Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Ile jest 7 + 6 = *

Przepis na to szaleństwo


Chciałem.
Naprawdę chciałem tu coś napisać.
Ale świat nie pozwala - wyżyma, wysysa, wysyca, wytęża…
Czy więc kiedy już usiądziecie
ktoś z Was będzie jeszcze roztrząsał czy Jezus miał żonę, brata i  dzieci?
Czy urodził czy  nie urodził się 25 grudnia?
Że w stajence nie było koron, złota, diamentów, a nawet Trzech Króli?
Nie, nie będziecie tego chcieli wiedzieć.
Podobnie jak ja.

Bo taka jest nasza tradycja.

Więc zostało nam parfait, moje dla Was parfait.
Mrożony deser,
tym razem jednak nie w wysokim kielichu, bo to
 słodkie, hedonistyczne, powigilijne
parfait chałwowe.

Dzieło mistrza Michała Keila, przyjaciela przyjaciół.
Spróbujcie, zanim globalizacja zamęczy Was plastikowym dobrobytem.
 


Parfait chałwowe
 

Składniki:

5 jajek
śmietana kremówka o,5 litra
250 g chałwy, zamiast chałwy może być ser kozi
 

Jajka ubijamy z cukrem ( na 1 jajko 1 łyżka stołowa cukru i 100 ml śmietany, 50 g chałwy). Następnie ubijamy śmietanę  po czym łączymy składniki mieszając. Na koniec wszystko ma mieć konsystencję (choć nie kolor) klasycznej gęstej śmietany.
Wówczas dodajemy pokruszoną chałwę i 3 łyżki stołowe kremu orzechowo - czekoladowego oraz pieprz do smaku. Mieszamy jeszcze raz i zamrażamy.

 

Przed podaniem kroimy w plastry.

 

Mnie najlepiej parfait chałwowe smakuje posypane delikatnie świeżo zmielonym pieprzem.  Ale dodaje się też pokrojone owoce – zwykle truskawki, choć najlepsze byłyby zapewne poziomki.

2013-12-24 14:40:32

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

...życzę Wam



Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być.

                          Charles Bukowski

 

 

 

 

Dobrego życia...

Świątecznie i Noworocznie życzy Wasz Macho.

 

 

 

2013-12-24 14:42:59

Czytaj komentarze (3) / Dodaj komentarz

Machohipnoza

    11.11.13

Nie,
Nie śpi nigdy moja codzienna życia psychoza:

z historii dwie kozy zaprzęgnięte przez ojca do woza,
beznadziejność oficynek z kamienia, z której się podniosłem ledwie
i dziurawe drobne szare zęby przednie.
Nie zaśpi sobie połać ziemi zielona od wspomnień z liśćmi czerwieni
i nadzieja, że Polska kiedyś się przecież odmieni.
Nie usypia miłość rewolucyjna - do ściany za plecami
oraz jej pewnik pierwszy - że za kosztowny dla mnie aksamit.
Nie zasypia niestety i  śmiech głupszy niż głupi
oraz pewność niezwykła, że właśnie od ciebie nikt nic nie kupi;
czuwa młoda zawsze kosmopolitia miłości do Jennifer A.... z bajki jakiejś
i brydż co budzi skojarzenia anglosmaczne takie.

Rozpadnie się zawsze stolik drewniany, bo z pewnością z sękami
i nie śpią piwa dwa lane zalecone do picia parami.
Nie zaspał nigdy  tygrysa pazur rozdzierający dzień po dniu plecy
i śnię/ nie śnię też o  jp2 co leczył, lecz raczej niczego nie wyleczył.

Nie zaśpi 0:3 gwarantowane w każdym piłkarskim meczu
I pewna jest jak kac sypana kawa w tvp skecz  po skeczu.
Nie śpią noce z prokuratorem piątym nieprzespane,
spacer po niczym oraz majtki „jeśliś nie gej” raz na tydzień prane.
Czuwa też androidowy ludzik, co mi kiedyś wyląduje na działce,
a na mojej drodze szaleją noc w noc wyścigowe walce,
od snu głośniejsi są kumple, co by chcieli tu i teraz i w końcu normalnie
i spać nie dają te najpiękniejsze dziewczyny, przy których zawsze wypadałem marnie.

Umarła za to gitara pełna byłych przebojów, 
Lecz wrze  obława bez litości grana na imprze dwóch gnojów.
Kusi tani Egipt co w piramidach przyjmie, a w czas rewolucji taniej jeszcze ugości
i cud-radośnie śni się żebrak, co choć nic nie ma, to nigdy nie będzie pościł.
Nie śpi krytyka światów, co się kręcą wokół pępka własnego brzucha,
nie usypia codzienna jak chleb pszeniczny pokora i skrucha.
Drży co noc z perwersyjnej rozkoszy moje miejsce z widokiem na bielejące  kości
i we śnie zawsze mama co czeka dzień po dniu na Fakt o upadkach anioła  miłości.
Nie śpi ten mój kraj Polska od czubka do czubka Machy.
Miłość, co próbuję się  w niej odnaleźć, a  z rechotem ledwie upijam po pachy.
 Nie śpi i jątrzy się owo jedyne własne miejsce każdego dnia z rana,
rana…

 

 

2013-11-11 15:04:31

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Wieczór i z poezją i muzyką

4.11.13

 

"To było bardzo poetyckie zakończenie weekendu. W minioną niedziele Coolturalna Piwnica zorganizowała w Sławkowie wieczór z poezją i muzyką.

W ramach niedzielnego spotkania odbyła się również recytacja wierszy Krzysztofa Machy....."

 

źródło:http://kanal99.pl/2013/10/wieczor-i-z-poezja-i-muzyka/

 

2013-11-04 17:44:09

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Raport z odlotu dinozaurów

31.10.13



To był koncert zaduszkowy.


Śląska Grupa Bluesowa - Jan (Kyks) Skrzek (śpiew, fortepian), Leszek Winder (gitara), Michał (Gier) Giercuszkiewicz (perkusja), Mirosław Rzepa (gitary) - to czołowe postacie polskiego bluesa, w zasadzie każdy z nich jest cząstką historii polskiej, a już na pewno śląskiej,  muzyki. Grali choćby z SBB, Krzakiem, Dżemem, Cree, Bezdomnymi Psami, Nalepą, Józefem Skrzekiem, Ryśkiem Riedlem. Jak piszą dziennikarze ich koncerty są pełne specyficznego klimatu.

