Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Ile jest 4 + 4 = *

Do...


Dosiego Roku 2012
dla wszystkich moich PT Czytelników!!!

2011-12-31 07:24:05

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Trąba ciszy vs hedonistyczna codzienność

21.12.11


Właśnie wczoraj, na cztery dni przed Wigilią,
zgłosiłem Machomanię do konkursu na Blog Roku 2012.
Po raz drugi z rzędu.
Jeszcze pamiętam, jak rok temu prosiłem Was wszystkich o głosowanie,
jeszcze wspominam, jak zbierałem głosy,
a potem dziękowałem Wam i radowałem się miejscem w finale.
Dziś znów proszę o głosowanie!!!


Tym razem opisałem Machomanię,
jako „blog literacki prezentujący twórczość autora
w zderzeniu z hedonistyczną codziennością”
.
I ledwie się zarejestrowałem, otrzymałem mail z pytaniem
czy „hedonistyczna codzienność” to oksymoron.


Oksymoron jest odmianą paradoksu o znaczeniu metaforycznym,
najczęściej składa się z rzeczownika i określającego go przymiotnika
(np. „gorący lód”, „żywy trup”).
Ewentualnie z czasownika i określającego go przysłówka
(np. „spieszyć się powoli”).
Często jako wzorcowy przykład oksymoronu
cytowany jest wiersz Juliana Przybosia
"Z Tatr" zawierający w sobie słynne "gromobicie ciszy".
Będąc kwintesencją paradoksalności, oksymoron wyraża
jedność sprzeczności
(„słodka zabójczyni”, „ciemne światła”, „niekończąca się sekunda”)
przez co wyraziście
kumuluje przeciwności, tworząc nową jakość znaczeniową.
Często bywa tak, że oksymorony wchodzą do powszechnego użycia,
budząc przy tym mieszane uczucia.
Takimi wyrażeniami są np. „wirtualna rzeczywistość”
czy „poznańska obwodnica”.


Więc jeśli...


Będziecie na mnie głosować wbrew trąbom ciszy?
Naprawdę?
Dziękuję!!!


Niech wygra
HEDONISTYCZNA CODZIENNOŚĆ!

BLOG_duzy2011.jpg

2011-12-22 09:16:40

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Noworodek i ateiści* (wybór)

20.12.11


W chrześcijańskiego boga nie wierzę, ale że 95% Polaków twierdzi,
iż wierzy, razem z nimi mam wolne w pracy.
Jak na razie nie udało mi się wykręcić od spędzania świąt
u rodziców lub u teściów.
Wolę te u rodziców, bo miło przypominają mi dzieciństwo.
A poza tym oni już pogodzili się z tym,
że nie warto mnie namawiać na spacer do kościoła.
Aha, i świąteczne jedzenie mamy jest takie fajne!
U siebie w domu nie ubieram choinki,
choć słucham polskich kolęd opracowanych przez
Witolda Lutosławskiego (ale to z zupełnie innego powodu).
Lecz tak czy owak lubię te święta - po przesileniu zimowym
dzień wreszcie zaczyna się wydłużać...
(…)


Ustawiam choinkę , na stole jest opłatek , sianko i łuski karpia.
W gronie rodzinnym śpiewamy kolędy . Ci młodsi ze śpiewników niestety,
starsi, te których nauczyli się na
lekcjach religii i w kościele. Ale śpiewamy tylko wtedy,
kiedy wszyscy maja ochotę .
Bywały święta ,ze nie śpiewaliśmy.
O sobie mówię ,ze jestem agnostykiem. Dlaczego więc te wszystkie tzw. „'obrzędy'”? Ano dlatego że kojarzą się
z ciepłem rodzinnego domu, z jego aromatami, z bezpiecznym dzieciństwem , oczekiwaniem na prezenty...
Uważam, że legenda o żłobku i biednej dziecinie jest podobnie sympatyczna,
jak bajki o Królewnie Śnieżce czy Kopciuszku.
(…)


Od małego miałam awers do choinki, rodzice zmuszali mnie do ubierania
i strojenia drzewka, był to dla mnie przymus. Teraz jestem dorosła i cieszę się, że w moim
domu nie kultywujemy tej tradycji. Nie ma setek kilogramów żarcia, nie obdarowujemy
dzieci i bliskich prezentami, nie siedzimy godzinami
z rodziną w fałszywej atmosferze. Kiedyś
zastanawiałam się czy Bóg obchodzi Boże Narodzenie
i jestem pewna, że nie,
ponieważ On nigdy nie miał początku,
ani nigdy nie będzie miał końca.
Do kościoła chodzę.
Jestem ateistką?
(…)


Religię odrzucam, bo to (wiadomo) narkotyk dla ludu.
Ale pewne obrzędy czemu nie?
Jeśli pasują, nie odrzucam ich, obchodzę je po swojemu.
Boże Narodzenie traktuję jako święta rodzinne.
Choinka, śnieg, dekoracje na mieście, atmosfera ciepła rodzinnego
- to wszystko powoduje, że witam je z chęcią i zadowoleniem.
Wigilię obchodzę w sposób tradycyjny, czyli bez mięsa.
Ale tylko dlatego, że to mi się
podoba, że to inna jakość jedzenia, że jestem smakoszem.
Kolędy też lubię, są naprawdę piękne.
(...)


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - - -

*Wyboru dokonałem na kilku forach, zapisałem też jedną z prywatnych rozmów.
A Wy, co sądzicie? Wciąż wierzycie w biblijną opowieść o noworodku,
który nastał aby zmienić świat?
Z nim obejdziecie te święta?


2011-12-20 09:53:18

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Ratunku, „Pogodno”!!!!

06.12.11


Na Mikołaja zrobiłem sobie prezent,
papierowe wydanie e-booka „Dzieci umierają rosnąc.”
Inny poeta, Romek Karwik z Bielska podsunął mi grafika z duszą
(dziękuję p. Ewo!)
z którym praca nad wydaniem nie okazała ani nieprzyjemna,
ani długotrwała.


Wydany zbiór różni się nieco kompozycją od zrealizowanego
w E-bookowie,
pozbawiłem go kilku słabszych wierszy, usunąłem te,
które wydam w inaczej zebranym kolejnym tomiku.


Już przed końcem pracy okazało się, że w zbiorze nie ma wiersza „Pogodno”,
o którym napisałem wpierw kilka zdań we wstępie.
Przejrzałem biblioteki mojego komputera, zadzwoniłem
do mojej administratorki strony, zrobiłem
małą panikę wśród znajomych.
I nic!


Zapraszając do lektury tomiku – cena 10 zł, można od dziś mailem składać zamówienia,
a pewnie Doris uruchomi mi wkrótce na „machomanii” okienko do sprzedaży
- wnoszę do PT Moich Czytelników wielką prośbę:
CZY KTOŚ Z WAS NIE MA MOJEGO WIERSZA „POGODNO”?
Może go komuś wysłałem?


Oddany wróci do matecznika, a pewnie z czasem
doczeka się wydania w kolejnym tomiku.
Na znalazcę czeka zaś bezcenna nagroda. Chyba łatwo się domyślić, że jej nazwa
rozpoczyna się
od „Dziec…”

macha_book.jpg


2011-12-08 14:51:46

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Polak pije tanie wino i bije żonę*

28.11.11

Azjaci znacząco się między sobą różnią.
Tak więc Chińczycy mają bardziej okrągłe twarze, podczas gdy Mongolczycy trójkątne,
z wyraźnymi kośćmi jarzmowymi. Chińczycy mają bardziej skośne oczy.
Koreańczycy też są różni i np. mają duże nosy, większe od innych.
Jeśli idzie o kolor skóry, to ludzie ci są wręcz brązowawi,
podczas gdy pozostali są żółci
i żółto –pomarańczowi.
Japończycy różnią się od Chińczyków tym, że mają zupełnie inny kształt oczu i jaśniejszą karnację.
Prawdę mówiąc, Japończycy mają oczy podobne
do postaci z komiksów mangi.
Mongolczycy są najwyżsi i najsmuklejsi,
a nogi mają proste, w odróżnieniu od Chińczyków,
których nogi bardziej w łuk idą.
Jeszcze inni, a przy tym szczególnie niscy są Filipińczycy.
Poza tym trzeba też pamiętać, że znacząco różnią się ich języki. Chińczycy mówią szybko i ostro,
Koreańczycy inaczej, a Filipińczycy jeszcze inaczej.
Natomiast jedynie akcentem i chińskimi naleciałościami rożni się
mongolski w Mongolii i Mongolii Wewnętrznej.
Generalnie Azjatów łatwiej rozróżnić od Europejczyków,
bo na naszym kontynencie
narody się nieco pomieszały.


Uwaga ogólna:


Filipińczyk z pewnością będzie transwestytą.
Japończyk nosi zawsze aparat cyfrowy.
Chińczyk pojawi się w stożkowym kapeluszu,
a Koreańczyka rozpoznasz po grze komputerowej w ręku.
Mongolczyk natomiast przyjedzie toyotą land cruiser, otrzepie pył stepów
z podkręconych w górę czubów oficerek, zagra na morin hur
i przytuli ci dziecko, jak Matka Polka.
(piszę o tym dokładniej, bo RP nie ma w Ułan Bator nawet konsulatu
i niektórzy mogliby się pomylić)



*z ankiety przeprowadzonej w Niemczech w 2009 r.

