Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Polskość. Saute!

25.09.10

W ten weekend zaproszono mnie do Gdańska
na posiedzenie pewnego międzynarodowego stowarzyszenia.
Może nie była to zbyt wielka konferencja, kanałów tłumaczeń było raptem siedem, ale zorganizowano ją w bardzo drogim
hotelu przy Długim Targu,
a zwieńczeniem była kolacja w Dworze Artusa.
Punktualnie o 20, w słynnej sali z największym w świecie renesansowym piecem, halabardnik odpalił lonty dwóch działek hukowych,
a potem kawalkada kelnerów rozpoczęła rozlewanie win,
roznoszenie przystawek, dań głównych,
a w końcu deserów.
Niespodziewanie konsternację wywołał fakt, iż odmówiono
zapalenia świec. „Jesteśmy w muzeum, niestety!”
teatralnym szeptem wyjaśnił mi najstarszy kelner.
Za to, dodał z przepraszającą nutą, gdy podniesie się głowę,
radują wzrok historyczne malowidła.
- Co jest na tych obrazach? – spytał mnie w konsekwencji sąsiad, Portugalczyk. Odpowiedziałem mu, że nie wiem, że (przecież) uczyłem się tego w szkole, jakieś pół wieku temu.
Tym wyraźnie go zawiodłem. Na szczęście, chwilę później się zreflektowałem, więc skierowałem jego wzrok na 520 kafli mistrza Stelzenera i ich najaktualniejsze ukoronowanie,
czerwonego orła na białym tle.
„Wow” jęknął z uznaniem, jakby wcześniej pieca tu nie było.
 I to ostatecznie wyciszyło atmosferę.
Przy kieliszku pożegnalnym goldwasser, francuski prezydent stowarzyszenia wytrawnie, wylewnie i długo dziękował organizatorom.
Jeszcze raz wspomniał przy tym Lecha Wałęsę,
za którym zdarzyło mu się siedzieć, kiedy samolot lądował
na Lech Walesa Airport. 
„Zarówno ten wieczór i cały pobyt pozostawią
w nas niezapomniane wrażenia”
zakończył.
Jedynie Niemcy byli niezadowoleni.
Czuli, że mają pecha. Kolejne posiedzenie
przewidziano bowiem w Berlinie.
„Jak to lepiej zrobić?” pytały ich rozbiegane oczy.

27-09-2010 20:10:34

Komentarze (0)

Brak wystawionych opinii...

Wystaw komentarz

Nick:

Email:

Trerść:

« powrót