W spranych T-shirtach, z minami odmóżdżonych pawianów, ze strąkami przerzedzonych włosów tym razem grali do sali,
gdzie nad stołami królowały kasztelańskie browary, wypracowane wizaże i ramki drogich okularów.
Kyks ma słaby już głos, który rzadko i z trudem przebijał się przez gitarę Windera.
Ale to nie przeszkadzało muzykom. Ich dłonie z entuzjazmem tańczyły po instrumentach,
a radość z granych fraz malowała się na ustach. Myślałem, że się w końcu nakręcą, że zagrają coś,
co pociągnie widownię. Nie zagrali. Choć sala wołała o kolejny utwór, po jedynym bisie Jan zszedł ze sceny - utykając
i pokazując, że pora się napić. Przez jeszcze chwilę, w sztucznym tłoku przed barem, rozdał kilka autografów. I to był koniec.

Trudno skomentować coś takiego, w Internecie znalazłem określenia „żenada”, „dramat”, „tragedia”.
Ale też w napisanym z pewnym poczuciem humoru internetowym „Elementarzu bluesmena”
każdy, kto zechce  może przeczytać coś takiego :


 

1. Większość utworów bluesowych zaczyna się od słów: "Woke up this morning..."
    (Obudziłem się dziś rano...)

2. "Poznałem fajną dziewczynę" - to zły początek dla kawałka bluesowego, chyba, że wetkniesz
     coś paskudnego w następnej linijce, np: "Poznałem fajną dziewczynę, z najbrzydszą twarzą
     w mieście".

3. Blues jest prosty. Gdy masz już pierwszy wers najlepiej go powtórz. Wtedy piosenka sama się
    zrymuje i otrzymasz coś w tym stylu: "Poznałem fajną dziewczynę, z najbrzydszą twarzą
    w mieście.
    O, tak, poznałem fajną dziewczynę, z najbrzydszą twarzą w mieście. Miała zęby jak królica,
    kilogramów chyba ze 200".

4. Blues nie jest o wyborze. Utknąłeś w rowie to utknąłeś w rowie - i nie ma drogi wyjścia.

5. Samochody bluesmenów: Chevy, Ford, Cadillac i uszkodzone ciężarówki.
     Bluesmeni nie podróżują Volvo, BMW czy sportowymi samochodami. Najczęściej bluesman
     podróżuje autobusami albo pociągami jadącymi na południe. Bluesman NIGDY nie
     podróżuje pociągiem jadącym na północ.

(…)

10. Kojarzą się z bluesem:

a. autostrada
b. więzienie
c. puste łóżko
d. dno butelki whisky.

       Nic wspólnego z bluesem nie mają:

a. Christian Dior
b. otwarcie galerii
c. szkolna liga baseballa
d. pole golfowe.

 

11. Nikt nie uwierzy, że jesteś bluesmanem jeśli nosisz garnitur, no chyba, że jest dość stary
      i spałeś w nim przez ostatnich 6 miesięcy.

12. Czy możesz śpiewać bluesa?
      Tak, jeśli:

a. jesteś starszy niż twój brud
b. jesteś ślepy
c. zastrzeliłeś człowieka w Memphis
d. żyjesz z dnia na dzień.
Nie, jeśli:
a. masz wszystkie zęby
b. byłeś ślepy ale teraz już widzisz
c. człowiek z Memphis przeżył
d. wykupiłeś fundusz powierniczy.

 

13. Blues nie jest kwestią koloru skóry. To sprawa pecha.
      Brzydcy, biali ludzie doskonale odnaleźli się w bluesie. (…)

15. Gdy śmierć zdarza się w tanim motelu albo od strzału z dubeltówki, to jest to śmierć
       bluesowa. Odpowiedni jest też cios nożem w plecy od zazdrosnego kochanka, śmierć
       na krześle elektrycznym, zapicie się na śmierć. Natomiast gdy umrzesz podczas meczu
       albo w czasie odsysania tkanki tłuszczowej, to nie jest śmierć bluesowa.(…)
      

I ostatnie, ale chyba najważniejsze w tej sprawie:

20.„Nieważne, jak bardzo tragiczne było twoje życie: jeśli posiadasz przynajmniej jeden
      komputer, nie możesz śpiewać bluesa.” 

 

Jak więc ocenić ten koncert dinozaurów? A gdyby tak… przez piękno ich życia?

2013-11-03 08:05:38

Czytaj komentarze (2) / Dodaj komentarz

Odwiedziły mnie halloweenki

...
   Największy był nieco kosmaty, ale przyniósł butelkę wiśniówki.

 

 

Odwiedziły mnie halloweenki  Odwiedziły mnie halloweenki - Machomania

2013-10-31 23:24:51

Czytaj komentarze (4) / Dodaj komentarz

Camoes

21.10.13

był rycerzem - awanturnikiem, krewnym Vasco da Gamy. Ale także wrażliwym intelektualistą,
na tyle utalentowanym  literacko, że w opałach nieraz ratowały go erudycja  i poezja.
Urodzony w 1524, w Lizbonie był ledwie o sześć lat starszy od Jana Kochanowskiego,
 ale jego życie ze szpadą najbliższe jest sienkiewiczowskiemu Kmicicowi. 
Nie mógł przypuszczać,  że w przyszłości stanie się portugalskim wieszczem,
 a jego dzieło „Os Lusíadas” (Luzjady)  stanie się portugalską epopeją narodową. 
Pochowany w klasztorze Heronimitów w Belem ma Camoes u swego boku miecz.
Ten przypadek  z pewnością zachwyci każdego antypoetę,
 od  Nicanora  Parry rozpoczynając.
 

2013-10-21 07:17:14

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Pierwsza

22.10.13


nasuwa się oczywiście Maria Magdalena.
Dużo o niej sprzecznych przekazów,
a od kiedy niektórzy twierdzą, że była żoną Chrystusa
Optyka wydaje się jeszcze pogarszać,
seksbomby rzadko bywają żonami.
Jednak kiedy przymkniemy powieki 
oczywista staje się postać Ewy.
W końcu wąż nie kusiłby brzydkiej.