2011-11-28 08:10:19

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Kuba to moje wszystko

24.11.11


(fragment wywiadu dla NZ z Grzegorzem Majzlem, muzykiem z Sosnowca, ojcem Kuby chorego na dystrofię mięśniową)



(…)- Kuba był esencją Kompilacji od początku. W teledysku „Koncert” jest scena, kiedy twój syn klei samoloty. Tak jak ty to robisz. Jest między wami więcej takich podobieństw?


- Jasne, że pamiętam nasze klejenie samolotów i plastikowych modeli aut, malowanie i robienie makiety dla zespołu Iron Maiden. O Kubie, zawsze myślałem w kategoriach jego osobowości i dowolności postrzegania świata. Kiedy miał 4-5 lat, siadał na plastikowym stołeczku, a ja po drugiej stronie otwartych drzwi. Na framudze opierałem materacyk z łóżka, kładłem się pod nim i rozpoczynaliśmy nasz teatrzyk - były tam historie wymyślone na poczekaniu i najdziwniejsze rekwizyty. Ale ta zabawa utkwiła w nas, bo do tej pory często ją wspominamy. Później były „kosiarki” -ha! z dużych klocków Wadera -budowaliśmy przedziwne moto - potwory, którymi ścigaliśmy się po mieszkaniu. Kuba wtedy jeszcze chodził.

Gadaliśmy też wtedy dużo o muzyce i nagrywaliśmy na taśmę magnetofonową nasze abstrakcyjne utwory muzyczne z podkładem perkusji na pudełkach po butach. I jeszcze grywaliśmy w ping ponga, mecze odbywały się na ławie w pokoju, a siatką były książki dobrane w zależności od sytuacji. Zresztą, ping pong jest do dziś naszą frajdą. Gramy namiętnie na turnusach rehabilitacyjnych, choć wygląda to inaczej, bo trzeba pod stół podłożyć kilka materacy, aby wózek Kuby podnieść do stołu. (…)

- Choroba syna skłoniła Cię do zajęcia się problemami dzieci z dystrofią mięśniową. Powstała fundacja, cel dla którego z kolejnymi swoimi zespołami wciąż objeżdżasz Polskę. To już są setki… a może nawet tysiące koncertów?

- To bardzo istotne, by mieć wsparcie, gdy masz tak poważny problem. Fundacja daje poczucie, że nie jesteś sam. Rodzice i dzieci jeżdżą na turnusy rehabilitacyjne i spotykają się tam w gronie osób o podobnych problemach. Dzięki temu można się wspierać wzajemnie, pomagać. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile koncertów zagraliśmy przez cały ten czas dla dzieciaków, natomiast wiem jedno-wydarzenia te były absolutnie charytatywne i przyniosły wymierny efekt finansowy. Dziś ta działalność stała się częścią mojego życia, dla fundacji będę grał już zawsze.


(więcej o Grzegorz Majzel Trio można się dowiedzieć na stronie
www.grzegorzmajzel.pl/pages/gm-trio/

i grudniowym numerze „Nowego Zagłębia”)

2011-11-24 10:43:17

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Sms z "Kambodży"

20.11.11.


Choeung Ek to wielkie pole śmierci. Kawałki ciał wystają jak po oraniu.
Po południu biuro zaplanowało shopping.
Pojechałbyś?”

2011-11-20 07:36:12

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Obudził się popłoch

09.11.11


uznano
że pora spać już więc Pójdę
nie widziałem cię Dziś
wspomnienia z wczoraj wybiedzone
jak tamte chachary Z Pogoni
czy jesteś


*

Powtarzanie wzoru
napisał profesor
w przedmowie do antologii
nie Wiem ilu poetów
zabił naraz dwiema ledwie
kulami


*


pora na tatę Właśnie nadchodzi
nie - będą tańce
ale tort Zapewne
znów się będę cieszył Że żyje
ależ radość
radość


*


obudził się popłoch
nieufny czujny i łasy Zerka
ukradkiem głodny I modny
w potarganych lejcach pończoch
Wpierw jeszcze podglądał będzie Aż zza
pancernej szyby lat
Zeżre


2011-11-17 09:58:57

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Halloween (a la Polones)

31.10.11


Napadła mnie banda hallołinków,
zakrwawione twarzyczki, puste oczodoły, wyrwane nosy:
- Cukieeer, cukieeer!!!! Albo psikus!!!!


A dwoch n*jwikszych zachrypniętymi barytonami dodało:
- MOszE BYĆ PIWO…


Poniewasz uwielbiam dzieci przYwalilem większemu aż mu poTTERowki spadly
i WYtlumaczyŁem:
PIWO JES POD SZCZEGóLNą OCHRONą! A i tak zostalo ledwo pół skszynki.
Na, po landrynce…

2011-10-31 08:32:32

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Poranek z lekka zezowany


28.10.11


Będzie dziś piękny jesienny dzień.
Wczoraj niby też taki się zapowiadał, ale ten dzisiaj… nie, ten dziś będzie o wiele piękniejszy.
Bardziej wieje i liście platanów kręcą piruety tak wytworne,
że nie powstydziłaby się ich nawet Dancing Queen.
Jest za trzy dziewiąta i właśnie dochodzę do rynku.
Fontanny szaleją i rynek wygląda, jakby właśnie się wystroił na imieniny
burmistrza Guliani.


- Dzień dobry!
- Dzień dobry!- odkłaniam się sklepikarzowi
o wielkiej dyniastej głowie a la Abraham Lincoln.
I jeszcze kątem oka widzę, że Delfina mocuje się
z drzwiami La Maison Nucingen.
Ale nie, one są otwarte, po prostu zamiast je przyciągnąć wpychała je do środka budynku.


- Czy pan słyszał o …? – pyta Julian Assange,
ale ja już go właściwie minąłem,
już jestem na wprost ruchomych drzwi Antoine’a,
który pozdrawia mnie znad głowy pierwszego dziś Thomasa Cromwella.
Przed boczną bramą kościoła św. Tomasza powoli przesuwa się
bmw doktora Hause’a,
z zaułka wyłania się Benedykt XVI;
wikary, co podobno był kiedyś proboszczem,
ale przegrał w karty dusze swych pobratymców Ślązaków.
I jeszcze słyszę, jak szczęka klucz w drzwiach fotografa,
Carjat Etienne’a.


Słychać „Barkę”, zaczynają grać kuranty.


- Skacze pan czy idzie? - gdzieś z dołu świata pojawia się głos
Alicji z Krainy Czarów.
- A ty idziesz do szkoły czy może cię świnka osikała? – odpowiadam pytaniem na pytanie.
I od razu odnoszę sukces, bo dziewczynkę jakby zamurowało.
- Skąd pan wie, że mam Świnkę Za - morską? – pada w końcu ze słodkich usteczek. – Została
dziś w domu, bo nie mam podwójnego siodła dla mojego Konia.
- Zaraz, zaraz… który to Koń? Czy to czasem nie ten Koń od Pipi Langstrump?
- Mhm…
- To musi być niezwykła historia – przykucam i nasze nosy są teraz tete a tete. – Zupełnie jak
ta, gdy spotkałem małego Luke’a Skywalkera, a on poprosił,
żebym mu narysował świnkę Peppę…
I potem, kiedy ona zeszła z obrazka…
- …tere fere! – Alcia wyciąga w moim kierunku drobną dłoń
zaciśniętą w piąstkę. – Tere fere!
Wakacje się dawno skończyły i dorośli mają zakaz okłamywania dzieci!
- I have a bad feeling about this,
Alice.

2011-10-28 07:48:52

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

nadal trauma


20.10.11


byłem dziś na imieninach u prawdziwej damy
delikatnej i pięknej przy tym
więc nie było nic o rżnięciu
za to mordy polskie były te same co dziesięć lat temu
grubsze łyssze i siwsze może tylko


widziałem tych ludzi w sytuacjach kiedy byli szmatami
nie potrafię ich znieść
Hank


(to wszystko siedzi w twojej głowie Bukowski
nie potrzebujesz tego)



2011-10-20 23:23:22

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Suplement do Paracelsusa

16.10.11


Bankiet z okazji stulecia przebiegł pod hasłem „Labor omnia vincit”*,
które jest dewizą
Towarzystwa im.  Hipolita Cegielskiego.
I choćby z tego powodu był tyleż huczny,
co i  pozytywistycznie gospodarny.
Pojawili się przyjaciele firmy - sekretarz stanu i poseł zarazem,
wicemarszałek i wicewojewoda,
trzech starostów, trzydziestu sześciu prezesów i pół setki wiceprezesów.

Samych odznaczeni wręczono czternaście,
a były jeszcze nagrody od firmy
i oprawne w stylowe ramy dyplomy.
W części artystycznej wystąpił kabaret, a po nim
młoda gwiazda z głosem prawie jak 
Janis Joplin.


