Król jest nagi
20.06.10
Mistrzostwa Świata rozgrywane na drugim krańcu Ziemi - mam problem
z użyciem każdego niemal z napisanych wcześniej słów, bo inaczej zdefiniowałbym i „mistrzostwa” i „świata” i „drugim” i „Ziemi”,
ale kolokwializmy te tak wrosły w moją/naszą świadomość, że próba użycia innych słów mogłaby być poczytana za dziwactwo – więc te MŚ czy może World Cup 2010 mają i tę cechę, że jednoczą przed telewizorami kibiców najróżniejszych nacji i stanów.
Nie dalej jak dzień temu u zaprzyjaźnionego ze mną opolskiego Niemca nawet psy wyły z rozpaczy (po niemiecku???) po wstydliwej porażce deutsche mannschaft, a już wczoraj pierwsi do drugiej tury turnieju przeszli Holendrzy, zaś pożegnali się z szansami na awans dzielni i pięknie grający Kameruńczycy. W obu tych przypadkach przyszło mi wyrażać emocje, co oczywiste skrajne, bo raz jeden pocieszałem ogarniętego żałobą przyjaciela, a raz drugi deliberowałem nad niesprawiedliwością gry, w której najlepszy zawodnik duński (to oni pokonali Kameruńczyków, piszę o tym, bo przecież już za chwilę stanie się to nawet dla mnie zapomniane) w wywiadzie prasowym przyznał, że przeciwnicy byli lepsi od jego drużyny, choć niestety przegrali.
Ale nie o tym chciałem dziś napisać, tymi dwoma wyżej akapitami postanowiłem jedynie stworzyć klimat zdarzenia, które miało miejsce przy okazji kibicowania mistrzostwom. Zdarzyło mi się bowiem, że także wczoraj usiadłem na wspólnej kanapie ze znajomym oraz jego ośmioletnim synem, chłopcem tyleż zdolnym, co wysportowanym, który oprócz zapowiedzi „jestem geniuszem matematycznym” zdobywa oceny bliskie takiemu podejrzeniu, a przy tym udało mu się zasłynąć w ciągu minionego roku szkolnego zwycięstwami w pojedynkach judo, wygrywanych nawet ze starszymi od siebie przeciwnikami.
Otóż siedzieliśmy tak obok siebie, gdy nagle ojciec chłopca zaproponował, by ten zagrał w coś (jakąś grę) ze mną później.
- Coś ty! – odpowiedział ośmiolatek. - Z takim fajtłapą?
Jak można się spodziewać przez chwilę zakrólowało kłopotliwe milczenie. Potem znajomy usiłował zmusić chłopca do „przeproszenia wujka” tak,
by poprawność towarzyska zatryumfowała, lecz ten bronił się uparcie
i sytuacja stała się całkiem niezręczna. Rozładowałem ją w końcu ja, podnosząc w górę szklankę z złocistym płynem mistrza Jana Walkera
i byłbym pewnie zapomniał zupełnie i wkrótce o sprawie, gdyby nie to, że właśnie zaproszono mnie z wizytą do pewnej blogerki, której dziewięć kolejnych ostatnich tekstów przy całej swej prawdziwości i atrakcyjności ani słowem nie wspomina o najmniejszej ludzkiej słabości autorki.
Nazywam się macha, pomyślałem sobie po tej jej lekturze. Mam 50 lat
i składam się z małych placyków sukcesów i wielkich obszarów porażek. Ale jeszcze większej przestrzeni frajerstwa, o czym często zdaję się zapominać. Ten ośmioletni chłopiec przypomniał mi, że nie jestem tym, kim myślę, że jestem.
2010-06-20 22:49:12