 

 

2013-10-22 07:16:40

Czytaj komentarze (3) / Dodaj komentarz

Zapowiada się nastrojowy wieczór w Coolturalnej Piwnicy ;)


Serdecznie zapraszam :)

 

 

Dołącz

Wieczór z poezją i muzyką

20 października o 19:00

COOLturalna Piwnica

Zostałeś zaproszony przez użytkownika Rafał Adamczyk.

 

 

 

Lubię to! ·  · Udostępnij

2013-10-15 11:45:31

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Badanie

7.10.13

ty smutna ja smutny
na stole dwie pizzy kukły
modlimy się o wyrok każde w swoim języku
zegar bezradnie utyka:

tyk - u, tyk – u, tyk – uuuuuu
 

 
 

2013-10-07 07:59:46

Czytaj komentarze (2) / Dodaj komentarz

Przepis na chleb barbari

(wersja współczesna)
 

Składniki:


•    4 ½ szklanki mąki pszennej
•    2 szklanki mleka
•    1 szklanka wody
•    1 jajko
•    50 g świeżych drożdży
•    50 g masła
•    2 łyżki cukru
•    2 łyżeczki soli
•    2 łyżki nasion sezamu
•    1 łyżeczka sody oczyszczonej.

Sposób przyrządzenia:


•    Rozmieszać jajko.
•    Roztopić masło i dodać mleko wraz z wodą. Pokruszyć drożdże, zalać wodą i mlekiem.
•    Dodać cukier i sól, stopniowo dodawać i rozmieszać mąkę.
     Zagnieć ciasto (można przy pomocy robota kuchennego).


Przygotowaną masę pozostawić do wyrośnięcia (ok. 30 minut) pod przykryciem i w cieple.

•    Włączyć piekarnik i nagrzać do temp. 220 st.
•    Wyrośnięte ciasto chlebowe podzielić  na 4- 5 równych kawałków i uformować z nich
     eliptyczne placki  o grubości ok. 1 cm.
•    Zrobić  nacięcia wzdłuż placka chlebowego. Posmarować placek jajkiem, posypać sezamem.
•    Włożyć placek do piekarnika.
•    Piec korzystając z tzw. termoobiegu  przez 10 -15 minut.
 

 

Jak widać przepis przeszedł lifting współczesnych pań domu i dla nie -Persów stał się przysmakiem  orientalnej kuchni. Barbars to plemię mieszkające w Chorasanu, w pobliżu wschodnich granic Iranu. Według „Słownika języka perskiego”, chleb pieczony przez ludzi Barbar został przywieziony do Teheranu w XVII wieku, za dynastii Kadżarów.  We współczesnym Iranie chleb barbarii, zwany Nan-e-Barbari jest podstawą pożywienia rodziny (dużej zwykle) niemal przy każdym posiłku, zwłaszcza ulubiony jest w połączeniu ze słonym serem lub gulaszem.  Pieczony inaczej niż w tym przepisie -  w dużych cienkich plackach - barbari jest bardzo niewygodny w transporcie, rzadko też daje się go w coś opakować. Kiedy idzie się zatłoczoną teherańską ulicą co jakiś czas można się natknąć na osobę niosącą w rękach kilka bochenków ułożonych jeden na drugim. Świeży i ciepły bywa jedzony tak, jak  my jadamy czasem watę cukrową.

 

ps -  Cały reportaż „Perski dywan”  tu »

2013-08-11 12:53:52

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

W sobotę rano

10.8.13

Na krańce świata to wyprawa
Internet, ty i kawa.

2013-08-10 16:05:55

Czytaj komentarze (2) / Dodaj komentarz

Dwa tukany z orzechem

6.8.13

 

Stoją w oknie.
I tylko od gry świateł zależy co  zrobią.
Dziś prężą się w zachodzącym słońcu
I napinają szyje w walce o orzech.
Ale kiedy przyjdzie ciemność
ich granitowe ciała sczezną w powodzi zmroku,
zemrą, zesztywnieją i stwardną.
I aż do rana będą spać one, orzech i moje wspomnienia .
Nigdy nie wiem, kto pierwszy się obudzi.
 

2013-08-07 07:39:49

Czytaj komentarze (2) / Dodaj komentarz

Pierwszy sms z Norwegii

22.6.13

Czas zwolnił. Czas stanął. Czasu nie ma.

2013-06-22 07:40:07

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Witajcie na Polu Mitów

22.6.13


Nie tak dawno - i zupełnie sam z siebie, bez jasnego celu, a  więc pewnie z poczucia braku zrozumienia otaczającego mnie świata - obdarowałem się opasłym, ponad tysiącstronicowym tomiskiem „Odkrywając wolność” - wyborem tekstów pod redakcją Leszka Balcerowicza, o których himalaista Piotr Pustelnik powiedział „Wolność to najbardziej tajemnicze słowo, jakie stworzył człowiek. Przypomina mi się moment, kiedy pierwszy raz związałem się liną i wszedłem w pionowy, skalny świat. Poczułem się wolny i odpowiedzialny zarazem.”

Wśród autorów spotkałem w niej Toma G. Parkera, doktora nauk politycznych uniwersytetu w Oksfordzie, który na przełomie lat 80. i 90. popularyzował liberalną myśl ekonomiczną
w Europie Wschodniej.  Tego samego Palmera, którego zupełnie niedawno
– z racji zawodowego przypadku – znalazłem na stronach Polsko – Amerykańskiej Fundacji
Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego  w felietonie o bolesnych doznaniach z dwu różnych
 – bo prywatnego i publicznego – niepolskich szpitali zakończonym tezą, że pojęcie „motyw zysku” w medycynie prywatnej można zastępować określeniem „motyw współczucia”.