Do kotleta przygrywał już mniej znany  zespół.
 Ale raczej niezręcznie wybrano repertuar,
bo kiedy rozbrzmiało Dżemu „W życiu piękne są tylko chwile”
przez twarz prezesa prezesów przemknął grymas niepokoju
i  przywieszone na piersi medale zadrżały.
Zdarzenie  zauważył (a może jednak wymyślił, któż to dziś odgadnie?)
przypadkowo zaplątany na uroczystość poeta,
 co jedyny wyróżniał się brakiem choćby krawata.
Poeta ów postanowił wesprzeć prezesa opowieścią,
jak niegdyś on sam próbował
zmienić świat, a w podzięce podano mu cykutę.
Niestety, ten marny swetrem człeczyna 
nie przepchał się  przez tłum entuzjastycznych celebrantów
i prezes nigdy się nie dowiedział, że zbyt wielka ilość trucizny
potrafi wskrzesić niejedno nowe
życie.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 *praca przezwycięża wszystko

2011-10-16 09:24:32

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Garnitur

12.10.2011


 Telefon zadzwonił za dziesięć szósta.
Zawsze w takich razach myślę, że to na pogrzeb,
ale do tej pory się myliłem.
Po drugiej stronie odezwał się szwagier.
 - W nocy zadzwonili jacyś ludzie. Brat umarł. – wyjaśnił.
-  Masz  jakiś ciemny garnitur do wydania?
 - P...omyślę – odpowiedziałem nie bez trudu i dopiero wtedy dotarło
do mnie,
że on pyta o ubiór  pogrzebowy. Odłożyłem słuchawkę i przez kilka minut
przewijałem obrazy ze swojego życia:
jego brat, on, chrześniacy, szafa z garniturami, ja, ja i jego brat, biała
koszula ze zbyt ciasnym kołnierzykiem,
szwagier, siostra, ich potwory,
moje potwory…
 - Coś się znajdzie – oddzwoniłem.
 Przyjechał szybko, ledwie zaczęło szarzeć.
 - Jadę do roboty, wypiszę urlop i  ruszam w drogę – machnął ręką.
– Tam nie ma już  nikogo z rodziny.
 Na podrywanych podmuchami czerwonych liściach wierżki
tańczyło światło lampy znad drzwi.
 Garnitur był z trupa mego poprzedniego życia,
przywiozłem go dwanaście lat temu  z Francji.
Ale był jedyny w swoim rodzaju, w zasadzie wciąż go lubiłem
i żal było się rozstawać.
Brata szwagra pewnie bym nie poznał
na ulicy.


2011-10-12 18:18:39

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Przeczytaj fraszkę, idź na wybory*


21.09.11

Smrodek popo (słowaniu)

Niełatwo jest będąc posłem
nie zostać z czasem osłem.
Istnieją cztery lata  powodów
By się zarazić od smrodów.

Białe tango białe tango

Raz pewien kandydat na posła
w trakcie festynu wyszedł na osła,
gdy w białym tangu odmówił damie,
co sprawdzić chciała "sprawdzam" w programie.


Nie wierz

Nie wierz w posłów omnipotencję,
brzęczące bywają ich intencje.


Wzlot Ikara (politycznego i feministycznego zarazem)

Raz jedna pani poseł piękna
wśród błysków fleszy tak zmiękła,
że wzniosła dłoń w  dłoń z opozycją,
aż premier się uniósł ambicją.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


*Głosuj na kogo chcesz! Ale kochaj Polskę, ona tego potrzebuje
!

2011-09-26 15:03:46

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Aria dla atlety*

11.09.2011

- Pamięta Pan jeszcze tamto przed – i wojenne Zagłębie?
 
- Zagłębiowska bieda była straszna, a ja pochodzę z biednej rodziny. Dziadek przyjechał do Sosnowca w poszukiwaniu pracy, ale przez błąd aptekarza utracił jedno oko i potem był już ciągle bezrobotny, więc dorabiał sobie, gdzie i jak mógł. I to właśnie za kartki na chleb trafił do okupacyjnego więzienia i zmarł tam z wycieńczenia. Rodzice mieszkali na Tabelnej 44 na tzw. kupie. Dopiero, kiedy ojciec dostał pierwszą pracę, przeprowadzili się do sąsiedniego domu. Oczywiście my, jako dzieci, cieszyliśmy się każdą chwilą. Nie rozumieliśmy, co to polityka i co może znaczyć słowo „wojna”. Ale głód dawał nam się we znaki i kiedy dostawaliśmy kromkę chleba – tuż przed wojną była to kromka z masłem, potem już najwyżej z solą – byliśmy na nowo radośni. Ale nigdy nie leżało w charakterze mojej rodziny, żeby szabrować…
 
- Przypomnę Panu w tym miejscu cytat z Kazimierza Kutza :
"Mój świat lepiony był na model niemiecki, rządziła nim familijność i pracowitość. Po tamtej stronie królowało cwaniactwo, przekupstwo i donosicielstwo. I ten świat, w mundurach UB
i garniturach partyjnych aparatczyków, wkroczył po wojnie na Śląsk i wdeptał go w ziemię". Pan zna Kutza, dyrygował pan muzykę Kilara do jego „Paciorków jednego różańca”.
Zgodzi się Pan z jego słowami?
 
- Oczywiście byli tacy ludzie, którzy szabrowali, byli szmalcownicy. Natomiast nie jest prawdą, że gromadnie przyjeżdżali oni na Śląsk
i zabierali Ślązakom mieszkania. Diabli mnie biorą, kiedy słyszę, jak pan Kutz opowiada, że Zagłębiacy tak robili. Ja z kolei dobrze pamiętam mojego okupacyjnego nauczyciela muzyki, Ślązaka o nazwisku Wlodarczyk, którego któregoś wieczoru zobaczyłem, w oknie sosnowieckiego budynku gestapo, katującego więźnia. Mam mu to wypominać? Taka retoryka do niczego nie prowadzi. Pracowałem na Śląsku przez wiele lat, mam tam tłum przyjaciół, na przykład z WOSPR –u, czy Akademii Muzycznej. I piękne wspomnienia, jak choćby to, kiedy jako tzw. „dyrygent okręgowy” podczas Święta Pieśni w Kochłowicach w wieku dwudziestu trzech lat dyrygowałem 30 chórami z Rudy Śląskiej
i okolicy, a było w nich z pewnością ponad tysiąc śpiewaków. To wtedy, prowadząc różne śląskie chóry, po raz pierwszy wyrobiłem sobie nazwisko! Ale jednak  jakiś strach jednak we w mnie dziś jest, kiedy zaproponowano mi udział w Komitecie Honorowym Konkursu im. Spisaka poczułem obawę: jak to, konkurs w Zagłębiu i sami prawie Ślązacy?
(…)


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

*„Aria dla atlety” to tytułu film Filipa Bajona do którego muzykę napisał pochodzący
z Sosnowca prof. Zdzisław Szostak, ur. w 1930 r. wybitny polski kompozytor,
dyrygent muzyki do ponad 200 polskich filmów i autor ścieżek dźwiękowych  do 40 z nich. Przedstawiony tekst to fragment przeprowadzonego przeze mnie, jeszcze nieopublikowanego, wywiadu z profesorem, który zostanie zamieszczony
w  październikowym numerze dwumiesięcznika
społeczno – kulturalnego „Nowe Zagłębie”.

2011-09-11 10:59:35

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Opowieść o niezamierzonym fałszerstwie*

30.08.11
 
 
W 1864 roku,
w wyniku upadku Powstania Styczniowego deportowano
w głąb Rosji co najmniej
trzydzieści osiem tysięcy Polaków, z czego dwadzieścia
tysięcy zesłańców
znalazło się na Syberii.
Dwa lata później, w połowie 1866 r. wśród siedmiuset dwudziestu jeden polskich katorżników pracujących przy budowie drogi na południowych
wybrzeżach jeziora Bajkał zrodził się pomysł zbrojnego buntu.
Zawiązano organizację  pod nazwą Syberyjski Legion Wolnych Polaków.
W nocy z 24 na 25 czerwca 1866 r.
Legion przystąpił do walki.

Niestety, powstańcom nie sprzyjały okoliczności.  Polscy zesłańcy byli nad Bajkałem rozmieszczeni w 9 miejscach, z których najdalsze były od siebie oddalone o 200 kilometrów.
Nie wszędzie dotarła też wieść o rozpoczęciu powstania,
a tam gdzie trafiła
spotkała się z chłodnym przyjęciem, bo zaledwie dwa miesiące wcześniej
rząd rosyjski ogłosił amnestię na mocy której znacznie złagodzono
zapadłe po powstaniu styczniowym wyroki.
Ostatecznie do boju stanęło tylko 250 powstańców.
Legion składał się z 80-osobowego oddziału kawalerii oraz 70 strzelców
i 100 kosynierów,
a jego przywódcami zostali weterani insurekcji 1863 roku.

Naprzeciw tym siłom władze wyprawiły około tysiąca Kozaków
wzmocnionych trzema setkami piechurów.  Regularną armię wsparło pospolite ruszenie rosyjskich i chińskich osadników
oraz plemion buriackich,
wśród których rozpuszczono fałszywe informacje,
iż zesłańcy planują rzeź miejscowej ludności.

