Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Ile jest 4 + 4 = *

Chodź ze mną popatrzeć z Dorotki

23.4.15



Czasem, kiedy mam zły, albo trudny dzień jadę na Dorotkę.  Dla mnie to święta góra, takie osobiste
Stonehenge. Jeszcze nazywana „Złotą Górą", "Zagłębiowską Jasną Górą", Zagłębiowskim
Olimpem", górą „Tabor"  - dziś nieco podziurawiona prze krety i downhilowców -  zapewnia mi
sporą porcję ciszy i równocześnie energii, którą buduję, gdy ponad wierzchołkami drzew wpatruję się
- w od lewej do prawej i od stóp po horyzont – w metropolis*.  Gdy spoglądam na Katowice, gdy
wyszukuję dąbrowskie kominy Mittala, gdy patrzę na kościół w Gołonogu i kiedy wreszcie odnajduję
cienką żyłkę Brynicy oddzielającą Zagłębie od  Śląska. Zwykle widoczność jest słaba – jeśli nie psuje jej
smog niskiej zabudowy, to powietrze albo drży albo zasnute jest czymś, co nazywam sam dla siebie
widoczną niewidocznością.

Dziś chcę napisać o tym, jak z Dorotki widać moje miasto, Czeladź. Otóż nie widać stamtąd
rozsypujących się schodów urzędu, nie widać martwych kamienic rynku, nie widać zabitego kina, nie
widać fruwających folii i wywróconych koszy. Nie zobaczysz też budowy muru przy kościele,
wysmakowania jedynych takich w Polsce Term, nie da się dostrzec zielonego, nawet w środku zimy,
Orlika przy MCKS-ie. Nie ma się nigdy szansy wypatrzyć ludzi. Samochody niemal nie mają kolorów,

a bloki osiedli rażą swoim bezkształtem i są tylko poziomo - pionowymi maźnięciami lichego pędzla

z farbami urobionymi na szarej osnowie. Nikt, kto tak patrzy, nie rozpozna morw na Grabku, nikogo nie
ucieszą żółte kule rozkwitłych forsycji na osiedlu Słoneczna, nikt nie zobaczy uśmiechu pani

z kwiaciarni na Rynku.

Lecz mój widok z Góry Św. Doroty jest inny, piękniejszy.
Piękniejszy, bo prawdziwszy.
Prawdziwszy bo magiczny.
Bywa, że dostrzegam z niej uśmiechniętego urzędnika USC witającego parę młodą w dniu ich zaślubin
przed wejściem urzędu. Lub redaktora lokalnej gazety, gdy rwie włosy nad nieskładnym, choć
mądrym tekstem autora. Albo mojego kolegę Przemka Janowskiego, syberyjskiego podróżnika, który
z synem idzie na Borzechę, w porze gdy wszyscy normalni jadą do pracy. Raz kiedyś widziałem
stamtąd proboszcza, który całował dłoń dyrektorki banku na tle kolejki do sklepiku piekarników
Kłosów. A znów kiedy indziej, jak na targowisku do każdego sprzedanego chleba dodawali tomik
moich wierszy.  Dla miłośników sportów wodnych polecić mógłbym widok kajakarzy sunących po
Brynicy na tle plażowiczów i sklepu żeglarskiego; dla rowerzystów widok tłoku „górali” na ścieżce do
hałdy w Milowicach;  dla tancerzy - bal przebierańców w „Pod Filarami”; dla zmotoryzowanych -
ciągle zielone światło na Katowickiej, dla saunowiczów - Czeladzkie Mistrzostwa Świata w kategorii
open…

A kiedy popuści się bardziej wodzy fantazji zobaczyć można jeszcze więcej - górników, co idą na
szychę do „Ernesta”, uczniów szkoły gospodarstwa domowego, którzy wyruszają na wycieczkę do
Kattowitz, wojnę „Szwedów” ze  „Ślonzokami”… I w końcu nawet bywa, że zobaczysz Franciszkę
Mazurową, z domu Marczyk, która rodzi w bólach swemu mężowi Idziemu, maszyniście
w kopalni „Saturn”, syna Józefa, przyszłego profesora od rozpraszania chmur, uznanego na
całym świecie. A potem jakże już łatwo rozpoznać Jana Tylca, wartownika odzyskanej wolności,
któremu trafił się honor pierwszej warty przy Słupku Zaślubinowym w Pucku. I Generator
„Wanda” zobaczysz, i założycieli „Societe Anonyme des Mines de Czeladz”, i  pierwsze w Polsce
olśniewające bielą plastikowe okno z „Ergu”.