W „Odkrywając wolność” Palmer rozprawia się z dwudziestoma mitami na temat gospodarki wolnorynkowej,  a wśród nich z tymi, z których przeciętny pisarz  czerpie pociechę w walce na polu niepowodzeń wydawniczych. „Rynek propaguje chciwość i sobkostwo”, „Rynek jest niemoralny”, „Rynki nie są w stanie zaspokoić takich potrzeb ludzkich jak (…) edukacja…” , „Rynki nie funkcjonują w krajach rozwijających się”
- prawda, że to piękne tezy,
którymi niezwykle łatwo wytłumaczyć brak sukcesów u kowala słów?
Czytanie Parkera boli. Uzmysławia, że autor nie jest na świecie sam ze swoim dziełem. Obnaża słabości pracy twórczej, definiuje  potrzebę promocji i reklamy dzieła,
zmusza do pogłębionej autorefleksji na temat miejsca twórcy
w społeczeństwie.

Mam na co dzień kontakt ze środowiskiem artystycznym, którzy swą pracę traktują jak opium. Często w rozmowach opowiadam zwłaszcza anegdotę o czterech budzikach, które ustawiane w miskach czy talerzach nie są w stanie wyrwać z twórczego transu pewnej znanej mi malarki – kobiety, która mimo traumatycznych przeżyć nigdy nie namalowała obrazu, na którym znalazłaby się choćby nuta złości czy innego negatywnego uczucia. Przeczytałem artykuł T. Parkera od deski do deski. I wciąż sięgam do niego po raz kolejny i kolejny. Sztuka jest Polem Mitów, które bywają najpiękniejszymi na świecie i nawet merkantylny brzęk monet Skąpca
(pamiętacie Luisa de Funes w tej roli?)
nie wybudzi artysty z jego snu. To cudowne wiedzieć, że wszystko zależy od nas,
że mity są wyłącznie mitami.

2013-06-22 07:36:32

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Sobotni chleb

17.6.13


W soboty rano jeżdżę czasem po chleb do Rynku. Jest tam maleńki piekarniany sklepik z dwoma zawsze tymi samymi sprzedawczyniami, które już na pamięć znają twarze
i zamówienia swoich klientów.  Dwa pokrojone farmerskie, jeden wiejski,
pól chłopskiego
 - w zamówieniach słychać jakby zasady zdrowego żywienia.

W tej kolejce - w soboty rano zawsze jest kolejka, często zawija się wzdłuż muru,
a bywa, że jest to też parada parasoli - otóż w tej kolejce wciąż jeszcze
zwykle bywam najmłodszy,
więc zgaduje wtedy co robią ci nieobecni dwudziesto- , trzydziesto-
czy czterdziestolatkowie;
jaki jest ich chleb poranny sobotni?
Ktoś pewnie mi powie, że nieobecni odsypiają pięciodniowe poranne wstawanie
i to będzie prawda. Tymczasem jednak w kolejce do małego piekarnianego sklepiku na Rynku toczy się nietelewizyjne prawdziwe życie. I nie uświadczysz tu lokalnego Jana Himilsbacha, który kiedyś pijąc piwo na Marszałkowskiej tłumaczył przechodniom,
że wprowadza w siebie bajkowy nastrój.
„Dzień dobry, dawno pani nie widziałam!" "”Teściowa wyjeżdża z dziećmi nad morze, będzie laba", „Czyj to piesek przed sklepem?" „Mąż umarł jeszcze w zeszłym roku". 

Moje miasto ma już prawie osiemset lat.
I choć mało w nim śladów historii, szepty sobotniego chleba są jak echo wieków.
Tylko młodzi śpią, oni jeszcze myślą, że ich chleb jest inny, świeższy.


 

2013-06-18 07:27:56

Czytaj komentarze (4) / Dodaj komentarz

Piąty Prokurator

17.5.13


Samolot do Gdańska nie był zatłoczony, w ogóle był to dość mały i pusty  Bombardier z dwoma szeregami podwójnych foteli zaprojektowanych na szczęście bez nadmiernej oszczędności wymiarów. Był wiosenny piątek rano - co tego roku ma jakieś szczególne znaczenie -  z akcentem na „wiosenny”. Kiedy pochyliłem się nad kolanami kobiety, która już zdążyła otworzyć laptopa i poprawiała pierwsze slajdy medycznej prezentacji nagle ktoś (coś?) trąciło mnie na tyle potężnie, że o mało nie wpadłem wprost w ekran z generykami trzeciej generacji. To właśnie był On, Piąty Prokurator. Poznaliśmy się dawno, dziesięć lat temu, już w lepszym po złym dla mnie okresie. Zaprowadzony niemal za rękę przez adwokata przyszedłem Go poprosić, aby oddał mi paszport. Wizyta miała charakter rytualny, adwokat już wcześniej uzgodnił Jego zgodę, należało tylko podpisać jakiś świstek. Przed drzwiami otrzymałem  ostatnie wskazówki,
coś w stylu „proszę dać mu mówić. I milczeć!”.

- Wy – miał tu na myśli mnie i kolegę, tak rozpoczął perorę. Zabełkotał przy tym rękoma zanim powiedział następny kawałek zdania  z którego pamiętam dziś tylko tyle, że ktoś, coś i nie tak, jak on by chciał i że patrzyłem na to jego wielkie cielsko, już wtedy takie wielkie, że wkrótce dorobił się pseudonimu „Godzilla”. Zgodnie z tym, co wtedy czułem powiedziałem mu o swoich zrujnowanych marzeniach, a on odpowiedział, że przedsiębiorca zawsze siedzi na bombie z odpalonym lontem. Podpisał zgodę i zaraz potem wyszliśmy. Miał trudne nazwisko; na tyle trudne, że kiedy miesiąc później gazety doniosły o mianowaniu go szefem wielkiej trzyliterowej agencji do walki z korupcją  mój adwokat dalej miewał problemy z poprawnym jego wymawianiem.
Ale oczywiście On przestał wtedy być moim Piątym Prokuratorem.

