Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Halloween (a la Polones)

31.10.11


Napadła mnie banda hallołinków,
zakrwawione twarzyczki, puste oczodoły, wyrwane nosy:
- Cukieeer, cukieeer!!!! Albo psikus!!!!


A dwoch n*jwikszych zachrypniętymi barytonami dodało:
- MOszE BYĆ PIWO…


Poniewasz uwielbiam dzieci przYwalilem większemu aż mu poTTERowki spadly
i WYtlumaczyŁem:
PIWO JES POD SZCZEGóLNą OCHRONą! A i tak zostalo ledwo pół skszynki.
Na, po landrynce…

2011-10-31 08:32:32

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Poranek z lekka zezowany


28.10.11


Będzie dziś piękny jesienny dzień.
Wczoraj niby też taki się zapowiadał, ale ten dzisiaj… nie, ten dziś będzie o wiele piękniejszy.
Bardziej wieje i liście platanów kręcą piruety tak wytworne,
że nie powstydziłaby się ich nawet Dancing Queen.
Jest za trzy dziewiąta i właśnie dochodzę do rynku.
Fontanny szaleją i rynek wygląda, jakby właśnie się wystroił na imieniny
burmistrza Guliani.


- Dzień dobry!
- Dzień dobry!- odkłaniam się sklepikarzowi
o wielkiej dyniastej głowie a la Abraham Lincoln.
I jeszcze kątem oka widzę, że Delfina mocuje się
z drzwiami La Maison Nucingen.
Ale nie, one są otwarte, po prostu zamiast je przyciągnąć wpychała je do środka budynku.


- Czy pan słyszał o …? – pyta Julian Assange,
ale ja już go właściwie minąłem,
już jestem na wprost ruchomych drzwi Antoine’a,
który pozdrawia mnie znad głowy pierwszego dziś Thomasa Cromwella.
Przed boczną bramą kościoła św. Tomasza powoli przesuwa się
bmw doktora Hause’a,
z zaułka wyłania się Benedykt XVI;
wikary, co podobno był kiedyś proboszczem,
ale przegrał w karty dusze swych pobratymców Ślązaków.
I jeszcze słyszę, jak szczęka klucz w drzwiach fotografa,
Carjat Etienne’a.


Słychać „Barkę”, zaczynają grać kuranty.


- Skacze pan czy idzie? - gdzieś z dołu świata pojawia się głos
Alicji z Krainy Czarów.
- A ty idziesz do szkoły czy może cię świnka osikała? – odpowiadam pytaniem na pytanie.
I od razu odnoszę sukces, bo dziewczynkę jakby zamurowało.
- Skąd pan wie, że mam Świnkę Za - morską? – pada w końcu ze słodkich usteczek. – Została
dziś w domu, bo nie mam podwójnego siodła dla mojego Konia.
- Zaraz, zaraz… który to Koń? Czy to czasem nie ten Koń od Pipi Langstrump?
- Mhm…
- To musi być niezwykła historia – przykucam i nasze nosy są teraz tete a tete. – Zupełnie jak
ta, gdy spotkałem małego Luke’a Skywalkera, a on poprosił,
żebym mu narysował świnkę Peppę…
I potem, kiedy ona zeszła z obrazka…
- …tere fere! – Alcia wyciąga w moim kierunku drobną dłoń
zaciśniętą w piąstkę. – Tere fere!
Wakacje się dawno skończyły i dorośli mają zakaz okłamywania dzieci!
- I have a bad feeling about this,
Alice.

2011-10-28 07:48:52

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

nadal trauma


20.10.11


byłem dziś na imieninach u prawdziwej damy
delikatnej i pięknej przy tym
więc nie było nic o rżnięciu
za to mordy polskie były te same co dziesięć lat temu
grubsze łyssze i siwsze może tylko


widziałem tych ludzi w sytuacjach kiedy byli szmatami
nie potrafię ich znieść
Hank


(to wszystko siedzi w twojej głowie Bukowski
nie potrzebujesz tego)



2011-10-20 23:23:22

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Suplement do Paracelsusa

16.10.11


Bankiet z okazji stulecia przebiegł pod hasłem „Labor omnia vincit”*,
które jest dewizą
Towarzystwa im.  Hipolita Cegielskiego.
I choćby z tego powodu był tyleż huczny,
co i  pozytywistycznie gospodarny.
Pojawili się przyjaciele firmy - sekretarz stanu i poseł zarazem,
wicemarszałek i wicewojewoda,
trzech starostów, trzydziestu sześciu prezesów i pół setki wiceprezesów.

Samych odznaczeni wręczono czternaście,
a były jeszcze nagrody od firmy
i oprawne w stylowe ramy dyplomy.
W części artystycznej wystąpił kabaret, a po nim
młoda gwiazda z głosem prawie jak 
Janis Joplin.


Do kotleta przygrywał już mniej znany  zespół.
 Ale raczej niezręcznie wybrano repertuar,
bo kiedy rozbrzmiało Dżemu „W życiu piękne są tylko chwile”
przez twarz prezesa prezesów przemknął grymas niepokoju
i  przywieszone na piersi medale zadrżały.
Zdarzenie  zauważył (a może jednak wymyślił, któż to dziś odgadnie?)
przypadkowo zaplątany na uroczystość poeta,
 co jedyny wyróżniał się brakiem choćby krawata.
Poeta ów postanowił wesprzeć prezesa opowieścią,
jak niegdyś on sam próbował
zmienić świat, a w podzięce podano mu cykutę.
Niestety, ten marny swetrem człeczyna 
nie przepchał się  przez tłum entuzjastycznych celebrantów
i prezes nigdy się nie dowiedział, że zbyt wielka ilość trucizny
potrafi wskrzesić niejedno nowe
życie.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 *praca przezwycięża wszystko

2011-10-16 09:24:32

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Garnitur

12.10.2011


 Telefon zadzwonił za dziesięć szósta.
Zawsze w takich razach myślę, że to na pogrzeb,
ale do tej pory się myliłem.
Po drugiej stronie odezwał się szwagier.
 - W nocy zadzwonili jacyś ludzie. Brat umarł. – wyjaśnił.
-  Masz  jakiś ciemny garnitur do wydania?
 - P...omyślę – odpowiedziałem nie bez trudu i dopiero wtedy dotarło
do mnie,
że on pyta o ubiór  pogrzebowy. Odłożyłem słuchawkę i przez kilka minut
przewijałem obrazy ze swojego życia:
jego brat, on, chrześniacy, szafa z garniturami, ja, ja i jego brat, biała
koszula ze zbyt ciasnym kołnierzykiem,
szwagier, siostra, ich potwory,
moje potwory…
 - Coś się znajdzie – oddzwoniłem.
 Przyjechał szybko, ledwie zaczęło szarzeć.
 - Jadę do roboty, wypiszę urlop i  ruszam w drogę – machnął ręką.
– Tam nie ma już  nikogo z rodziny.
 Na podrywanych podmuchami czerwonych liściach wierżki
tańczyło światło lampy znad drzwi.
 Garnitur był z trupa mego poprzedniego życia,
przywiozłem go dwanaście lat temu  z Francji.
Ale był jedyny w swoim rodzaju, w zasadzie wciąż go lubiłem
i żal było się rozstawać.
Brata szwagra pewnie bym nie poznał
na ulicy.


2011-10-12 18:18:39

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz