Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Lipcopad,

30.07.11


w  dep’m popadł – chciałoby się napisać z angielska,
ale kiedy widzę mój widżet pogody, boję się, że sierpień będzie podobny
i po prostu zabraknie mi rymu nawet gdybym poszedł
w trzynastozgłoskowiec.

 
Dziś, w przedostatni dzień lipca 2011 roku ze wstydem przypominam sobie moje nieodpowiedzialne wiersze m.in. o tym, że nie grilluję w upał
z sąsiadem  czy też o niemoich kotach co w nonsensopedycznym szale rzucają się do oczka wodnego by w pocie i bezmyśle
dopaść  do złotych ciał moich osobistych
rybek.


O depie (nie mylić z Depą Billaba, padawanką Mace’a Windu, chalactańską mistrzynią  Jedi wybraną do Rady Jedi w okresie, gdy Republika pogrążona była w wojnie)
donoszą obecnie z Mazur, znad morza, z gór strzelistych i stołowych,
z festiwali street –artowych i ze sfer rządowych
(z tym, że stąd z innych powodów). 
Depresja jest też powszechnym stanem na ulicy Toteż,
opowiada się o niej zarówno w poprzek, jak i wzdłuż. Nie chcę przez to uzasadniać odcięcia ucha white terierowi pod numerem 5c, ani niechcianej ciąży mecenas K.L.(cóż robić w deszcz, deszcz, deszcz…), ale z nakrywania folią malarską kabrioletu barchetta przelotne oberwania chmur imputują niewielkie oczka wodne,
gdzie następnie bataliony batalionów i innych czapli wodnych rozsiewają żabi skrzek
z czego rodzą się seryjnie i w huku piorunów miriady kijanek,
o ile w międzyczasie właściciel cabrio lub PT Słońce
nie zrobią z tym tzw. porządku.


Być może też owo prze – z nieba - lanie zapędza do komputerów
i będzie z tego więcej prozy, poezji oraz superludzi po photoshopie.
W każdym razie najpierw zaproszono mnie do udziału w konkursie im. Janusza Różewicza,
a następnie uznano mój udział za niezasadny
z powodu nadmiernego dorobku,
a  niejaki Umorusany wezwał mnie na Niecykliczny Konkurs Fabryczny
 w odsłonie zwanej RYMOWISKO.
Ponieważ z Umorusanym jesteśmy zakumplowani
- raz przyznał mi wyróżnienie,
a następnie odmówił publikacji w tomiku - więc uwagę „będą zacni Jurorzy, bardzo przyjemne nagrody, w tym również 300zł” odebrałem jako próbę przekupstwa w skali poetyckiej szacowaną na osiem
z dziesięciu.


„Lipcopad, w deszcz popadł”  - ma sznyt staropolski
i pewnie mógłbym długo jeszcze pisać w tym guście,
ale za oknem akurat pada,
więc pójdę dla odmiany pomoczyć się w basenie czy innym jacuzzi,
bo wody mi wciąż jakby mało,
a zwłaszcza zwłaszcza.




(dwie godziny później)


Po wyjściu z basenu poddałem się pełnej uroku mżawce, podczas
gdy niebo rozjaśniały mi błyskawice.
Lecz najprawdziwsze tornado rozpętało się  po wejściu do domu.
Pierwszy podmuch był ciepły i niewinny:
Gdzie byłeś tak długo,
kochanie?


30-07-2011 09:02:01

Komentarze (0)

Brak wystawionych opinii...

Wystaw komentarz

Nick:

Email:

Trerść:

« powrót