Dekadę później był jeszcze większy, tak wielki, że nie mieścił się w jednym siedzeniu, więc podniósł wewnętrzny podłokietnik i zajął także sąsiedni fotel. Tak siedząc, bez większego wdzięku zachęcał więc stewardessę do sprezentowania mu tego dodatkowego miejsca, co wymagało jednak przesadzenia kilku osób, w  tym dwóch Hiszpanów, których protesty On skomentował półgębkiem „nie muszą się cały czas trzymać za rączkę”. Wystartowaliśmy. Lekarka od generyków jeszcze przez chwilę mu się przyglądała, ale potem z równym niesmakiem powróciła do slajdów prezentacji. Nie wiedziałem jak się zachować, siedzieliśmy ramię w ramię, a On się straszliwie męczył z powodu zwykłego, najzwyklejszego życia. Na szczęście samolot skończył właśnie wznoszenie i stewardessa ruszyła  z koszem pełnym ciasteczek. Kiedy dotarła do naszego rzędu Piąty Prokurator tak jakoś wstydliwie (acz  jednym zdecydowanym ruchem) porwał jej z kosza trzy prince polo, od razu rozdarł folię pierwszego i wściekle zanurzył zęby  w czekoladowym wafelku.

Poczułem się bezpieczny. I pomyślałem o swoim niegdysiejszym strachu. Piąty Prokurator jak zawsze nic nie zrobił, zaraz umył od sprawy ręce. Mój strach, co myślałem wtedy, że jest z Ewangelii, okazał się być z domu Franza Kafki.
Z jego polskiego domu.


 

2013-05-17 09:17:40

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Patryk

29.4.13
 

Zadzwonił z Korsyki. To przyjaciel, który wziął swoje sprawy we własne ręce i  zamiast pogodzić się z opinią nieudacznika wyjechał do Francji i robi tam teraz furorę, jako solidny pracownik, brygadzista, mistrz, już chyba teraz nawet kierownik – choć wciąż bez francuskiego.
Za swoją decyzję Patryk zapłacił cenę utraty marzeń – kiedyś rozedrgany pomiędzy kolejnymi pomysłami instalacji teraz dość twardo stąpa po ziemi i kiedy dzwoni często pyta  „A co robią nieudacznicy ci i ci?”
Tym razem Patryk był twardy dla mnie.
 - Napisz wreszcie o tym Iranie – zaczął, kiedy myślałem, że opowie coś o Korsyce, że może wspomni o dziewczynie, że napomknie o francuskich Alpach, gdzie tak mu się ostatni podobało.
- Napisz i nic nie pokręć – kontynuował. – Ludzie chcą wiedzieć, jak tam jest. Nie beletryzuj, nie kpij, nie koloruj. Napisz prawdę.
- Ciężko mi idzie – odpowiedziałem, kiedy zrobił przerwę dla nabrania powietrza. – Tak trudno rozłożyć akcenty.
    - Skup się, musisz! – dręczył. – I pamiętaj,  jesteś mentorem. Jak o tym napiszesz na machomanii, zameldują się setki ludzi, zobaczysz.  I wpisów.

Patryk nie wie, że jest z Occupy.  Że myśli, jak ci z ruchu,  że dyskutuje jak oni, że ma takie same frazy zdań. Różnica polega na tym, że on jest skażony polskością, że się nie poddaje. Wziął swoje sprawy w swoje ręce i chyba sobie poradził.
Cieszę, się, że nie spytał, jak republikę islamską uwolnić od islamskiej przemocy, miałbym nie lada zgryz. Bo Iran jest, jak chora na gruźlicę piękność – widać ślady niegdysiejszego blasku i pewną siebie, czyhającą na potknięcie, niebohaterską  udrękę. Dla lub w imię islamu. Wszystko jedno, Patryk - męka, to męka. A śmierć to śmierć - jak  tej Kanadyjki, która zainspirowała Marinę Nemat. Zabijanie nie jest naszą europejską walutą.
Przywiozłem stamtąd kilka adresów, rozdałem też tam kilka wizytówek. Napisał facet  (chłopak?) już po studiach, który odbywa teraz służbę wojskową. „Drogi Krzysztofie, napisz co myślisz o naszym kraju. Proszę, napisz uczciwie”. Napisałem. O szacunku dla ich kultury, o pięknie kraju, o tym, jacy są przyjacielscy. Ale i o cenzurze obyczajowej i prasowej, o łamaniu praw człowieka, o przemocy religijnej, o fatalnym traktowaniu kobiet.
- Drogi Krzysztofie – odpisał. – Wysyłam ci informacje o naszym wielkim pianiście Javadzie Maroufim”. Pod spodem było już tylko „best regards”.
Jak myślisz przyjacielu, skoro oni tam cenzurowali nawet informacje o trzęsieniu ziemi w Pakistanie, to czytali też te nasze maile?
 

2013-04-29 08:13:17

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Sala Tronowa

12.4.13

 

 

„Apadana” to hotel w Persepolis, leżący dosłownie dwieście metrów od wejścia na teren muzeum pozostałości po pałacach Achemenidów. Wybudowany z rozmachem wiktoriańskiego stylu ma w sobie jednak i to co jest rajem dla Persa – ogrody i wodę. Pod pojęciem „apadana”  w perskiej architekturze kryje się paradna achemenidzka sala audiencyjna.

W 1971 r. w ruinach Persepolis szach Iranu Mohammad Reza Pahlawi obchodził, liczoną od momentu śmierci Cyrusa Wielkiego - założyciela dynastii Achemenidów,  2500 rocznicę założenia państwa perskiego. To właśnie w tym hotelu szach mieszkał przy okazji uroczystości, które zgromadziły 60 królów i szefów państw, w tym cesarza Etiopii, księcia Edynburga,  króla Jordanii, króla Norwegii, księcia Monaco, jugosłowiańskiego prezydent Tito, przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR i prezydenta Rumunii Ceausescu. Wśród eksponowanych wówczas skarbów znajdował się wspaniały Pawi Tron, zdobyty w Indiach wraz z legendarnym diamentem Koh-i-noor w czasie kampanii prowadzonej przez Nadir Szaha w 1738 r. Ten tron, który zaginął później w czasie rewolucji Chomeiniego. 

