Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Autoportret z feluką

13.8.12



Feluka nad Bałtykiem?
Tak, płynęła. Może tylko żagiel za szeroki, może z hanzeatyckim, nie łacińskim sznytem.
Szum pustki, od prawej do lewej i mewy, jeszcze w dziecięcych piórkach.
Krzyż z pnia w oczekiwaniu na bohatera
I procesja rzadkim ciurkaniem sunąca wzdłuż brzegu.
Krzyczę.
Nikt nic nie słyszy.
Dziewczyna z drugiej strony mola unika mojego wzroku.
W negocjacjach pogrzeb ojca ustalono
na pięć dni po śmierci.
Zdążę.

2012-08-13 07:25:56

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Pocztówka z wakacji

12.8.12



Tymczasem w Teatrze Wybrzeże wystawiono sztukę o wakacjach nad Bałtykiem, pod
zabawnym tytułem "Willkommen w Zoppotach". Ta niemal nieznana komedia Adolfa
Nowaczyńskiego (1876 – 1944) zainspirowana została sytuacją Sopotu,
(kaszb. Sopòt lub też Sopòtë, Copòtë, Copòt, niem. Zoppot),
który 100 lat temu "był gwarny i huczny, ogromnie nasz
(...) po prostu polski", z początku XX wieku,  w którym "tonu i szyku nadawała Warszawa"  jak pisał w późniejszym szkicu, gdzie też jednak przeważającą  grupę narodowościową stanowili (bezlitośnie obśmiewani w sztuce) Niemcy. W "Było to nad Bałtykiem"  (oryginalnie "Było to  w Coppotach") Nowaczyński sportretował wczasowiczów - pochłonięte sobą i najnowszą ówczesną modą środowisko trzech zaborów, zabójczo anty-niemieckiego pruskiego księcia i,  aspirującą do miana artystycznej awangardy, przyjezdną  „światową bohemę”.  Wyśmiał nie tylko mody i postawy wakacyjnych
plażowiczów, ale też ich miałkie narodowe intrygi i „letnie” miłostki.

Adam Orzechowski, reżyser spektaklu, ale i dyrektor Teatru Wybrzeże,  satyryczny wymiar oryginalnego tekstu Nowaczyńskiego  pozostawił raczej na papierze, choć niewątpliwie lokalność, jako miejsce akcji była dla niego istotnym kryterium wyboru.
Tytuł sztuki zmienił na bardziej europejski, jak żywo przypominający slogany 
z turystycznych ulotek, do tego dołożył zaś bączki - gadżet promujący polską prezydencję w Unii Europejskiej,  które radośnie rozdaje zmanierowany młodziutki książę Otto XXIX
(w tej roli debiutujący w Wybrzeżu student krakowskiej PWST Piotr Biedroń).
Reżyser narzucił aktorom manierę farsową, sztuczną i pełną emfazy. Sztuka,  która rozgrywa się na sopockim molo, w oryginale dzieje się  na tarasie „gapiopudła” kawiarni przylegającej do łazienek morskich. Umowne stelaże molo wypełniają większość sceny,
z każdej strony zamkniętej monstrualnymi reprodukcjami przedwojennych
kartek pocztowych z widokami Sopotu, przedstawiających molo, plażowiczów i Bałtyk.
Tuż przed widzami dumnie prezentują się - mocno kiczowaty łabędź oraz, także przesadzone, „pływające” po posadzce „wody”,  papierowe stateczki.

Wakacyjnie jest również w kontekście przekazu.  Reżyser podjął się być może przerastającego go zadania, chcąc na podstawie odrestaurowanego tekstu stworzyć
spektakl mówiący nie tylko o Sopocie sprzed wieku,  ale też o dzisiejszym kurorcie. Zdecydował się na formę lekką, łatwą,  ale raczej nie tyle przyjemną, co raczej banalną. Czy taki teatr, nie kontrujący,  ale wręcz wdzięczący się do widza, ma szansę na dłuższe zaistnienie?  Czy dla Zagłębiaka wyśmiewanie naiwnych galicyjskich
marzeń o jednej polskości jest policzkiem?  Czy – w kontekście sąsiedniej recenzji „Miłości  w Konigshutte” - dla Ślązaka, który tkwi w wirze dyskusji  o autonomii to „letnie” potraktowanie polsko – prusko – niemieckich (czy całkiem tu pominiętych, kaszubskich)
relacji może mieć jakąś wartość? Nawet jeśli uznać, że „"Willkommen w Zoppotach" jest niezbyt udaną  próbą teatralną, to warto zapamiętać, że na Wybrzeżu nikt nie szuka
w spektaklu obecnej u Nowaczyńskiego,  w końcu z urodzenia krakowianina, martyrologii propolskiej. Ani też - tak ostatnio modnych - proniemieckiej,
pro kaszubskiej czy jakiejkolwiek innej. No może tylko żart z bączkiem,
symbolem polskiej prezydencji, jest podśmiewaniem się z proeuropejskich, przesadzonych ciągot Polaków.