Zaledwie cztery dni od rozpoczęcia buntu - 28 czerwca 1866  roku - Legion został rozbity i rozproszony w bitwie pod Miszychą. Po przegranej powstańcy podzielili się na mniejsze grupy
i podjęli próbę ucieczki do Chin. W ciągu kilku tygodni
większość z nich została wyłapana,
lub sama się poddała, trzydziestu ośmiu poległo,
dwunastu zmarło z głodu lub chorób,
 a dwóch zaginęło na zawsze w tajdze.
Ostatni akt nieudanego powstania miała miejsce
przed sądem polowym w Irkucku,
gdzie  osądzono zarówno legionistów,
jak i tych zesłańców, którzy nie walczyli,
ale wcześniej zadeklarowali udział w walce.
27 listopada 1866 r. rozstrzelano czterech najważniejszych przywódców powstania : Narcyza Celińskiego, Gustawa Szaramowicza,
Władysława Kotkowskiego i Jakuba Reinera.
 Spośród sześciuset sześćdziesięciu ośmiu oskarżonych czterystu czterech skazano na różne kary - od dożywotniej katorgi przez zakucie w kajdany i chłostę do (zaledwie) dozoru policyjnego. Skazani umierali
z godnością. Szaramowicz zdążył przed salwą plutonu egzekucyjnego krzyknąć: - Jeszcze Polska nie zginęła... !

Po Syberyjskim Legionie Wolnych Polaków pozostała legenda. Oprócz Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (II wojny światowej) było to bodaj najważniejsze wydarzenie zbrojne w historii Syberii. Wśród zesłańców innych narodowości – a zsyłano na Syberię narody całej wielkiej Rosji - żywe były opowieści o buntownikach, którym zamarzyła się wolność
i pokonanie imperialnej władzy.
To o nich m.in. jest słynna pieśń katorżników, „Bradiaga”:

„Przez pustkę za groźnym Bajkałem, Szedł człowiek, ostatkiem swych sił.
W katordze rozkruszał on skałę... Zapomniał , kim jest i kim był.
W katordze rozkruszał on skałę... Zapomniał , kim jest i kim był.
Ucieka, a za nim trwa pościg, Z dniem każdym przybliża się doń.
(w tłumaczeniu Jonasza Kofty)


_____________________________________________


* Tę historię  opowiedziała mi Aleksisa Iwanowna, rosyjska studentka z Irkucka, która
w wakacje dorabia pilotując grupy turystyczne po Zabajkalu. Z Polakami Aleksisa rozmawia najczęściej w dwu językach równocześnie – z tymi starszymi po rosyjsku, a z młodszymi po angielsku. Aleksisa ma piękny, ciepły głos i dobrze się jej słucha. Ale w wersji angielskiej na jej opowieść nakładają się błędy językowe. Wszystko było dla mnie jasne dopóki polscy zesłańcy byli „katorżnikami”. Lecz kiedy nagle stali się „refugees”  świat stanął na głowie.
Niestety, Aleksisa dość często prowadzi także grupy z Korei, Japonii i USA…

2011-08-30 12:44:31

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Opowieść przy piwie

28.08.11

Meg generalnie poznała w USA  Ariela, którego kocha, no po prostu go kocha!
Ona wtedy trochę sprzątała w NY,
ale  potem od razu  przeniosła się pod San Francisco,
lepsza robota i bliżej do Ariela,
bo on miał podobno pracować w sąsiednim miasteczku,
dwie godziny jazdy, i mieli się widywać w weekendy…
Niestety miłość była zbyt silna i po półtora - dwóch dniach Meg nie
wytrzymała, rzuciła robotę i pojechała za Arielem.
I tak się wprowadziła.

Ariel kochał Maggie równie silnie jak ona jego.
Tak silnie, że sprał ją już następnego dnia. Ale Meg tego nie zauważyła.
Za to, że to Ameryka, zauważyła sąsiadka i zgłosiła na policję, więc Ariel trafił za kratki i nie wyszedł po oczekiwanych 24-48godzinach, gdyż okazało się,
że jest w mieście znanym damskim bokserem.
A do tego ma żonę,
właściwie to nawet jeszcze drugą w innym stanie i obie niekoniecznie byłe i też prane wcześniej oraz później, zawsze z opcją, że „niech równo puchnie”, więc sprawa od razu w gazecie
 i w sądzie się rozwinęła…

Niestety Ariel zostawił Meg bez pieniędzy, bo to co przywiozła „zainwestowałem malutka”.
Za to czynsz nie był zapłacony i trzeba było się szybko wyprowadzać
z mieszkania.

Ale Meg kocha Ariela !...I tylko to się liczy!
I ci, którzy jej mówili, że Arielowi źle z oczu patrzy i żeby go zostawiła, to źli ludzie byli!
Źli ludzie, więc ona przeczeka, aż się wszystko wyjaśni, poczeka.
Sprząta tymczasem w San Francisco,
bo pieniądze na kaucję i adwokata potrzebne przecież.
I nawet teraz ma czas czasem, do dzieci pisze maile,
bo Ariel miał w domu komputer.

Dzieci w Katosach siedzą.
I są jak ona, bez kasy oczywiście...
Mamuśka się nie sprawdziła  w tej Ameryce – opowiadają wieczorami
– i zamiast zarabiać kokosy,
się zadaje z recydywą.
A przy drugim piwie przypomina im się jeszcze,
że Meg w starej robocie miała dwie czy trzy pożyczki,
nawet jak się pieniądze z mieszkania po byłym pierwszym pojawiły.

Te pożyczki podżyrowane przez z pracy koleżanki są,
więc teraz te koleżanki  za nią, znaczy, za siebie już,
bo już banki poprzenosiły te długi, oddają.
I jaka jest na to twoja reakcja Meg, dzieci pytają,
się uczyć życia od niej uczą, a ona odpisuje:
dobrze im, bo świństwa robiły!
A R… ską, że z dzieckiem pokarało, to przecież wiadomo,
że tak musiało być, że franca…
Czyli radzi sobie Maggie w tej Ameryce,
prawda, że radzi, że masakra,
nie ?...

2011-08-30 10:32:17

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Opowieść przy winie

27.08.11


Czytała właśnie o relatywnych absolutnych stymulatorach transgresywnych
oraz logice dyskursu we współczesnej psychologii, gdy poczuła,
że musi go zobaczyć, poczuć.
Może chociaż przeczytać?
 
Włączyła komputer, załogowała się i od razu uśmiechnęła - JEST!
Niemal rzuciła się na słowa, chciała je pochłonąć,
 utulić…
 
- A  jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś.

Zatrzymała się, jakby umarła.
Nie mogła czytać dalej, nie chciała. Nie potrafiła nawet spojrzeć,
co jest dalej...
Powoli zamknęła pocztę, zapaliła papierosa, pomyślała, że to nie fair, żeby  dziś,
 że  nie chce wiedzieć, ze przecież mogłaby nie zajrzeć do poczty,
nie przeczytać…

Wróciła po godzinie, już kiedy poczuła działanie prozacu.
 Tym razem uśmiechała się do siebie z każdym kolejnym słowem, z każdą literą…
- Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam – odpisała.
- Kiedy się kogoś kocha, on nigdy nie znika.


2011-08-27 10:30:23

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Lipcopad,

30.07.11


w  dep’m popadł – chciałoby się napisać z angielska,
ale kiedy widzę mój widżet pogody, boję się, że sierpień będzie podobny
i po prostu zabraknie mi rymu nawet gdybym poszedł
w trzynastozgłoskowiec.

 
Dziś, w przedostatni dzień lipca 2011 roku ze wstydem przypominam sobie moje nieodpowiedzialne wiersze m.in. o tym, że nie grilluję w upał
z sąsiadem  czy też o niemoich kotach co w nonsensopedycznym szale rzucają się do oczka wodnego by w pocie i bezmyśle
dopaść  do złotych ciał moich osobistych
rybek.


O depie (nie mylić z Depą Billaba, padawanką Mace’a Windu, chalactańską mistrzynią  Jedi wybraną do Rady Jedi w okresie, gdy Republika pogrążona była w wojnie)
donoszą obecnie z Mazur, znad morza, z gór strzelistych i stołowych,
z festiwali street –artowych i ze sfer rządowych
(z tym, że stąd z innych powodów). 
Depresja jest też powszechnym stanem na ulicy Toteż,
opowiada się o niej zarówno w poprzek, jak i wzdłuż. Nie chcę przez to uzasadniać odcięcia ucha white terierowi pod numerem 5c, ani niechcianej ciąży mecenas K.L.(cóż robić w deszcz, deszcz, deszcz…), ale z nakrywania folią malarską kabrioletu barchetta przelotne oberwania chmur imputują niewielkie oczka wodne,
gdzie następnie bataliony batalionów i innych czapli wodnych rozsiewają żabi skrzek
z czego rodzą się seryjnie i w huku piorunów miriady kijanek,
o ile w międzyczasie właściciel cabrio lub PT Słońce
nie zrobią z tym tzw. porządku.