Wieczorem 14 października 1971 roku w Persepolis urządzono wielkie przyjęcie dla ponad 600 osób. Oficjalne toasty goście wznosili różowym szampanem Dom Perignon z 1959 roku. Na początek gości poczęstowano przepiórczymi jajami faszerowanymi złotym kaspijskim kawiorem. Podobno szach, mający alergię na kawior, jadł karczochy. Do kawioru podano wino musujące Château de Saran. Potem podano mus z raków i wino Château Haut-Brion Blanc, za którym wniesiono gorące dania z baraniny z truflami, a potem sorbet z szampana. Następnie na stole pojawiło się 50 pieczonych faszerowanych gęsimi wątróbkami pawi (paw ten stanowi starożytny symbol Persji). Podawano je z piórami na ogonach. Do nich pito wino Musigny Conte de Vogué 1945 roku. Ucztę zakończył deser ze świeżego imbiru z kremem i maliną, do którego podano szampana.

Moje śniadanie w hotelu „Apadana”  jest zupełnie z drugiej strony tej bajki. Składa się z kilku pomidorów, białego serka i popularnego, nieco przesuszonego placka. Wszystko to jest niesmaczne, kilkudniowe. Goście w hotelu, zwłaszcza zagraniczni goście, bywają rzadko. W pokoju miałem poplamione wykładziny, niedomykające się wypaczone okno, wyrwany kontakt. Nie udało się wejść do internetu, a operator uparcie informował, że skończył się pakiet usług i kolejnego nie wykupiono. Świetność „Apadany” przepadła wraz z nadejściem islamskiej rewolucji. Ciągnę walizkę, która podskakuje na krawężnikach i tylko jeszcze raz odwracam głowę za czarnym łabędziem, który porusza się tak majestatycznie, jakby myślał, że teraz on jest tu szachem.

 

 

 

2013-04-14 08:57:31

Czytaj komentarze (2) / Dodaj komentarz

Z cyklu „perski Dywan”
Hello Mister!

21.04.13

Wołali za mną nawet dwieście razy dziennie. Przyjaźni, pomocni.
Nawet jeśli znali tylko kilka angielskich słów pytali „which country?”
I te wielkie oczy, kiedy im tłumaczyłem, że nie Holland, że… no właśnie najpierw miałem kłopot, jak im powiedzieć, że w Europie jest taki kraj, Polska, między Germany a Russia, nawet spory i wydaje się nam, czyli tym Polakom, że dość w świecie ważny.
W końcu dopytałem przewodnika, jak to jest w ich języku i kłopoty odrobinę się zmniejszyły. „Lachestan” już przychodził im łatwiej, wiedzieli o wiele częściej o czym mówię. Jednego popołudnia pomyślałem, że super robotę robi ten nasz Robert Lewandowski, a jeśli w popularności dogoniłbym Drogbę czy Messiego,
to już nikt na świecie nie miałby wątpliwości „which country, mister?”
Pamiętam z Afryki - to chyba była w Namibii - dwie wielkie opony do traktora z namalowanymi białą farbą „Figo” i „Becham”.
Może przyjdzie chwila, że „Lewandowski” też się przebije?
- Lachestan!
- A, Lachestan! – teraz reakcje były żywsze, i niemal zawsze przyjazne.

W muzeum w Teheranie zobaczyłem potem „polish carpet”
- dywan z wzorem ulubionym przez polską magnaterię tak bardzo,
że aż upowszechnionym wśród perskich producentów.

- Welcome in Iran, Mister!

Blond włosy, niebieskie oczy - co jeszcze miałem, co wyróżniało w tłumie?
Może jasna karnacja, może zwisający ekwipunek, szczególnie plecak z aparatami. Patrzyli na nas z zainteresowaniem, ich kobiety machały naszym kobietom jakby chciały powiedzieć „nie przejmujcie, i tak macie dobrze, ściągnięcie te chustki od razu w samolocie do Stambułu”. Czasem oczy tamtych były smutne.

Może wtedy myślały, że są na świecie kobiety, które mają od nich lepiej?

Na pewno tak myślały, bo czemu niby miałyby życzyć

swoim córkom urodzenia kolejnych synów?
A tak właśnie życzyły, opowiadał mi o tym tłumacz, a jemu akurat wierzę.

 

2013-04-21 21:52:46

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

"Krzysztof perski"

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

"PS. Serdeczne pozdrowienia z Iranu.

Zapiski już wkrótce..."

 

 

 

2013-04-19 07:24:40

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

...a w tym roku

 

 

 

2013-03-29 22:27:51

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Cytaty z popkultury (a la maison)

12.3.13


4 8 15 16 23 42

Te liczby zahipnotyzowały miliony
Sześć lat całych trwało omamianie zagubionych


Co ty k…,  wiesz o zabijaniu

Powiedział aktor do aktora
Potem mu wytłumaczył,
że ketchup to odzieży zmora.


Współczesna twarz Janusa

Nie przygotowała go  na to telewizja
Pozostała na twarzy boska hipokryzja


Potrafię docenić telewizję

Nie podobały mi się dzisiejsze wiadomości
Za to efekty specjalne  bliskie były doskonałości

 
AA Polski Forest Gump
 
Życie jest jak pudełko czekoladek
Nigdy nie wiesz co się przytrafi
Spoglądasz na pustą flaszkę
i wierzysz „Polak potrafi!”


 Szmira z udziałem Bukowskiego


Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie.
Cholera jasna.
Coś napisałem. Umarłem. Nie przez wódę,
ćmo mulasta.

Hannibal strachu
„Dobry wieczór, Clarice” przywitał smaczną policjantkę
Opary wyobraźni zmroziły ich zabójczą randkę.


Dyskusja nad półszklanką

Jedni twierdzą, że szklanka jest w połowie pusta
iż w połowie pełna myślą inni mocząc usta.
Są jednak jeszcze i tacy
co mówią: stop, to nie moja szklanka!
Moja była pełna, chuderlacy!
 

2013-03-12 13:48:42

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Pustynie wyobraźni

                        7.3.13


Mam przyjaciela gdzieś na końcu Europy.
To twarda, męska przyjaźń, w której bywa, że słowa bardzo bolą.
Dzieli nas wiele lat i wiele doświadczeń,  ale to przyjaźń,
jestem tego pewien.

Leopold czasem bywa tu, na machomanii, to jeden z naszych kontaktów.
I wtedy zadaje mi pytania, na które niełatwo odpowiadać.