"Willkommen w Zoppotach"
Teatr Wybrzeże, Scena Kameralna
Reżyseria: Adam Orzechowski
 


Występują: Piotr Chys, Ewa Jendrzejewska, Katarzyna Kaźmierczak,  Łukasz Konopka, Mirosław Krawczyk, Maria Mielnikow- Krawczyk, Wanda Neumann, Marzena Nieczuja-Urbańska, Robert Ninkiewicz,  Andrzej Nowiński, Małgorzata Oracz, Zbigniew Olszewski, Maciej Szemiel, Jarosław Tyrański, Piotr Biedroń.


 

2012-08-12 07:42:02

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Wolność i kagańcowi netu

5.8.12



Poczucie bezpieczeństwa i pragnienie wolności to chyba jedne z najstarszych ludzkich
potrzeb. To jednak nierzadko przeciwstawne społecznie namiętności.
„Wolność do wyboru”
jest jedną z fundamentalnych cech systemu demokratycznego. Z kolei, zwłaszcza dla
nas, Polaków, „Wolność od wyboru” cechowała człowieka w systemach totalitarnych.
Niestety „cesja” odpowiedzialności indywidulanej na zbiorową zmusza Państwo do
tworzenia regulacji, ktore wiążą się z ograniczaniem swobody jednostki.

Bezpieczeństwo informacyjne jest dla społeczeństwa informacyjnego jednym z kluczowych problemów. W XXI w. cyberterroryzm zaliczono
do głównych zagrożeń państw
i instytucji, a większość z niepaństwowych aktów przemocy
- jak choćby niedawna masakra
na premierze najnowszego „Batmana” - oparta jest o informacje łatwo lub powszechnie
dostępne. Związane z tymi problemami regulacje z pewnością zwiększają poczucie
bezpieczeństwa. Ale wymuszają też monitoring życia obywatela – czy to wizyjny
(tu zwykle jesteśmy do pewnego momentu anonimowi)
czy informatyczny (właśnie otrzymałem smsa z T-Mobile z darmową ofertą sprawdzenia miejsca pobytu 10 znajomych, mam tylko przekazać ich numery telefonów).

Niestety, przedsięwzięcia tego typu staną się normą społeczną, a ich zasięg będzie
rozszerzany. Coraz częściej poczucie swobody nie będzie odpowiadać rzeczywistej
(do)wolności podejmowania decyzji i już dziś naukowcy badają przypadki osób, które
żyjąc w systemie autorytarnym czy totalitarnym czują się bardziej wolne od obywateli
współczesnych demokracji.

Bliski mi noblista Dario Fo napisal kiedyś, że robotnik zna 300 słów,
a fabrykant 1000 i dlatego jest fabrykantem. A wiele lat później jego rodak,
Umberto Eco niejako rozwinął tę myśl zapowiadając
ukształtowanie się trzyklasowego społeczeństwa informacyjnego:

- klasę „proletariuszy” bez dostępu do sieci informatycznych,
za to całkowicie uzależnionych od telewizji;
- klasę „drobnomieszczaństwa”, które jest w stanie wyłącznie
biernie przyjmować efekty informatyzacji
- klasę „nomenklatury”, która potrafi odróżnić informacje wartościowe od
śmieciowych a przez to umie wykorzystywać dane do procesów analiz.
W tak stworzonym społeczeństwie dwie pierwsze klasy mogą przejawiać
tendencje „ucieczki od wolności”. Zaś „nomenklatura” może tworzyć
teleinformatyczną dyktaturę.

Spyta ktoś dlaczego o tym mówię. Kiedy piszę ten tekst, mam w pamięci słowa
autra „Cyberiady”, który o Internecie mawiał, że stanowi on odpowiedź na pytanie,
które zdane będzie dopiero w przyszłości. I właśnie tego boją się
przeróżni kagańcowi netu.
Ludzie, dla których pozytywna wolność do (wyboru) ma najwyższą
wartość będą prowadzić walkę o
to podstawowe swoje prawo.
 

2012-08-06 07:30:25

Czytaj komentarze (6) / Dodaj komentarz