Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Opowieści syberyjskie: Wykup

02.02.12


Oni pili i grali w karty już od trzech dni, jak tylko rozpoczęła się purga. Na wszystko -  pieniądze, wódkę, narzędzia, ubrania…  Ale co oni tam mieli do przegrania!
Od pół dnia szło im nierówno, zgrywał się Asza, pół-Rosjanin, pół- Buriat, co mu ojciec dał imię po mieście, przez które prowadzi Kolej Transsyberyjska.
I teraz nagle Asza potoczył dzikim spojrzeniem wokoło izby, zamachnął i na deski posypały się chleb, kawałki wędzonego omula, czajnik z czagą,
pusta butelka i stakany.
-  O życie za – graj – my! - wybełkotał. – O psie życie! 
Pozostali przyklepali zakład. I karty znów poszły w tas. Ale Asza i tym razem przegrywał. A kiedy w końcu rzucił na stół ostatnie karty, jego los był w rękach pozostałych pijaków.
- Pójdę się powiesić – rzucił nagle całkiem przytomnie. – W sąsieku.
Zapadła cisza.
- Asza, nie! – złapał go za rękę Andriej, jego dawny brygadzista.- Się wykup!
- Ale jak? Niczego już nie mam!!
- Polaka powieś! – Gombo, trzeci z kompanów podrzucił pomysł
na zmianę zakładu.
Cała trójka od razu wiedziała o kogo chodzi. Polak miał na imię Franek i był wdowcem, dwójkę dzieci sam chował. Ale że dobry dla ludzi był, wieś go lubiła
i jeszcze mu nawet pomagała. Tylko tych trzech od dawna zawziętych mu było,
bo jednej zimy roześmiał się z babki Aszy, co odkąd mąż jej w białej gorączce
w tajgę na zawsze pognał, szamanką została.
 -Franka! Franka! Franka! – podnieśli się zgodnie, otwarli drzwi chaty
i ruszyli w stronę  domu Polaka.

 
Walili pięściami w drzwi chałupy tak długo, aż się w końcu otwarły. Franek był niski i drobny, nawet Gombo, choć najmniejszy, by na niego wystarczył. Asza  jednym ruchem ręki wziął go w pół i ruszył w kierunku stodoły po drodze kopiąc jeszcze  psa, co wyskoczył za właścicielem. Tam rzucił Polaka brzuchem na klepisko
i przysiadł mu na plecach.
 - Sznur zamarznięty! – Andriej stęknął próbując zgiąć powróz.
- Chyba by zarżnąć trzeba!
 - Zarżnąć!– powtórzył za brygadzistą Asza.
- Zarżnąć! – potwierdził Gombo. 
- Co wy! Oszaleli? – Franek trzepotał rękami i nogami.
-  Kosą! – Andriej pokazał zardzewiałą klingę.
Rozłożyli Franka na sianie, Gombo podniósł mu w górę kolana, a Asza przystawił piętkę ostrza od środka do lewego uda.
- Na śmierć idziesz! – mruknął Andriej. - Pacierz zmów, cudowszcziku,
bo Asza w karty twoje życie przegrał.
-An…! – głos Franka rozdarł się cienko, bo Gombo trzymał mu na ustach ciężką rękę drwala. Asza docisnął kosę do ciała i z wprawą pociągnął po skosie w górę. Spomiędzy rozciętych brzegów płótna trysnął strumień krwi.
- Uuuuaaa!!!! – Franek próbował się wyrwać, ale że obsiadali go mocno,
więc na nic się to mu zdało.
- Drugą! – sapnął Asza, ale Andriej pokazał, że nie, że wystarczy, że tylko trzymać muszą do końca. Polak szarpał się kilka minut, aż w końcu na chwilę ustał.
Potem znowu szarpnął się parę razy. Za każdym krew tryskała mocniej, aż za ostatnim uszło jej mniej. Wtedy osłabili uścisk i puścili mu nogi. Franek trzepał teraz nimi po sianie, aż w końcu ruchy stóp się uspokoiły, a ciało zwiotczało.
- Ty się wykupił Asza! – kiwnął głową Gombo.
Rzucili ciało, zamknęli stodołę i wrócili do chaty pić dalej.


Gombo zapił się zanim jeszcze rozpoczęło się  śledztwo, w początku marca.
Też w marcu Andriej – brygadzista – na widok milicyjnego łazika uciekł w tajgę
i nigdy go nie odnaleziono. Dziesięć miesięcy później za współudział w zabójstwie sąd skazał Aszę na rok więzienia.

02-02-2012 13:39:14

Komentarze (2)

nikt

To obrzydliwe.
Stoi mi teraz kością w gardle, nie do przełknięcia.
Ostatni raz taka obrzydliwość napadła mnie kilkanaście lat temu w Malowanym ptaku i do dziś dręczy.

07-02-2012

autor

Ta historia jest prawdziwa. Zdarzyła się w 1964 r. w polskiej wsi na Syberii, w Wierszynie. Pojechali tam w 1910 roku polscy osiedleńcy "za chlebem" - dostali mróz, głód, represje i nietolerancję. Noszę ją w sobie od sierpnia i wreszcie ją z siebie wyplułem. Lżej mi. Świat nie jest bowiem jaki chcemy, on jest jaki jest...
O

07-02-2012

Wystaw komentarz

Nick:

Email:

Trerść:

« powrót