Dziś chciałbym odwrócić tę relację i napisać do Ciebie, Leopoldzie.
Myślisz, że „Oburzeni” mogą być oburzonymi tylko, jeśli  przegrywają życie?
Czy trzeba być ułomnym, aby być autentycznym,
czy nie można być bogatym i biednym równocześnie?

Powiedz, potrafisz odrzucić autentyczność Bono?

Muszę ci przyznać jedno, Leopoldzie - twoje pytanie wywołało rezonans.
Posłuchaj teraz historii niezwykłej, dla naszej rozmowy metaforycznej.
Otóż zapytano kilkuletnią dziewczynkę,
a ona wyznała:

 

- Wiesz, że dla mnie Polska to najlepszy kraj?
A najgorszy - to chyba pustynia.
Ja tak lubię pić wodę, mamusiu…
 

2013-03-13 10:34:42

Czytaj komentarze (2) / Dodaj komentarz

Lamentoso z zaciśniętymi powiekami

                                                          27.2.13

Do źródeł zawsze płynie się pod prąd
 (to zaczytane z Herberta),
tego nie powie żaden rząd.
Rząd za to powie: dzieci
Słuchajcie władzy,
Płyńcie z prądem, jak śmieci.




 

 
 

2013-02-27 13:49:13

Czytaj komentarze (3) / Dodaj komentarz

Częściowa spowiedź pokutna

17.2.13


Niewątpliwie jestem hedonistą.
Czytanie Baumana, Tischnera, Havla czy Bukowskiego tego nie zmieni.
Niedawno – a był to niestety znów piękny dzień - jeden z moich przyjaciół,
(na co dzień ważny dyrektor wielkiej sieci hoteli) zaprosił mnie na rzadką ucztę
– wieczór gotowania pod batutą szefa szefów kuchni tej sieci.
Nietrudno się domyślić, że było to wspaniałe święto,
okraszone daniami, nawet jak na tak rozpasanego degustatora jak ja,
wykwintnymi.

W rolach głównych* wystąpiły między innymi:
kapusta czerwona z rodzynkami, sos boloński,
makaron carbonara, łosoś w sosie orientalnym z sałatką z jabłek i gruszek
oraz na deser
parfait chałwowe!!!
W drugoplanowych – czego nie będę tu ukrywał - swoje partie zagrały:
mozelski resling, biały chilijski cabernet, chablis… a chyba i pinot grigio.

W którymś momencie, w poczuciu satysfakcji i bezmiaru szczęśliwości przywdziałem
ową piękną kucharską bluzę, a potem pozwoliłem sobie
na zdjęcie z sałatką z wątróbek.s
Wyszło obrzydliwie pięknie, prawda? Wybaczcie!
Ten hedonizm to jakaś zaraza…

 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

*PS. Aby przybliżyć niezmierzone ohydztwa
tego wieczoru poniżej zamieszczam jednak jeden przepis:
 

Sałatka z wątróbek

100 g bekonu
30 dag wątróbek
½ kg pieczarek
Cebula czerwona
Ocet winny czerwony
Śmietana kremówka
Kolendra świeża
Bukiet sałat


Podsmażamy bekon na oliwie, dodajemy pieczarki,
dodajemy pokrojona cebule
w piórka, potem
dajemy wątróbkę pokrojoną w paski,
dodajemy ocet winny.


Wszystko to musi nieco odparować,
potem solimy, pieprzymy, dajemy kremówkę i dodajemy posiekaną kolendrę.
 

Układamy na talerzu z sałatą, ozdabiamy wg własnej fantazji.

 

 

 

2013-02-17 20:01:53

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Witajcie w mieście bękartów

12.2.13



Każdy, kto wjedzie do tego miasta już po kilku minutach musi poczuć, że coś tu jest nie tak. W Rehoboth na ulicach widać za dużo białych, jak na Namibię. W kraju, gdzie kolorowi stanowią 96 proc. populacji, nagle ocierasz się o metyską nastolatkę, potem chłopaka o sylwetce typowej dla południowego Włocha, a wreszcie przechodzący przez ulicę o kulach żebrak nie dość, że swym wyglądem zaświadcza, iż w Afryce biały także może by biedny, to jeszcze budową ciała i rysami twarzy raczej pasuje do wyobrażenia Portugalczyka, niż kogoś miejscowego. Po chwili wiesz, że musisz zajrzeć do podręcznika historii, albo zapytać przewodnika, inaczej nie zrozumiesz.  Jesteś bowiem w Basters, Wolnej Republice  Rehoboth, miejscu bez wyglądu, za to z zupełnie wyjątkową historią.

