Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Powrót

1.5.14

Pewnego dnia poczułem pustkę.
 Bałem się zajrzeć na moją stronę, bałem się zajrzeć na mojego bloga.
Nie wiadomo czemu nagle wszystko stało się takie nieważne,
taki już powiedziane, już ograne.

Najpierw moi Czytelnicy cierpliwie czekali, potem Znajomi nieśmiało zaczęli pytać w prywatnych rozmowach.
„Dlaczego”, „czy coś się dzieje”, „jaki problem”…
A potem już padały zdania ostrzejsze – „co ty robisz?”, „czy nie widzisz, że...”,
„Macha, ludzie... ty pisz!”.
Dalej nie potrafiłem.

Nie wiem czy potrafię teraz, choć próbuję.
Wszechogarniająca pustka spraw nieważnych – do pozamiatania, do schowania pod dywan,
 do wyśmiania czy wycieszenia się byle gdzie – wciąż jest we mnie.
Ale też czuję, że wróciło mi trochę sił, że – ku mojemu zaskoczeniu - dzięki sporom
i dyskusjom (Jeju, zwłaszcza ten niespodziewany długi konflikt mi pomógł)
coś tli się na dnie machowego ja.

W międzyczasie uporządkowałem sobie w głowie kilka większych spraw.
Już wiem co pisze w art. 5 i 20 naszej konstytucji i przeczytałem dyrektywę unijną, która mówi, 
ile nieskrępowanego liberalizmu, a ile państwa chcemy mieć w unijnej Europie (pewnie niewiele jest osób,
które to interesuje, ale ja potrzebowałem tej definicji, od dawna czułem się tak,
jakbym płynął w zbyt dużym basenie, gdzie niby jest ratownik,
ale nigdy go nie widać).
Oraz - to już zupełnie antypaństwowo  – przetoczyłem spór o to,
jakie jest miejsce poezji słowa versus poezja życia.

I nagle umarł Różewicz.
„Kto i co Różewicz ?” zapytało w pierwszej reakcji kilka bliskich mi osób. - Aha – odpowiedziały po dwu moich zdaniach.

Trzeba pisać, po prostu trzeba pisać. Bo póki piszemy, żyjemy.
Gawot w cieniu niemocy jest matrixem.

01-05-2014 15:23:59

Komentarze (0)

Brak wystawionych opinii...

Wystaw komentarz

Nick:

Email:

Trerść:

« powrót