Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Legenda o piesku Umbrino*

28.08.10

Wakacje mają to do siebie, że człowiek gdzieś w końcu wyjeżdża.
Ja tym razem wyjechałem w chwili, kiedy niemal wszyscy pozostali właśnie wrócili, a była to włoska Umbria, „biedniejsza siostra Toskanii”
(to cytat z całkiem niezłego przewodnika Cathy Muscat dla Discovery Channel), miejsce tak hedonistycznie doskonałe, iż nawet turyści pojawiają się tu w ilościach rozsądnych o ile nie przyjrzeć się dokładniej wszelkiej maści pielgrzymkom do Asyżu.
 
Nie jest zamierzeniem tego bloga opisywać, jak tu czy tam sobie
s. hedonistycznie wypoczywałem, lecz nie jest też w mojej naturze cieszyć się takim szczęściem bez rozsądku. Że napisałem w tym czasie szmat tekstów, że przegrzebałem przewodniki i mapy, że przeczytałem włoskie
(a jakże!) książki – tak, każdą z tych rzeczy zrobiłem. Ale, że mimo to czuję niesmak myśląc o tym, jak bardzo się cieszyłem, że mnie skręca,
gdy wspomnę, jak ponad miarę się rozanielałem, że mnie wierci, jeśli pomyślę, jak wczuwałem się w patos miejsc – tak, to też jest prawda.

Na szczęście poznałem historię o piesku Umbrino. Ten szczęsny psiak
od wieków, choć incognito, pomaga ludziom w chorobie. Potrzebujących,
a pozbawionych widoków na kawałek grosza wiedzie umbryjskimi bezdrożami do sobie tylko znanych miejsc, gdzie pod ziemią rosną
w najlepsze taaaakie – na nawet taaaaaaaaaakie – trufle. Ci je odnajdują, ładują do plecaków (skąd oni zawsze mają plecaki? - zrodziło mi się takie pytanie), i z rozsądkiem je sprzedają po czym nabywają niezbędne do wyleczenia bliskich czy siebie lekarstwa.

Umbrino ma jednak i tę zaletę, że różowym truflem potrafi uleczyć cierpiących na najstraszniejsze nawet zatęsknienie. Ta rzadka umiejętność objawiła się jego rodakom (Umbrom czy Umbrynianiom? – czekam na pomoc zaprzyjaźnionych językoznawców) względnie niedawno, bo zaledwie w połowie ubiegłego wieku. A stało się to za sprawą polskiego studenta
o dziś już zwłoszczonym imieniu Paolo, który porzucony przez piękną Joannę, studentkę medioznawstwa, utracił „na zawsze” chęć życia. Dzięki Umbrino ów Paweł z Polski wyleczył się z chorej tęsknoty, odkrył cel w życiu (w największym skrócie: agroturystyka i zdrowa żywność) oraz znalazł sobie nowy obiekt miłości o wdzięcznym imieniu Marissa.
 
Historia ta wydarzyła się w okolicach miasta Montefalco, które oprócz świetnych win słynie przede wszystkim z podejrzeń, że to je umieścił Giotto (ale czy to na pewno był Giotto? - coraz częściej padają takie pytania)
na jednym z fresków pełnej przepychu bazyliki, zbudowanej ku czci patrona biednych, świętego chrześcijańskiego kościoła, Franciszka z Asyżu.

Może nie jest tak sławna jak ośmiornica Paul, może nie jest tak piękna,
jak story o Bonnie i Clyde, może nie jest lekturą, jak celtycka opowieść
o Tristanie i Izoldzie – nie, na to już nic naprawdę nie poradzę.
Mogłem ją jedynie zapisać - siedząc sobie pod umbryjskim niebem
i sącząc montefalco. Pisałem, a litery wylewały mi się spod palców.
Kap, Umbrino, kap, Paolo, kap, Joanna, kap, kap,
biedny biedny święty Franciszek…
Tak, ten Biedaczyna z Asyżu z grobowcem wielkości
stadionu piłkarskiego najbardziej kap, kap…



- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

* Nie jest specjalnie dobrze kłamać, zwłaszcza w słowie pisanym, więc teraz, już po lekturze dzisiejszego wpisu muszę Ci się przyznać Droga Czytelniczko (a także i Drogi Czytelniku oczywiście, istoto rzadsza, a przez to cenniejsza), że pieska Umbrino zmyśliłem. Czy stało się to z powodu zbyt dużej ilości montefalco czy w wyniku monstrualnego zderzenia chrystocentryzmu Franciszka i bazyliki, sam już naprawdę nie wiem. Za zaistniałe przekłamanie serdeczne kap, kap.

28-08-2010 18:42:56

Komentarze (0)

Brak wystawionych opinii...

Wystaw komentarz

Nick:

Email:

Trerść:

« powrót