Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Ile jest 0 + 2 = *

Notka o autorze

 

      Urodziłem się w 1959 roku. Troszkę czasu już od tamtej pory minęło, prawda? Jest właśnie lipiec 2008 roku, kiedy piszę te słowa i w „Newsweeku” toczy się dyskusja na temat mojego pokolenia. W niej jeden z redaktorów nazwał nas „antypokoleniem” - bez wspólnego mianownika i ideałów, za to z podkulonymi ogonami. Także fantasmagorią publicystów na temat ludzi, którzy doświadczyli tak dużo, że już nie da się ich zabić. Zauważył też - na szczęście nasze - że to my tę nową Polskę wybudowaliśmy; Polskę w Unii Europejskiej i Polskę z dolarem poniżej dwóch złotych. Zgodziłem się z nim wierszem „Pogodno”. Jestem  zombie.
        Przez pierwsze dwadzieścia trzy lata życia absolutnie nie przypuszczałem, że jestem pisarzem i poetą. Nie upoważniało mnie do takiego myślenia ani parę kartek dziecięcego pamiętnika, ani tępy refleks, który nigdy nie pozwalał powiedzieć we właściwym czasie i miejscu tego, co się we mnie akurat tliło.
       W połowie pierwszych studiów – wówczas myślałem, że to połowa, a tak naprawdę był to drugi i trzeci rok mojej pierwszej uczelni, Politechniki - zacząłem coś robić dla studenckiego radia. Z czasem zdecydowałem się na drugie studia, tym razem dziennikarskie na Uniwersytecie Śląskim, przez co dziś mógłbym siebie przedstawiać jako inżyniera dziennikarstwa lub może politologa transportu.
(To tu poznałem sławne nazwiska, którymi mógłbym się pewnie podpierać, ale nie chcę. I to u tych osób po raz pierwszy zobaczyłem „boży palec” - wyraz pasji silniejszej od osób, które ją w sobie nosiły. Nie doceniłem wówczas tego!).
Potem – to było wciąż jeszcze przed Okrągłym Stołem - zacząłem pracować w czarnobiałych gazetach. Zadziwiające to już były czasy. Każdego dnia mogłem napisać „więcej”, a mimo to teksy się ukazywały! I w końcu było mi dane uczestniczyć w pierwszych „prawie” wolnych wyborach. To było obrzydliwe przeżycie, uwierzcie.  I to bez względu na stronę, którą  się  wówczas reprezentowało. Zaraz po 4 czerwca miałem wakacje, lecz po nich nie potrafiłem już   wrócić  do  dziennikarstwa. Przedłużyłem urlop,  potem  wziąłem  następny,   w końcu się zwolniłem. Skorzystałem z wyciągniętej ręki bliskiego kolegi, tak jak on skorzystał z mojej lojalności.
Wylądowałem w biznesie i wkrótce wziąłem sprawy w swoje ręce.
Nie chciałem zmarnować czasu; wiedziałem, jak ma wyglądać moje życie, mój dom i mój samochód, i postanowiłem to osiągnąć. To było dwanaście dobrych lat. Bardzo dobrych i pełnych przeróżnych satysfakcji. Wtedy to gazety pisały o mnie. Dobrze. W tym czasie zamieszkałem w Czeladzi. Najstarszym mieście Zagłębia Dąbrowskiego, o lokacji wcześniejszej, niż np. Berlin. Ale które nie ma żadnego wartościowego zabytku i jest sypialnią coraz zachłanniejszej śląskiej wielkomiejskiej metropolii (już nie wiem, co to znaczy być Zagłębiakiem. No może tylko tyle, że się jada zalewajkę, a nie żurek).
W kłopoty popadłem w 2001 roku. Nigdy nie kradłem, więc ze zdziwieniem przyjąłem zarzucane mi rzeczy. Chciałem wykrzyczeć, że to nie tak, że nieprawda, że mnie wdeptują w asfalt. Ale nie miałem dosyć siły – chyba też wkrótce utraciłem także chęć – żeby bronić swoich racji. Jak często robię swoim życiu, pozwoliłem wyszumieć się burzy. Usiadłem w kąciku i po cichu cieszyłem się swoim maleńkim życiem. A w nim jeszcze mniejszymi szczęściami.
Właśnie wtedy wróciłem do pióra (które nie było już piórem oczywiście, tylko małym ekranem z globalnym logo). I do odkładanego od lat projektu, by zrobić coś na najwyższym poziomie, a przy tym dla wszystkich ludzi – tych najbliższych i tych chorych.
        Od tamtej pory minęło dziesięć lat. Pracowitych.
Z radością oświadczam w tym miejscu, że się udało. Naprawdę!
Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return. Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?
         Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części,
w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.

 

Krzysztof Macha - prozai, pisarz, poeta