Być może też owo prze – z nieba - lanie zapędza do komputerów
i będzie z tego więcej prozy, poezji oraz superludzi po photoshopie.
W każdym razie najpierw zaproszono mnie do udziału w konkursie im. Janusza Różewicza,
a następnie uznano mój udział za niezasadny
z powodu nadmiernego dorobku,
a  niejaki Umorusany wezwał mnie na Niecykliczny Konkurs Fabryczny
 w odsłonie zwanej RYMOWISKO.
Ponieważ z Umorusanym jesteśmy zakumplowani
- raz przyznał mi wyróżnienie,
a następnie odmówił publikacji w tomiku - więc uwagę „będą zacni Jurorzy, bardzo przyjemne nagrody, w tym również 300zł” odebrałem jako próbę przekupstwa w skali poetyckiej szacowaną na osiem
z dziesięciu.


„Lipcopad, w deszcz popadł”  - ma sznyt staropolski
i pewnie mógłbym długo jeszcze pisać w tym guście,
ale za oknem akurat pada,
więc pójdę dla odmiany pomoczyć się w basenie czy innym jacuzzi,
bo wody mi wciąż jakby mało,
a zwłaszcza zwłaszcza.




(dwie godziny później)


Po wyjściu z basenu poddałem się pełnej uroku mżawce, podczas
gdy niebo rozjaśniały mi błyskawice.
Lecz najprawdziwsze tornado rozpętało się  po wejściu do domu.
Pierwszy podmuch był ciepły i niewinny:
Gdzie byłeś tak długo,
kochanie?


2011-07-30 09:02:01

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Most na Jordanie

24.07.11


Brynica, na której jednym z jej brodów powstała Czeladź,
była dawniej nazywana także Brzennyczą, Braną, Brzeźnicą czy Brenicą. Rzeka stanowi prawy główny dopływ Czarnej Przemszy i ma niecałe 55 kilometrów długości.
Płynie m.in. przez
Piekary Śląskie, Czeladź (w której mieszkam),  Siemianowice Śląskie, Katowice i Sosnowiec. Średniowieczne zapiski informują o siedliskach bobrów, które uniemożliwiały żeglugę.
Obecnie niemal dwóch wieków rzeka jest mocno zurbanizowana.
W dokumentach z początku XX wieku można znaleźć informacje
o parowcu, który po niej pływał.
Zachowały się też zdjęcia kajaków i kąpiących się letników datowane na okres międzywojnia. Na rzece znajduje się historyczna granica Śląska
i Zagłębia Dąbrowskiego,
które historycznie i geograficznie jest częścią Małopolski.


Na owym iluzorycznym pograniczu trwa obecnie coś
w rodzaju małej wojny. Chodzi o to czym różni się Górny Śląsk
od Zagłębia Dąbrowskiego, ale przede wszystkim jak
i czym się różnią się mieszkający na Śląsku i w Zagłębiu ludzie.
Na forach internetowych cytuje się i bez pobłażania krytykuje fragmenty śląskich wspomnień Kazimierza Kutza, jak choćby ten: "Mój świat lepiony był na model niemiecki, rządziła nim familijność i pracowitość. Po tamtej stronie królowało cwaniactwo, przekupstwo i donosicielstwo. I ten świat, w mundurach UB i garniturach partyjnych aparatczyków,
wkroczył po wojnie na Śląsk i wdeptał go w ziemię".
Wspomina się i wypomina np. śląskich „tłumaczy gestapo”
z okresu II wojny światowej.
Jeśli zdarzają się  głosy stonowane, to niejednokrotnie nawołują one po prostu do zamknięcia się po swoich stronach Brynicy,
w swoich lokalnych społecznościach.
O co chodzi?
Ślązacy mają dziś problem czy i jakimi są Polakami.
70 proc. spośród nich deklaruje „jestem Ślązakiem,
ale jestem też Polakiem”.
Duża część Ślązaków deklaruje jedynie swoją śląskość,
z jednoczesnym zastrzeżeniem,
że nie są ani Polakami, ani Niemcami. A mniejsza,  jak choćby przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska (i już wicemarszałek województwa) Jerzy Gorzelik, stwierdza swoje przywiązanie do śląskiej tożsamości i równocześnie nie czuje się lojalna wobec
Rzeczpospolitej Polskiej.
 I wreszcie ostatnią opcją, również skromną liczbowo jest stanowisko: „jestem Ślązakiem i jestem też Niemcem. Choć moją ojczyzną są Niemcy, jestem lojalnym obywatelem Rzeczpospolitej”.

Z kolei Zagłębiacy mają się bodaj najgorzej od lat. Przepadły splendory
z okresu gierkowskiego, z perspektywy województwa lewicowe władze zagłębiowskich miast już drugą kadencję są ledwie tolerowane.
Nie układa się współpraca organizacjom pozarządowym,
 a  jedyne zagłębiowskie czasopismo społeczno
- kulturalne, „Nowe Zagłębie”
 z trudnych do zaakceptowania powodów
(oceniono je podobnie, jak miesięcznik „Śląsk”)
nie otrzymało dofinansowania na kolejny okres,
co grozi upadkiem periodyku.


Zagłębiacy podkreślają,
 że zbyt często używa się wyrazu "śląski” przy określaniu nazewnictwa różnych nowych instytucji w regionie i województwie.
Trudno im pogodzić się z propozycjami nazwania przyszłej Metropolii „Silesia” inaczej niż śląsko-dąbrowską lub śląsko-zagłębiowską.
A samo pojęcie „Zagłębiak” – nie dość, że wordowski podpowiadacz nie zna takiego słowa – rozgrywane jest co i rusz w walce o głosy wyborcze.
-
I wszyscy tu pamiętają wypowiedź Kazimierza Kutza,
że to Jordan; rzeka, która dzieli.
Wjeżdżając na most na Brynicy z jednej strony wjeżdża się na rowerze,
 a z drugiej strony zjeżdża na „kole”.
Jak by na to nie patrzeć, to rzeczywiście może więc  być Jordan.
Tylko po co to i komu?

Najstarszym mostem na Brynicy był - opisany już w 1228 roku
- „ ćwierćmilowy” most Gawła  (Pons Gauli) przebiegający nad rozlewiskiem pomiędzy dzisiejszą Czeladzią, a Siemianowicami Śląskimi. Nazwa mostu nie jest jasna i istnieją co najmniej
trzy różne wersje jej powstania.
 Jednak w każdej z tych wersji celem budowy mostu jest ułatwienie
kontaktów mieszkańcom ziem śląskiej i małopolskiej.


2011-07-24 11:11:30

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Wirtualne życie Neofita

 15.07.11

Jest tak, że niektóre moje teksty krążą w Internecie.
Na przykład opowiadanie „Neofit”.
Niby to nic dziwnego, w końcu iluż twórców opublikowano coś w sieci.
Ale...Właśnie! To MOJE opowiadanie!

Zrobiłem właśnie remanent mojej twórczości
i dziś znów cieszy mnie nie tylko sam fakt wirtualnego życia „Neofita”,
ale i recenzja, którą przy tej okazji otrzymałem. 
A stoi w niej mniej więcej tak:

Ciekawa koncepcja. Nowonawrócony (a raczej ciągle nowonawracany) jako bohater przypowieściowy.
Facet potrafi się bawić słowami, wyciąga ich sensy, choć robi to czasem w sposób zbyt przejaskrawiony. Pokoleniowa charakterystyka brzmi raczej pesymistycznie, podobnie jak pointa. Mojżesz też doprowadził do wymarcia całego pokolenia. Za dużo nazw własnych, sugerujących konkretne odniesienia, i zbyt mało przestrzeni dla czytelnika. W sumie gość potrafi pisać, potrafi przekazać myśl, potrafi poszukać kulturowego odniesienia...
Podoba mi się, pozdrawiam 
Piotr

Z punktu widzenia tyle co opisanych przeze mnie mąk słowotwórczych szczególne wrażenie zrobiło na mnie słowo „nowonawracany”. Nie musiałbym tego pisać, ale dla rzetelności zaznaczę, że mój komputer podkreślił je oczywiście długim czerwonym wężykiem.

PS. „Neofita” nie było do tej pory na stronie. Poprosiłem właśnie Doris, żeby go dodała w zakładce „Proza”.

2011-07-15 12:53:36

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Staráte se jen o sebe a své pohodli

   11.07.11


(Chyba) „Gottlandem” Mariusz Szczygieł w nowy sposób zwrócił nam Polakom uwagę na Czechów. Może, jak na to o czym chcę dziś pisać, było jeszcze w tej książce za dużo rozliczeń z ich PRL – em,  może nie pada tam jeszcze owo wszystko tłumaczące* słowo „pohodli”,
ale z pewnością jest w „Gottlandzie” kwintesencja czeskości - tego charakterystycznego spokoju ducha, który tłumaczę sobie omnes transire, programowym ateizmem, wizją weekendu na daczy,
niezawodnością bardzo dobrego i taniego samochodu skoda oraz …
Właśnie! Co powinno być po tym „oraz”? 