Pięknie widać to moje miasto Czeladź z Dorotki, naprawdę pięknie.

Pięknie… Tyle że aby to wszystko zobaczyć trzeba popatrzeć przez specjalne okulary.
Potrzebny jest model patriotyczny, koniecznie wersja holistyczna, historyczna i optymistyczna
zarazem. Wymagany jest kolor różowy, z obowiązkowymi przetarciami opraw na czarno,
nosi Jacek Rykała wychylający się co i rusz z bramy któregoś sieleckiego podwórka,
zdecydowanie węglem. Jest moda na te okulary, naprawdę…
nosił  Robert Talarczyk inspirując „Skazanego na bluesa”, i „Morfinę”,
nosi Krzysztof Zięcik marznący przy lokomotywie na dworcu Piaski.
Nosiła takie Małgorzata Szejnert w „Czarnym ogrodzie”,
A kiedyś, jeszcze przed nimi, nosili je uczniowie pierwszej w Polsce, a przecież czeladzkiej,
tysiąclatki, pamiętacie? 
Właśnie takie okulary zakładam, gdy jadę popatrzeć z Dorotki na nasze miasto.
A może… może założysz je  i Ty?

         

*Co najmniej od czasów filmu „Metropolis”  Fritza Langa „metropolis”  kojarzy się negatywnie, jako
przestrzeń życia ludzi zdominowana przez techniczną funkcjonalność aż do sfery prywatności. Myślę,
że dziś zmierzamy do tego miejsca bardzo szybko.


 

2015-04-23 19:55:37

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Zając mądry prawie jak ja

7.4.15

W pierwszy dzień pracy po świętach
zwierzęta spotkały się w zoo nieco ociężałe. Jedynie Zajączek,
mimo odstającego brzuszka jak zawsze nie stronił od żartów.
Nic więc dziwnego, że nagle spytał:

- Kto to jest : z wielkim brzuchem, po świętach,
 ledwie mu się chce przejść dwa kroki i już stęka?

- To ja! - pomyślał Borsuk i odpowiedział. - Myślę, że to ty Zajączku.

- Ja! - zgadła Antylopa i wybekała. - Zaaaaa-jąąącccc!

- No ja! - domyślił się Niedźwiedź i zamruczał. - Ty ty, Zając?

- Hmm, to ja!- stęknęła Wilczyca. I szczeknęła  -  Za - jąc! Za-jąc!

-Tak, zgadliście! - odpowiedział Zajączek. - to Ja. Ja!!!

- Mądry ten Zajączek - pomyślała Sowa. - Mądry! Prawie jak ja!
 

2015-04-08 14:28:14

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Bardzo...bardzo....

życzy Macho ;)

2015-03-31 14:11:48

Czytaj komentarze (3) / Dodaj komentarz

Poza wszelkie granice machy

Sensacją dnia jest fakt
Że piłkarz reprezentacyjny z nr 16 nie odebrał telefonu
Od piłkarza reprezentacyjnego z nr 9
Poniżej mówi się o Pięćdziesięcioleciu  Miss World z Nadwisły
40 tysiącach uzbrojonych po zęby Rosjan u granic Niebiesko-Żółtej
O Angelinie Jolie która właśnie amputowała sobie kolejny atrybut kobiecości
I trochę o traumie rodzin pasażerów Germanwings
Którym wyobraźnia podsuwa ostatnie chwile ich bliskich nad Alpami
(tragedia już nieco nieświeża)
Headline newsy krzyczą oczywiście wściekłymi barwami
Z niezamierzoną dyskryminacją daltonistów

Wszystko to obserwuję na tle dwóch nieżyjących przywódców
Którzy całują się w usta miłością czystą  polsko-radziecką
A równocześnie z programu uniwersyteckiej konferencji  wypisuję rodzaje czasu
Czas społeczny
Czas kulturowy
Czas historyczny
Czas sakralny
Czas antropologiczny
Czas ilościowy (kwantytatywny) i jakościowy (kwalitatywny)
Czas linearny (wektorowy) i cykliczny (kołowy)
I czas przyrodniczy rzecz jasna 
astronomiczny i naturalny

Potem w Google  czytam jeszcze o ukrytym porządku
I  że w ujęciu  kwantowym  pojęcie czasu 
nie istnieje

Fantastycznie jest żyć w takiej wolności
Fantastycznie
Fantazja to taki rodzaj wyobraźni której entropia bez problemu wzrasta
poza wszelkie granice machy

