - Na ch... wam tyle złomu? – zdziwił się wyZAwiadowca, więc długo i bez sensu mu tłumaczyli, że to kasa na start. I że oddadzą, bo zarobią.
– Kapitalizm bez kapitału? Św. Karol by się w grobie przewrócił! – miał przedwojenną maturę, więc wróble powątpienia wciąż ćwierkały mu na odchodnym.
Pół roku później wyprzedali jednak żelastwo. Zysk zrobiła im nadzwyczajna inflacja, więc oddali długi i starczyło na to, żeby „weszli” w ziemię. Akurat padały PGR –y. Jego frelka nosiła kwieciste spódnice na gumce, więc na te pierwsze dożynki nie bardzo się nawet przebierała. Przyjechał wojewoda – w dwurzędówce, żona bardziej kobieco, kostium z „love me” na rękawkach – a Fit powitał go skromnie, w sukmanie. Obdzielił po bożemu chlebem i solą, zaprosił na gospodarski poczęstunek. Po gminie rozeszła się plotka, że to będzie drugie San Francisco.
Na sekendowe dożynki wyglądało niby dużo lepiej - sprzedali kawał pola pod budowę AŁCHANA – ale kłopot był w domu, czyli w ZOO. Wspólnik Fita - mały głowacz ze świdrującymi oczkami i kalkulatorem – zakochał się w miejscowej Marynie i podkradał na nią pieniądze z gorzelni, obór oraz chlewni. Dawała mu pod kapliczką, dawała pod oborami...Dawała przez telefon i na faksie! To fakt, że Borynianki z tego słynęły. Ale żeby zaraz, jak ta za przeproszeniem k...? Doszło do przewalanki w banku, doszło do drugiej w agencji. Pojawił się windykator, za nim policjant, prokurator i komornik. Wspólnik zniknął, a Maryna w ludowym - od Max Mary - stroju odjechała pekaesem w siną dal. Kiedy wezwano go po raz pierwszy na policję, poszedł z sercem lekkim. Przy drugim wezwaniu poczuł, że robi się ciężej, przy kolejnym wolałby wyjąć spod ziemi pieniądze, byle tylko nie musieć iść.
- A skąd wzięliście na tego rolls – royce’ a, że tak powiem?
– zapytał Św.
Komisarz Inkwizytor. – Macie dowód, że zarobiliście?
Tak oto wyjaśniło się, że Świętość nie zależy od koloru piżamy. Przypomniał sobie wówczas swą dotychczasową drogę...Tę ścieżkę fałszywą i krętą, którą od zarania musiał iść... Pomyślał o sprawczej ręce Świętych – dawniej czerwonej, dziś czarnej, różowej, zielonej... zresztą, kto by tam się połapał w tych kolorach! - i pomyślał o swoim codziennym Pchaniu Taczki. Uczuł tąpnięcie pod sercem. Cios, z którym przyszła wątpliwość, że przez całe życie w niedobrą stronę wiedzie go to Auteczko z Kalafiorami, ten jego Rolls – Royce z pomarańczową tapicerką i podkolanówkami z czarnych opon zdobionych chromowanym deklem. Chciał zawołać „NIE MUSZĘ TEGO UDOWADNIAĆ! TO WY MUSICIE! WY, ŚWIĘCI!!!”. Ale jeszcze nie potrafił. I był to ten sam wielki kamień, który go przyciskał od poczęcia...
Lecz teraz Fit go rozpoznał! Zrozumiał, że ten kulawy spadek - ten Strach z Największymi Oczami - podlega dziedziczeniu. I to dlatego wciąż jest. I że zawsze głodny - rozrósł się przez lata po cichutku – a teraz w swym rozpasaniu jeszcze roztył – i dawno już połknął jego Bolków i Lolków, Vinetou, Chłopców z Placu Broni, Judymów, Baryków, nawet Dyzmów i Yossarianów też! Przetrawił nawet tych, których on, Fit już nie pamiętał! I Etos...Etos też już połknął!
Jeśli idzie o zagrodę, to frelkę Joannę przerobił na babę do sprzątania. A ustami Maryny wraz ze spermą wysysał rozum wspólnikowi.
Nagle Fit pojął, że tak naprawdę to on sam reinkarnuje Św. Świętych. Że ich nie ma, że to tylko wielka, pokryta hologramami i zakłamana na przestrzał pustynia. Martwa przestrzeń, gdzie w lepszy czas liczyć można na samotność w necie, a w gorszy ledwie na sto jej lat według Marqueza. I krzyknął, że nie, że to nie może tak być, że pora zacząć siać i uprawiać. Że Rolls - Royce nie może stać w polu, a kalafiory rosnąć w garażu! Pies nie może latać, a ptak szczekać! On to zmieni, przypieczętuje koniec Autocenzury. Zrobi nowy porządek! Będzie Spartakusem, Jagiełłą, Siedzącym Bykiem! Zagłobą i rycerzem Yedi równocześnie... Będzie Neo w oprogramowaniu Mr Smith’a!
Poczuł rosnącą w sobie MOC. Napełniał się nią, napełniał....Napełniał, napełniał, napełniał i napełniał!
- Więc nie umiecie tego wyjaśnić, obywatelu? – atakowały go paragrafy schowane za woalką kiepsko wyuczonej uprzejmości.
I wtedy on, czując tężyznę napiętych nad miarę muskułów, wstał gwałtownie i podniósł nad głowę rozdzielającą ich maszynę do pisania. Była masywna - wyprodukowana jeszcze w Św. Pamięci Kraju Św. Ericha – lecz teraz nie ważyła nic, zupełnie nic. Opuścił ją na głowę Św. Inkwizytora raz, drugi, wreszcie – już niepotrzebnie - trzeci...
Zabił!
Rozedrgany, usiadł na krześle i wyliczył, że od Bugu do Odry pozostało jeszcze ze dwadzieścia milionów takich postaci. Ugiął się w sobie przed tą robotą, zakasał rękawy. Potem podniósł już całkiem posłuszne cielsko i ruszyli czynić śmierć, jak inni sieją ziarno...