W sobotę odwiedziłem Nachod, miasteczko niedalekie od Kudowy, oddzielone historycznie
i administracyjnie granicą państw. Miałem tam spotkanie z Polakiem, który po życiowych perturbacjach zamienił swój polski los na czeski.
Dziś na co dzień zajmuje się on consultingiem, porusza się tylko pieszo lub miejską komunikacją, mieszka krok, dwa - trzy od nachodzkiego rynku,a z proboszczem lokalnej katolickiej parafii jest tyleż na ty, co na pan, co by można wytłumaczyć stwierdzeniem, że i na obczyźnie Polak Polakowi bywa nie tylko rodakiem.
Na tarasie secesyjnego „Hotelu u Beranka” przesiedzieliśmy trzy bite godziny w czasie których zdarzyło nam się obejrzeć rzadkość sporą jak na Czechy, katolicki  ślub udzielony przez wspomnianego już proboszcza. A przy tym napić się i zjeść, a w trakcie zawodowej dyskusji porozmawiać o różnicach we współczesnej polskości i czeskości.
W pewnej chwili spytałem mojego gospodarza o hobby.
- Jak wszyscy tutaj, czytam książki - usłyszałem.
- ??
- Tu ludzie chcą to robić. Czesi czytają najwięcej w Europie, statystycznie siedemnaście książek  w roku.
- O ile dobrze pamiętam, w Polsce średnio czytamy jedną…
- Oni mówią: staráte se jen o sebe a své pohodli.
Czyli dbaj jedynie o siebie i swój komfort.


To brzmi znajomo, ale znaczy: raczej nie rób sobie kłopotu,
miej dla siebie czas.
- I to działa? Także w stosunku do innych?
-Właśnie w stosunku do innych przede wszystkim.
Dzięki temu państwo jest bardziej przyjazne dla ludzi.
- Pan się tu odnalazł…
- Mieszkałem w Krakowie,  ale dopiero w Nachodzie życie się poukładało.
Jakbym wreszcie był u siebie.
- A Polska?
- Przyjazdy do Polski coraz częściej denerwują.
Nie wiem czy wrócę.


---------------------------------------------------------------     

 
*(chciałem napisać razem te słowa, puścić oko do reklamowej aranżacji „Mumio”;
ale komputer nie przepuścił, rozdzielił)

2011-07-11 07:30:47

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

akcenty warzywne w letnim flircie

07.07.11


pomidorki koktajlowe
w swej naturze towarzyskie i beztroskie
 całują sie chętnie i lekko
często
wszędzie i z każdym

gorzej nieco jest z ogórkami w słoikach
te
ramię w ramię ściśnięte
żeby nie powiedzieć skwaśniałe
bardziej są skore do uścisku rzeczowego
niż buziaka

i niestety
 na to wszystko ma jeszcze
przemożny wpływ cebula
nawet wyczarowana  spod ziemi
nie daje się łatwo rozbierać
i raz po raz doprowadza śmiałków
do płaczu
...

2011-07-07 13:14:33

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Powszechny obowiązek szczęścia

29.06.11
 



Przed paroma jeszcze wiekami radość była zakazywana,
teraz znaleźliśmy się na przeciwnym biegunie – stała się obowiązkiem.
W sondażu pewnej francuskiej gazety 90 proc. pytanych przyznało,
że uważa się za szczęśliwych.
Czy to przypadkiem nie znaczy, że już wkrótce nikt nie  odważy się przyznać,
że czasem czuje się źle?


Jakąkolwiek  drogę dziś nie  wybierzemy – psychologiczną, fizykalną,
chemiczną czy wirtulaną (w rozumieniu: komputerową) –
wszędzie natrafimy na to samo, podstawowe założenie:
szczęśliwość jest w zasięgu ręki,
a my powinniśmy jedynie  wykorzystać
to „pozytywne uwarunkowanie”.
(tak choćby mówi lubiany wśród intelektualistów Dalajlama).


Uwierzyliśmy,
 że możemy siłą woli lub niewoli zapanować nad stanami umysłu,
regulować nastroje, uczynić zadowolenie skutkiem
własnego wyboru.
Doszliśmy do miejsca, w którym uważamy,
że  musimy być szczęśliwi,
samoszantażujemy się groźbą utraty
pozycji społecznej.


Pisałem już o tym, to prawda. Acz nic się nie zmieniło i wciąż dostaję
„niepoprawne” emocjonalnie maile.
W nich na przykład takie zdania:


Zielono w głowie mam niestety z dawna.
 Dziś substancje psychoaktywne pozwalają mi niektóre sprawy widzieć ostrzej,
a o niektórych na chwilę
nawet
zapomnieć…


2011-06-29 08:48:07

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Bierwiaczonek i telefon komórkowy

22.06.11


Na majowe zakończenie sezonu w Art Cafe zaprosiłem
Bogusława Bierwiaczonka.
Artystycznego przyjaciela, profesora lingwistę, który ma to do siebie,
że zawsze mówi, co myśli,
a myśli,
że i tak umrze, więc warto mówić, jak jest.


Koncert wypadł na koniec dość długiego wieczoru,
a wtedy zawsze się boję,
że moi goście nie wytrzymają, że wyjdą.
W jakimś sensie tak było i tym razem,
była faza zachwytu, była nasycenia
i była pora, kiedy odjeżdżają prawie ostatnie autobusy.
Ale Bobi miał dobry dzień i śpiewał dalej. I kiedy doszedł do „Szmaciarza”
 (to już przebój, słyszałem w „Trójce”) znajoma malarka spytała,
czemu nie było go w dniu jej prezentacji,
w poprzednim miesiącu.


Na koniec PP Bogusław (Profesor Poeta) wyciągnął świeżo wydane:
płytę i tomik.
W obu, po raz chyba pierwszy, prezentuje swoje rysunki.
Ze wstydem muszę się przyznać,
 że dopiero dziś, już wiele dni później,
wreszcie je obejrzałem.


Nie chcę recenzować, zresztą pewnie nie umiałbym.
Ale za wierszem „Wszystko jest radiem”
(wszystko i każdy jest radiem
Wszystko i każdy ma antenę
Wszystko i każdy odbiera
To co wszystko i każdy nadaje (…))
musiałem na chwilę się zatrzymać.


„Przedstawiciel telefonii komórkowej tłumaczy rybom
i innym zwierzętom morskim,
jak używać telefon komórkowy”
Wow…
Kto się pokusi, by lepiej  skomentować
otaczającą nas
rzeczywistość?

2011-06-22 20:52:38

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz


ze Snów dręczących nieletnio
Polska               
spółka windykacyjna z o.o.


zbankrutowana z powodu
wyeksploatowania Do szczętu obywateli
Z ręką proszącą u Wielkiego (UE)brata
i premiekomornikiem co dzieli psi los
na czworo


nazywam się Milion
bo miliony naszych
długów są
czytam


2011-05-30 11:07:20

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Projekt „Urodziny komornika Dwacha”

05.05.11

Czy zawsze sam tylko muszę pisać?
Czasem rodzi się takie pytanie nawet u kogoś, kto, jak ja, lubi tworzyć.
Przedstawiam dziś projekt „Urodziny komornika Dwacha” – opowiadanie,
które chciałbym napisać wraz z Czytelnikami tego bloga.
Zapraszam do współpracy.


Komornik Dwach jest postacią zupełnie fikcyjną, acz wierzę,
że typową dla naszej rzeczywistości.
W opowiadaniu, najlepiej jak się da, chciałbym pokazać absurdalną polską rzeczywistość
„tego kraju”,
 gdzie rozbudowuje się w nieskończoność nieprodukcyjny aparat urzędniczy,
by z czasem  przekształcać go w jeszcze gorszy,
windykacyjny.
Czy będziemy państwem banków i komorników?  - przeczytałem
niedawno postawione na jakimś forum pytanie.
Chciałbym to wyśmiać - wyeksponować naszą przaśną,
(para – katolicką,
para – nowoczesną
para – historyczną
para – antyhomofobiczną
para – feministyczną
para – itd. itp.…)
 sarmacką para- europejskość.



Od pewnego czasu współpracuję
z dwumiesięcznikiem społeczno kulturalnym
„Nowe Zagłębie” (
www.nowezaglebie.pl).
Jestem przekonany, że napisane wspólnymi siłami opowiadanie
uda się zamieścić na łamach tego czasopisma.
Chciałbym też je dołączyć do zbioru opowiadań „Rolls Royce
z kalafiorami”



Zapraszam do pisania ciągu dalszego „Komornika Dwacha”.
Dopisane i zaakceptowane fragmenty będziemy ( „my”, bo przy współpracy Doris, mojej administratorki strony)
zamieszczać w specjalnie utworzonej na ten cel zakładce.
A jeśli rzeczywistość przerośnie wyobraźnię,
to …
nie wiem, co się stanie.