 

2015-03-29 19:49:43

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Andaluzyjskie kopyto

20.03.15.

w pierwszy dzień wiosny, w chwili zaćmienia słońca
z niewysłanych do ciebie maili
trzymam zdjęcie kępki sonchus oleraceus
wystającej niepewnie spośród posuszy zimy
jak oczy umierającego ojca z martwego już niemal ciała
nad nami zaćmienie tak wielkie
że widać tylko kopyto andaluzyjskiego konia
rozgniatające mlecze na miazgę

 

2015-03-20 12:21:30

Czytaj komentarze (4) / Dodaj komentarz

Autentyczność śmieci

14.2.15

To było dawno.
Na tyle dawno, że dziś jestem w stanie opisać niektóre z tamtych chwil na nowo,
bez strachu i wściekłości równocześnie ściskających mi przełyk.

W lutym 2002 roku gazety pisały, że jestem „szefem grupy mafijnej na południu Polski”*,
a ja znajdowałem  się w areszcie przeżywając trudne, choć w jakiś sposób
absurdalnie śmieszne „polskie” chwile. Jedną z  nich były z pewnością Walentynki 2002.

Pamiętam, że wszyscy wówczas - może z wyjątkiem Ziomka, który wypuszczony
z pewnością nie potrafiłby samodzielnie  trafić do domu - myśleliśmy o jakichś
swoich kobietach, tęskniliśmy za nimi, marzyliśmy.
I z pewnością je mocno idealizowaliśmy. 

Byłem już wtedy gdzieś w połowie „Przystanku Śmietnik”, więc  nie było niespodzianką, że ktoś pod celą poprosił mnie, żebym mu napisał kartkę walentynkową. Nie pamiętam już teraz, co na niej było. Ale spodobała się na tyle, że  pojawiły się kolejne zamówienia. Było wiadomo,
że będzie równymi literami, bez błędów ortograficznych, że składnie…
I do tego oczywiście z Walentynką.

Ja jednak po kilku kartkach postanowiłem pisać wierszyki.
Na przykład takie:

JA.
Walenty.
Walentyna.
Walentynki.
Walentynkowe. Z Walentynek. O walentynkach.
Kochanie. Wiara. Nadzieja. Siła.
MY.
Dom. Rodzina. Oddanie. Miłość.
O Walentynkach. Z Walentynek. Walentynkowe.
Walentynki.
Walenty.
Walentyna.
TY.

Te  wierszyki się nie przyjęły. 
Bez skutków, ale się nie przyjęły. To nie był świat tamtych facetów, ani ich kobiet.
Okazało się, że twarde,  sękate chłopy po prostu nie funkcjonują w takim świecie.
Arsen wciąż za dużo myślał o kupowaniu i sprzedawaniu kałasznikowów,
Ziomkowi po piciu rozpuszczalników brakowało piątej klepki,
Bosman garściami zżerał leki broniąc swojej obojętności,
Napoleon był za stary na aż takie wzloty.
 A  Billy…, Billy po prostu nie wierzył nikomu, więc czemu miałby wierzyć,
że warto dać drugiemu człowiekowi miłość?

Z poziomu mojego machomańskiego hedonizmu widzę dziś  sens w ich zachowaniu.
Ale czy to nie dlatego, że śmieci zawsze są prawdziwymi śmieciami,
a dobro tak często bywa g...  owiniętym w sreberko ?



__________________
* System wypluł mnie  już w marcu 2002 r. Prawie trzynaście lat później zostałem oczyszczony ze wszystkich zarzutów.
W Polsce słowo „przepraszam” nie istnieje w takich przypadkach.

2015-02-14 09:00:19

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Stroiciel kamertonów

8.1.15

 

Ta historia rozpoczęła się dla mnie mailem od Staszka Pisarka, mojego kolegi-wydawcy, który przysłał mi te wiersze, komentując swój ból zaskoczenia w ten sposób :
 