     Bękarci (Basters) - znani również jako  Baasters,  Rehobothers  lub  Basters Rehoboth są potomkami kolonizatorów holenderskich, którzy na tereny dzisiejszej Namibii dotarli w XVII wieku  i powszechnie wiązali się z miejscowymi kobietami  dzisiejszych plemion Damara, Herrero, Nama  czy Himba. Ich nazwa (Baster) pochodzi od holenderskiego określenia  „drań" (lub „mieszaniec"). Ale najciekawsze jest to, że chociaż niektórzy ludzie uważają to określenie za rodzaj deprecjonowania lub wręcz rasowej segregacji  Basters dumnie używają swojej nazwy jako terminu wskazującego ich  miejsce w historii porównując się przy tym najczęściej do kanadyjskiego określenia  „Metis” („Mixed"). W dwu i półmilionowej Namibii liczba Basters szacowana jest  20 000 do 55 000 osób, które, co najciekawsze, czują zagrożenie dla swego kilkusetletniego dziedzictwa i przez niemal cały ostatni wiek podejmowały różnego rodzaju próby o charakterze autonomicznym lub wolnościowym. Bękarci są przeważnie kalwinami, a ich religijny zapał oparty jest o przywiezione z kościołów XVII - wiecznej Holandii motto: "Groei w Geloof "(wzrastać w wierze).
Nazwa Basters od początku dotyczyła osób mieszanego pochodzenia, jednak jedynie tych, które nie były w sposób bezpośredni wchłonięte do białej społeczności. O decyzji decydował najczęściej kolor skóry i nastawienie białego ojca– czym potomek był bielszy, tym większa miała szansę, aby ojciec uznał go za swoje dziecko. Z czasem jednak doszło wiele dodatkowych elementów segregujących, spośród których ważnym stały się – ekonomiczny i kulturowy. Wówczas za Basters zaczęto uważać osoby pochodzenia holendersko – afrykańskiego, które jednak mówiły w (staro)holenderskim (dzisiejszy Afrikaans)  i praktykowały podobny do europejskiego sposób życia. Do Rehoboth Bękarci przenieśli się po 1868 roku, a cztery lata później powołali w tym mieście W założył „Basters Wolną Republikę Rehoboth", które godło zostało zaprojektowane pod wpływem niemiecko -narodowej lokalnej flagi. Wtedy też ustanowiono Konstytucję (Afrikaans : Wette Vaderlike, dosłownie: męska ustawa) pod rządami której  Bękarci dotrwali  do początków XXI wieku.
Pierwszym przywódcą  Bękartów był Kaptein Hermanus van Wyk,  czasem nazywany z tego powodu „Mojżeszem" narodu Baster. Van Wyk wyprowadził społeczność z Południowej Afryki, był Kapteinem aż do swej śmierci w 1905 r. Następnym Kapteinem Basters Rehoboth wybrali Corneliusa van Wyka. Pierwsi przywódcy Bękartów nie byli jednak oficjalnie uznawani ani przez niemiecki rząd, ani przez kolonialne władze południowoafrykańskie. Dopiero w 1976 r.  rząd RPA zatwierdził „Ustawę Samorządową Rehoboth”, nadając w ten sposób autonomię Bękartom.  Kolejny Kaptein – wybrany w 1979 r. Johannes "Hans" Diergaardt po raz pierwszy został
powołany zgodnie z zapisami tej ustawy.
Do I wojny światowej Basters wspierali  niemiecką kontrolę nad Namibią, uczestniczyli też w wojnie z plemieniem Herero, w czasie której Niemcy dokonali eksterminacji tego ludu, uznanej później została za pierwszą światową zbrodnię ludobójstwa (po latach Herero zostali przeproszeni przez rząd niemiecki, a rząd Namibii przeprosiny przyjął).
Z czasem Basters jeszcze mocniej zaczęli naciskać na uznanie Republiki Rehoboth. Powoływali się na relacje z  Ligą Narodów  i żądali statusu suwerennego narodu. W 1952 r. przedstawili nawet petycję do ONZ w tej sprawie. Ale nie uzyskali akceptacji*. Chcąc zagwarantować swoje prawa 29 lipca 1989 r. Republika Rehoboth uznała zwierzchność wybijającej się na niepodległość Namibii. Ale zważywszy na silną więź mieszkańców Rehoboth wciąż jeszcze nic ostatecznie nie wydaje się w tej sprawie przesądzone.

Byłem w Rehoboth w 2012, potknąłem się o tę niezwykłą społeczność. Jeden jedyny raz w życiu zobaczyłem „na żywo” powstawanie narodu. I jeszcze ta nazwa, Bękarci. Jakby wymyślona specjalnie na tę okazję. Witajcie w piekle bękarci Naszego Świata.
Ale witajcie…


 




*W  tej historii jest też polski akcent – w 1979 r. Polska zaoferowała uznanie Basters  jako samodzielnego narodu, o ile  Bastersi poprą jej interesy dotyczące sąsiedniej Angoli. Rząd Rehoboth odmówił, decydując się pozostać neutralny.
 

2013-02-12 11:34:46

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Dziadek Janek

                                                17.1.13
 

 

Czytam Zygmunta Baumana.
A w nim opowieść o dziadku Jose Saramago, który na koniec życia
poszedł do ogrodu pożegnać się z drzewami.
Obejmował je i płakał.

Sam Bauman - jak to o sobie napisał - ma myśli mocno zwietrzałe czasem.

Ale wpleciona opowieść piękna…
Widzę w niej wielkie śliwki z mojego dzieciństwa
i dziadka Janka z kulfoniastym nosem. Ma sękate dłonie
i  obejmuje nimi drzewa. Ręce – palce, kostki żyły i ścięgna
natychmiast wrastają w czarne pnie.

Dziękuję, panie Zygmuncie…
 

2013-01-17 14:00:16

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Niech żyje rok

2.1.13

 

Niech żyje bal
Manekiny niech tańczą walczyka
Niech dziki tłum
U poety dziś w łóżku lektyka
Niech żyje rok
Nowy krok nowy pot nowy taniec
Dziś wygrasz rok
Jeszcze jeden ci się dostanie
 
 
 machomania.pl
A u poety w łóżku dziki tłum
W białym tangu szaleją księżniczki
Czarnych świec stół
Nie policzą ich schizofreniczki
 
Niech żyje bal
Kalesony nie będą dziś w modzie
Beztroski gwar
Choć pracuje i kasjer i złodziej
Kapela gra
Melomanów zachwycił basista
Kto Pucia zna:
 Dla sympatycznej pani Krysi spod stołu trzeciego
Od równie niewątpliwie sympatycznego ojca Janka
Pucio – Chucio
 
 
A u poety w łóżku dziki tłum
Pinot Grigio roznoszą barmanki
Hołd chuci złóż
Daj Belgowi sutki Flamandki
Nie żyje bal
Stadtkapelle już nie rżnie walczyka
Ech, panie Strauss
Czy pan lubi tak milczeć z pomnika
Umarły tłum
Z boku na bok się w łóżku przewraca
Już Nowy Rok
Stary wyszedł znów na pajaca
 
 
A u poety w łóżku dziki tłum
w Mandelsztamie się pławią niewierni
Ptasich piór szum
Pajęczyny dusz im zaciemnił
Kapeli krok
Cichnie
 Za nim wrzaski hołoty
Bo umarł rok
A ten nowy to stare kłopoty
Niech żyje rok
Choć szapoklak cały ma z cierni
Wylejesz pot
Lecz on i tak się potem napełni
 
 


A u poety w łóżku dziki tłum
Już książęce bachtanki nie same
Pijane  w sztok
Z królem walca tańczą w szampanie

 

 

     

 

 


 

 




























































2013-01-03 07:39:35

Czytaj komentarze (2) / Dodaj komentarz