Teksty proszę przesyłać na mój adres e-mailowy machomania@machomania.pl


* * *


Urodziny komornika Dwacha

      
       Oj działo, się działo w naszym powiecie przez dwie ostatnie niedziele. I nie żeby o Wielkanoc to chodziło, ani ją poprzedzającą Palmową, choć Panu Bogu i najświętszej Panience miejsce godne oddać należy, należy przecież. Działo się owo ważne z racji zupełnie innej, ważniejszej o wiele, bo przecież Pana Boga Dwacha Grzegorza ( Miłościwie Nam Panującego Komornika)  za stóp łapiących było przez te dwa tydnie więcej, niźli nieraz na Święcenie do kościoła proboszcza Zajdy zajrzy.
       -Piękny dzień Panie Komorniku  - zaczęło się wszystko słowem skromnym i z szacunkiem w Wigilię Palmową. To stara Łazuniowa ukłoniła się Panu Komornikowi grzecznie i jeszcze na wszelki wypadek przychyliła głowę wnuczki, co mogłaby hardo spojrzeć w oczy władzy, bo nieuczone jeszcze toto, ledwie skończyło zerówkę, a i to przecież w przedszkolu.
Komornik Dwach Grzegorz nawet jednak nie spojrzał na dziewczynkę, tylko delikatnie operując teczką z cielęcej skóry minął kobietę, myśląc przy tym, że skoro wpłaca połowę swojej niziutkiej renciny, to ją dalej, aż do śmierci wpłacać będzie. A potem przeszedł szybko aż do szklanych drzwi, gdzie już odźwierny komorniczy, Lasoń( recydywista i alimenciarz dożywotni, ale poza tym uczciwy - taki, co przypowie to oraz owo w konfidencji, albo nawet bażanta z wydłubanym śrutem przyniesie w porze Bożego Narodzenia).
       - Boże szczęść, Panie Komorniku – wykrztusił wyuczoną formułkę Lasoń, która, jak się poniewczasie okazało, wyjątkowo trafną tego dnia była.
       - Witajcie Lasoń – Dwach Grzegorz w swojej łaskawości podał mu rękę do pocałowania. – Dużo tam tej hałastry?
Pytanie było poważne, bo był to akurat czwartek, dzień dla dłużników naznaczony, którego komornik prawdę mówiąc nie lubił, bo różne zdarzały się weń przeróżne historie, a już na pewno płacz, spazmy, próby przekupstwa oraz szantażu, a nawet i szalbierstwa.
       - Oj dużo dziś narodu – zgodnie z prawdą odpowiedział Lasoń. – W szczególności całe zakłady metalowe stoją, bo oni już szósty miesiąc bez pracy, to i w się im gotówka pokończyli.
       Jednakże Dwach Grzegorz nowych dłużników lubił. Zawsze to spraw przybywało, nieraz i rąk do pracy w majątku, a od czasu do czasu dało się też wypatrzeć twarzyczkę, co choć wystraszona, to jednak spoglądała na majestat komorniczy z właściwym zainteresowaniem.
       - Dzień dobry Panie Komorniku – aplikantka Wartecka odebrała teczkę z rąk Komornika, a na stole dymiła już kawa jacobs ulubiona.

2011-05-09 14:36:02

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Bezprawie pytań


Prawo konfliktów zbrojnych
chroni ofiary wojen w czterech kategoriach:
rannych
 oraz chorych w wojnie lądowej i morskiej,
jeńców
i ludność cywilną.
Nie chroni żołnierzy,
o ile nie zostali ranni lub nie są jeńcami.
Nie chroni też ludności cywilnej, o ile występuje w roli żywych tarcz.
W  ramach humanizacji wojny powstał także nowy problem:
 sposobów, jakimi można zabijać wroga. 
Czy należy
to robić za pomocą środków
niepowodujących zbędnych cierpień?
 Czy,  na przykład, możliwe jest użycie
napalmu?*


Czytałem wczoraj tom wierszy Julii Hartwig.
Piotr Matywiecki pisze o niej, że jest poetką, co musiała się pogodzić
z faktem,
że raj za nami zamknięto.
To prawda.
I nieprawda zarazem.
Raj istniał dawniej, kiedy nie znaliśmy jeszcze pytań.
Dziś  za ich pomocą tworzymy
reguły naszej zagłady.




*te kilka zdań znalazłem w wywiadzie na temat humanizacji wojny. Rozmówcą był profesor prawa. 

2011-04-29 20:48:10

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Ciszewska macha i Macha też

kiedy piszemy czarnymi
długopisami
machamy wam poezją
bo umrzemy


(przeszliśmy przez drogę krzyżową
 poezji i jeszcze przechodzimy.  nasze jutro
może nie nadejdzie)

pozostawimy
poe  -  zje
...


którą Bóg
obdzierał z nas
przybijał gwoździami do kartek papieru
później oglądał jak z lejącej się krwi
powstają litery
a kiedy zainteresowała go inna sprawa
odchodził, ale wracał
(On jeden nie łamał nam długopisów
robiło to życie)


bo słyszeliśmy ciszę
poezję widzieliśmy wszędzie.


kiedy piszemy czarnymi długopisami
na wyciągniętych z kieszeni białych chusteczkach
kiedy oblepiamy je słowami z których potem
Wy czytacie nasze życie


kiedy piszemy czarnymi myślami
(kiedy je bielimy śmiercią jak motyle szpilką)
Pan Bóg nas nosi na rękach
trędowatych co prawda
(bo gdzie był kiedy  trzy tysiące wyparowało z WCT?)
ale przecież pełnych miłości


kiedy piszemy czarnymi limuzynami
świat jest pełen wiary i nadziei
Wasz miłości nasz
świat umarłych Judyt i bezskrzydłych Krzysztofów
co wstali
by ponieść Wam pieśń



*Jak to bywa z moimi tekstami i tym razem muszę wyjaśnić o co chodzi. Judyta Ciszewska to dwudziestoletnia piękna dziewczyna, a przy tym wrażliwa poetka. Napisała do mnie z prośbą o coś bliżej nieokreślonego z czego urodził się ten wspólny wiersz i jej kwietniowy „na żywo”  debiut poetycki przed publicznością w Art Cafe Muza.
          Dzień po wieczorku Judyta przysłała maila  z podziękowaniami. Na końcu było zaś to:


Co po maturze,
myślę, że bardziej się okaże się po niej.
Ale tak jak mówiłam, myślę o studium.
(…) dalej będę pisać,
ale co z tym nie wiem.


W tramwaju, jak jechałam z kuzynką do Będzina, rozpoznał mnie jakiś pan, który poprosił o autograf (…).

2011-04-24 20:32:26

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Uścisk humanistycznych dłoni


Sądowa bramka przepuszcza mnie bez alarmu, jeszcze tylko uchylam klapy torby,
a strażnik rzuca okiem na plik papierów i komputer.
I nagle zdziwienie, przecież znam tego człowieka!
Ale Jarosław mnie nie poznaje.
W czarnych spodniach i też czarnej,
dosyć obcisłej kurtce wydaje się być sprawniejszy,
 niż jest w rzeczywistości, a efekt wzmacnia jeszcze napis na plecach. „Ochrona”.
Marszczy czoło, kiedy mówię „Witaj  Jarosław”,
ale automatycznie wysuwa dłoń do powitania.
Spoglądamy sobie w oczy, ściskamy miękkie,
humanistyczne dłonie.


Jarosław nie wygląda na wicekróla poetów.
A planuje być królem. Napisał ponad siedem tysięcy wierszy
i wciąż tworzy.
- Będziesz na moim  wieczorku?
Nie będzie.
W przyszłym tygodniu los rzuca go do uzdrowiska,
gdzie firma właśnie dostała robotę, a stamtąd, wiadomo, trudniej.
Kuracjuszki to kobiety z pretensjami, pisze się więcej i…
za daleko, żal wydać tyle kasy na bilet.
Tego ostatniego już nie mówi,
to zgaduję.


Uzgadniamy pryncypia.
Poeta to ten, co pisze,
Poeta to ten, co pisze wiersze.
Poeta to ten, co zapisuje wiersze.
Poeci to Wergiliusz, Szekspir, Rilke, Miłosz…
Król poetów jest jeden. Napisał
dziesięć tysięcy.


W powodzi poetyckich skojarzeń
nikt nie pyta po co ja
w tym sądzie.

2011-04-23 07:49:04

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Zastanów się, zanim przepłacisz*

 
Jeżeli miarą zainteresowania poezją może być handel,
to spieszę donieść,że mój e-bookowy tomik
 „Dzieci umierają rosnąc”
trafił na portale aukcyjne Ceneo.pl oraz Skąpiec.pl. Niestety,
 można go tam kupić niemal w cenie wydawnictwa,
co być może przyczynia mi chwały,
a być może nie.


Jednakże, spoglądając na to z innej strony,
warto rozważyć zakup, gdyż Macha z drugiej ręki
powinien być równie atrakcyjny,
 jak oryginalny, o ile tylko PT Czytelnik/czka 
zainwestował/a kiedyś na przykład
w solidną drukarkę.


Wówczas
- boć z zaoszczędzoną kwotą raczej poszaleć się nie da -
 warto trochę jeszcze wysupłać i zagrać va banque,
 np. kupić mi specjalny, kolorowy czy czerpany papier.
I kończąc te męczarnie wydrukować,
 tak wypieszczonego,  „całego” Machę,
naraz…

---------------------------------------------------------

* Tytuł (wyjątkowo) nie jest mój. Wyszukany został dzięki Google
i powtarzam go za
komunia.ale.gratka.pl,
polityka.pl,
gitara.pl,
szybkiintenet.com.pl,
bezwypadkowe.pl


itd. Itp., w każdym razie pl,
czyli za jeszcze około 75 000
podobnych  polskich zwrotów reklamowych.
Oczywiście, gdyby pójść ostrzej  w pop,
 lepsze byłoby „życie to handel”, które  ma jakieś
7 870 000 skojarzeń.

2011-03-28 22:31:14

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Jak Este Okot został Panem Bogiem
poetów mojego miasta


Od poklepywania -  Este Okot uniósł się opowiadając– aż bolało  mnie ramię!
Szło o pomysł miesięcznika o kulturze,
który miał promować twórców z caaaałego miasta.
Este go wymyślił, a WSZYSCY ŚWIĘCI poparli.
Lecz kiedy doszło do zbierania funduszy
donatorzy zniknęli w katakumbach kopalń,
mecenasi wyjechali na wielomiesięczne terapie,
a drukarze, wespół z dziennikarzami,
 zażądali pozaziemskich gwarancji.
 Este Okot poczuł, że traci zapał.
Lub, że za chwilę trafi na postronek.
Był piątek.
Na szczęście w jego życiu zagościła właśnie kolejna,
jak zawsze piękniejsza od poprzedniej,
Muza.
Po weekendzie pełnym Nieopisanego Rozedrgania
Este wymyślił.


Smycz, owszem, musiała być.
Ale cienka i trzymana w ręku jakby posłańca, bo Kuriera.
- To nieważne, przecież będę pisał o kulturze – Este rozparł się dumnie
w wizji fotela redaktora naczelnego.
– O kulturze miasta, które opisywał już Żeromski.

I wkrótce zaczął pisać. A także począł drukować. Oraz zamawiać recenzje.
(Czasem, niestety, Ktoś jednak pociągał za smycz)
I …
Oraz …
Minęły trzy lata, a   po nich przyszedł dzień,
gdy każdy poeta w mym mieście wiedział już, kim jest Este Okot.
On sam  zaś wiedział, że stał się lokalnym Panem Bogiem poetów.


Kiedy wczoraj, na spotkaniu w art cafe,
przystawiłem mu do piersi kara.. tfu! mikrofon
i spytałem czy po tym, jak się udało,
bywa, że czuje się małym Panem Bogiem,
 Este Okot się niestety nie przyznał.


Nie uwierzyłem. I wy też  mu nie wierzcie.
Ale szanujcie Este.
Proszę.

2011-03-27 20:35:59

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

zapiski z maskarady

17.03.10


ja
kicz człowieka
z omnipotencji new age
przepisy rozdaję na życie w miłości


ja
kicz człowieka
wiem lepiej od ciebie
który wiesz lepiej od tego co wie lepiej


ja
kicz człowieka
z seriali wyedukowany
krzyżówki z tychże rozwiążę wszystkie bez błędu


ja
kicz człowieka
przykład stanowię współczesny ze wszystkiego
antygonę i kreona pogodzę wbrew sofoklesowi
dziecku przekażę lekcję taktu
a taktów różaniec zawieszę jezusowi na ustach


ja
kicz człowieka
wzgardzanym nie dam wyczuć wzgardy
ja kicz
ja
ja
ja

2011-03-17 18:44:18

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Tomik Poezji "Dzieci Umierają Rosnąc"


Mój tomik poezji został wydany przez


czytaj więcej >>

Dzieci umierają Rosnąc - Krzysztof Macha - Tomik Poezji

Zainteresowanych zakupieniem tomiku zapraszamy TUTAJ >>

2011-03-03 08:08:23

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

bezjęk

24.02.11


Wiele dobrego wydarzyło się w tym konkursie.
 Nawet nie to, że w głosowaniu nazbierałem sms-ów
aż na trzecie miejsce.
To było oczywiście wyjątkowe i dziękuję tym, którzy mnie wsparli.
Ale bodaj największą wartością jest sympatia z jaką zetknąłem
się w trakcie jego trwania i po.
Ktoś opowiedział mi o dwudziestoletniej córce,
która zaczytała się w blogu,
ktoś z obcego mi świata stwierdził, że jest pod wrażeniem,
jeszcze inna osoba niespodziewanie przyznała, że lubi mnie „poczytać” (choć stwierdziła także,
 że nie po drodze jej z mottem strony).
Były też gesty mniej osobiste – propozycja współpracy
przy etiudzie dyplomowej studenta łódzkiej filmówki
i zaproszenie bloga na e-czytnik.
 W swoim rankingu  Kilmore Fisz - guru tego kawałeczka Internetu
-  uznał mego bloga za pewnego kandydata do wielkiego finału
(z czym oczywiście się pomylił).
 Hitem zaś jest wyznanie „nigdy nie nosiłam majtek na więcej
niż jeden ze sposobów
i pomysł, że można to zrobić inaczej jest odkryciem”!


Dziękuję za te wszystkie dobre zdarzenia i wciąż cieszę się nimi.


PS. Gdyby ktoś chciał spytać, jak oceniam werdykt pani Katarzyny G. to chciałbym się uchylić od odpowiedzi słowami zwyciężczyni w tej kategorii, które – o ile pamiętam - brzmiały mniej więcej tak:
O Boże, co ja mam powiedzieć…

2011-02-24 21:01:39

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Festiwal komedii

25.01.11


Nie od dziś wiadomo, że gdyby w teatrach
wystawiać same spektakle komediowe,
 to trzeba by sal większych, a foteli jeszcze wygodniejszych.
Dobra komedia gromadzi smakoszów śmiechu,
 którzy zdają się być także amatorami życia.
 Na koniec sztuki, po trzecich, piątych czy siódmych oklaskach
wszyscy są emocjonalnie  rozładowani, rozedrgani  śmiechem, radośni.
W poczuciu stawania się lepszym  
nawet nieznajomi łączą się z sobą nicią porozumienia
i zachęcają do owacji na stojąco.
Niestety, chwilę później
ten czar znika, jakby był teatralną sztuczką.
Kiedy w kierunku szatniarki wyciągasz rękę z numerkiem
natychmiast wyprzedzają cię
dłonie zwinniejsze,
dłonie szybsze,
dłonie bardziej
zaradne…


2011-01-27 19:58:24

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Moda na hologramy*

7.01.11


(…)
Trzecim, i zarazem największym, źródłem gigantycznego sukcesu Ghańczyka Mikela Obemietz (w najlepszym momencie nr 4 na liście „Forbes” ) była sama Sieć, która z pomocą Goods’a, Twittera i im podobnych portali społecznościowych (niestety efekty upadku Facebooka wciąż widać gołym okiem) wytworzyła modę na światy quasi równoległe. Pomysł Ghańczyka poparł oczywiście i kościół Google, a jego papież wywróżył „holopets” popularność większą od razem wziętych: "Bóg", "Jezus", "Allah", "Budda", "Islam" i "Judaizm".

Ostateczne ugruntowanie miejsca holoanimals nastąpiło jednak za sprawą internetowego TV program „HoloZOO”, którego edycje pobiły rekordy popularności na każdym z kontynentów, a w Ameryce Północnej show otrzymał nawet przydomek „NewOprah”, co samo w sobie jest oczywiście wielką przesadą, ale i nobilitacją, zważywszy na dokonania medialne i polityczne byłej US Vice-President. Na dwu kontynentach
– afrykańskim i australijskim – tytuł HoloBeast Season zdobyły te same postaci, lwy z Tsavo. Naukowcy z Social Media University wyliczyli,
iż sami tylko US citizens w ciągu 8 miesięcy szczytowej popularności programu „HoloZOO” odebrali lub wysłali 9,6 zettabajtów informacji
i niemal 7,5 biliarda wyrazów przekazanych w celu określenia relacji
z wirtualnymi zwierzątkami.

Końców koniec więc, raptem w trzy lata po tym, jak Rosjanin Vitalij Kazinski przeprowadził trzy paralelne transmisje swego spaceru z psem Biełką – jedną po Placu Czerwonym w Moscow, drugą po chińskich Kurile Islands (zauważmy: Rosjanie już żałują, że sprzedali!!) i wreszcie ostatnią, wewnątrz bazyliki Saint Francis of Assisi - świat oszalał na punkcie świetlnych zwierząt i znalazło to też swój wyraz na deptakach mojego miasta. (…)


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


*”Moda na hologramy” to fragment opowiadania „Handy Semiarmours”
 z tyle co zakończonej kolejnej mojej książki „Historie internetowe”.
Inne dwa opowiadania z tego tomu
można przeczytać w zakładce „Proza”.
Teraz przede mną najcięższa z prób, szukanie wydawcy.

2011-01-07 22:06:04

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Mój blog bierze udział w konkursie !


blog2010.jpg



Trwa III etap Konkursu.


Mój  blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2010.
 
Dzięki Waszym sms-om przeszedł do III etapu,
w którym zostanie poddany ocenom Jury.
 
* * * 

Nominacja do etapu III pozwala mojemu blogowi na  udział w konkursie Blog Roku 2010 w nominowaniu do wyboru

Bloga Blogerów


Jeśli chcesz oddać na niego głos, wyślij SMS o treści G00503 na numer 7122.

Koszt SMS, to 1,23 zł brutto

Dochód z wysłanych smsów zostanie przekazany na potrzeby
i rehabilitację osób niepełnosprawych.


* * *

Z jednego numeru telefonu można oddać tylko jeden głos na dany blog w każdym etapie.

Zasady konkursu dostępne są na tej stronie.


* * *

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY  WSPARLI MNIE 
w II etapie konkursu!

2011-01-10 12:30:15

Czytaj komentarze (6) / Dodaj komentarz