"… to było 20 lat temu, ten chłopak miał wówczas 20 lat, młodszy ode mnie o niemal drugie tyle. Lgnął do mnie, bylem dla niego autorytetem. Przychodził do wydawnictwa,  pomagał przy pakowaniu. Taki twardziel, trochę chuligan. Nie dostrzegłem problemów. Nawet nie pomyślałem, że mogę go ustrzec przed samobójstwem. Potem zniknął, zapomniałem o tym. Dziś, niespodziewanie przez FB nawiązał ze mną kontakt jego brat. Zapytał czy pamiętam Tomka, a później wysłał mi te wiersze. Nie wiedziałem, ze pisał..”
Dziś  chciałem Państwu przedstawić kogoś, kto już odszedł.
Gdyby żył, miałby teraz czterdzieści dwa lata, dorosłą córkę i życiorys z pewnością pełen ran
 – tak zabliźnionych, jak i najnowszych.  Tomek Kuta odszedł w wieku 22 lat, zostawił po sobie zeszyt z wierszami, które matka, z zawodu nauczycielka zebrała je w piliku wordowskim.
Co dziś o nim wiadomo?
Tomek Kuta urodził się w zagłębiowskiej rodzinie mieszkającej przy ul Bytomskiej, która parę lat później przeprowadziła się na Piaski. Najpierw Szkoła Podstawowa nr 5, później Technikum
Górniczo-Elektryczne w Czeladzi, wreszcie praca na kopalni „Staszic”, a od w 1995 roku studia
na Wydziale Górnictwa i Geodezji Politechniki Śląskiej w Gliwicach.
 
Niepokorny, przez wielu traktowany jak chuligan wśród rówieśników miał mnóstwo kolegów
i znajomych. W szkolnym zespole muzycznym grał na gitarze basowej, potem jeszcze można go było zobaczyć  na próbach  w Hali Jubileuszowej. Zadzior - atakowany w szkole o długie włosy,
w proteście ogolił się na łyso. Czuł w sobie misję naprawiania świata, to dlatego wydrukował sobie
wizytówkę „Tomek Kuta, stroiciel kamertonów” - stroiciel urządzenia,
którym stroi się wszystkie inne instrumenty muzyczne.

Matka mówi, że był nadmiernie wrażliwy, co przed światem ukrywał maską twardziela.
A jeszcze częściej bywał po prostu duszą towarzystwa. I tylko niektórzy wiedzieli, jak bardzo
czuje się niedopasowany do świata i jak naprawdę to przeżywa. Wydawał się sobie samotnym
 w tłumie, nie potrafił  żyć wśród - jak to gdzieś napisał -  „obojętnych ignorantów”.  Pogubił się,
kiedy w jego życiu pojawiła się córka Ania. Jej mama miała wówczas 15 lat, on 18.
Jak wejść w dorosłe życie, skąd wziąć pieniądze, jak z pracą, czy ślub… Być może, gdyby lepiej zdiagnozowano to czym się otruł, pozostałby przy życiu, choć już wtedy chyba go nie chciał.
Pogrzeb był świecki, przyszło mnóstwo młodzieży, kilkaset osób.
Prowadzący go ceremoniarz przeczytał „Ogrodnika”…

Tomek Kuta pisał 3 trzy lata (1992-1995). W zeszycie, który przepisała matka, zostawił 64 wiersze,
z których tylko jeden, „Wolność” opublikował za swego życia; w zbiorze „Ślady” z 1993 roku,
pod redakcją Jacka Golonki wydanym przez miasto Będzin.

Myślę, warto poświęcić parę słów historii tego niepokornego chłopaka.

 

Dlatego to  publikuję. 


 

Wolność

Czerwony tramwaj mknący po ulicach
Wydaje się być wolnym
Sunie żwawo od przystanku do przystanku
Zabierając po drodze ludzi śpieszących
Do domu, do pracy,  do szkoły
Lecz  w tym maniakalnym zachwycie
Nie pamięta o dwóch szynach,
Które są jego  więzieniem.

540 DDC

Padnij powstań
To nic że twarzą w błoto
Człowieczeństwo zostaw w szatni
Padnij, powstań
Dopnij mundur, ściśnij pas
Brązowe stopy, zielona skóra
Padnij, powstań
Masz tylko dwa prawa
Wdech i wydech
Padnij, powstań
Uśmiech na twarz
Jutro od nowa

 Wyrok

Nieistniejąca dusza
Uwięziona w ciele
Będącym celą
Nie ma prawa amnestii
Wyrok śmierci
Jest jej wybawieniem

Ogrodnik

Bóg jest ogrodnikiem
który decyduje o tym
która roślinka marnieje w cieniu pod murem
pożerana przez tabuny robaków
aby w końcu zamienić się w zeschłą rózgę
lecz nie wie ten wszystkowiedzący
że te piękne, kolorowe wytwory jego pracy
mają kolce i są najczęściej trujące

Bóg w swojej chorobliwej pracowitości
hoduje również chwasty

 

Tomek Kuta (1973-1995)

2015-01-15 13:55:54

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz