Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Nr 5

20.07.10


W
klasie było nasz trzydzieścioro.
Wojtkowi pękło serce jeszcze w średniej szkole. W tramwaju.
 Czarek odpadł ze ściany w Tatrach.
A Irek chyba po prostu się zapił.
I potem była mała przerwa. Nie, żeby obyło się bez ciosów i walki.
Ale za każdym razem z wygranymi rundami.
Aż Zbyszek w zeszłym roku przegrał drugą rundę walki z rakiem.
A teraz Sławek.
Od dawna serce miał przypięte na agrafce, ale kiedy  czasem opowiadał wspomnienia z tamtej strony, nie bardzo mu wierzyliśmy. Bo dziwne było to, że za pierwszym razem udało się wrócić.
To jemu  zdarzyło się przez płot uciec do dziewczyny w noc ogłoszenia stanu wojennego, to z nim razem oglądaliśmy Oriona we wczesną wiosenno-zimową noc pod Wielką Raczą, to dzięki niemu zobaczyłem jak może wyglądać strach w najgłębszym stadium nałogu.
Opisałem te wszystkie zdarzenia.
I inne, bardziej intymne(choć te odpersonifikowałem).
Po wyjściu z nałogu Sławek zawsze nam mówił: „wszystko co mam mieści się do jednej torby, zawsze jestem spakowany”.
I teraz poszedł…
Hej, jak Ci tam, u góry?


2010-07-20 19:55:12

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

1. Rysy (II)*

2010-07-17

Tak, Maria czasem coś sobie zapisywała. Nie, żeby regularnie pisała, raczej zapisywała sobie niektóre myśli. Robiła to na pojedynczych żółtych karteczkach, odrywanych z nieskończonej grubości bloczka, a potem odkładała je w koperty numerowane cyframi razem przeżytych lat i tuż przed kolejnymi świętami Bożego Narodzenia „na zawsze” zaklejała. „Kiedyś” – tak to zostało uzgodnione przy pierwszej rozmowie – koperty zostaną otworzone, a oni, „oczywiście, ze razem, głuptasie” będą je czytać przez grube szkła okularów wygrzebanych z przepastnych bujanych foteli.

Nie, nigdy nikomu nie czytała nawet pojedynczych zdań. Któregoś razu zdarzyło się jednak, że długopis ledwie pisał i na spodniej, czystej kartce odcisnęły się nie tylko litery, ale i całe zdania.

Przezroczyste słowa brzmiały tak:

„Niekiedy gdzieś w moim domu przycupnie kawałek dobrej chwili,
głaszczę ją wtedy po włosach, proszę by została jak najdłużej.
Na nic!
A przecież wiem, że potrafię jej stworzyć odpowiednie warunki.
Dlaczego więc w innych domach zostaje na dłużej?”

Było już wtedy późno między nami, już wyczuwałem,
że nie mieszczę się w jej rozumieniu świata.
Ale nie było jeszcze najgorzej, nadal myśleliśmy o drugim dziecku.
(…)

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


*Rysy(II) to jeden z rozdziałów „Dnia lunatyka”, powieści, którą napisałem w latach 2006- 2008 i wreszcie ją wydaję. Właśnie pracuję nad jej redakcją. Powinna się ukazać jesienią, pewnie pierwszy wieczór promocyjny odbędzie się w „Bazyliszku”, w gronie bliskich mi osób.

Kilka tygodni temu, już po pierwszych dyskusjach nad tekstem z redaktorem Grzegorzem Krzymianowskim (zachęcam do spojrzenia w Google, to zdolny młody pisarz) rozesłałem do kilku osób powieść z prośbą o uwagi, zwłaszcza o wskazanie rażących błędów czy sprzeczności. Muszę przyznać, że mimo fali upałów odpowiedzi nadeszły raczej sprawnie za co serdecznie dziś w tym miejscu dziękuję.

Już niemal na koniec tej pracy zdarzyło się, że sięgnąłem do „Złotego notesu” Doris Lessing, a w nim natknąłem się na pełne romantycznego uniesienia rozważania nad rolą krytyki
w literaturze. Pomijając fakt, że właśnie w domu przeżywam okres podobnego buntu u syna,
te uwagi jeszcze raz przekonały mnie do opinii, że pisze się dla czytelnika, a nie dla recenzentów bez względu na to czy myśli się czy nie o sukcesie komercyjnym utworu.

Z tym przesłaniem anonsuję więc dziś „Dzień lunatyka”.
To książka dla czytelników - jak widzę po zamówionych recenzjach – dwudziestolatków, trzydziestolatków, czterdziesto…

Jak to już dawno usłyszałem – jak się sam człowieku nie pochwalisz, nikt cię nie pochwali!

PS.

Wreszcie po wielkim deszczu, pierwsza od tygodni chwila, kiedy w pełnym dniu mogę pisać
w ogrodzie. Ale dom tak gorący, że każde zamknięcie drzwi to jakby początek seansu znanej skądinąd sauny.

2010-07-17 11:14:37

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Medalionik sandomierski

07.07.10

 (…)

do syna przyjechał dziś kolega, powodzianin, by się pobawić.
W dzień, nie chce zostać na noc, chyba się dalej boi.
On i jego rodzice śpią w domu wujka, na piętro którego nie weszła woda. Właśnie teraz bawią się w ratowanie ludzi i zwierząt z powodzi: napompowany jest ponton, wyjęte kapoki, wyjęli wszystkie liny,
które zwykle używali na ścianie wspinaczkowej…
a jak już coś upadnie na podłogę to nie wolno tego podnosić…
bo się utopiło…

2010-07-07 12:39:20

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Zapisane przypadki oblężonego człowieczeństwa w Metropolis Silesia

29.06.10


(…) tkwiliśmy z uporem maniaka w toksycznym związku. Ja byłam ślepa  - on za słaby, żeby odejść. Gdy syn miał 5 lat po raz pierwszy chciałam się rozwieść, ale nie miałam dokąd pójść ( ojciec już nie żył, a matka, jak zwykle, odmówiła mi wsparcia). Potem zamarzyło mi sie drugie dziecko, nie chciałam, żeby mój syn był tak samotny jak ja. Znów urodził się chłopiec. Więc życie się potoczyło dalej, lecz nie byłam szczęśliwa. Zawsze nerwy, wiecznie pretensje! I poniżanie, deptanie...
Dobrze, że to już sie skończyło, choć to co mam teraz,
to przecież jedna wielka Pustka…

*
- Nie być ciarachem! -  w ustach mojej mamy to było prawie jedenaste przykazanie.
- Nie będę! – odpowiadałem.
I nie jestem, bo ciarach to po śląsku brudas.
Tylko coraz mniej tej śląskiej gwary, coraz rzadziej.

**

Piłkarz
Costa Nhamoinesu z Zimbabwe
od wczesnych lat interesował się geografią.
Dzięki temu
dowiedział się też o skokach narciarskich
i Adamie Małyszu.
Kiedy przyjechał do Polski,  któregoś dnia spotkali się w hotelu.
Costa patrzył  na niego i myślał:
- To on? Mistrz? Jaki mały! 
Ale na wszelki wypadek zrobił sobie z nim zdjęcie.


***

wstałem sobie dziś rano, a cały dom śpi,,
przeczytałem dwie wyborcze, a tam o kafce, o kijonce,
o czeladzi i tak wielu innych sprawach, że już nie pamiętam,,
tylko jeszcze o mężczyźnie z rakiem,,
teraz czekam kiedy się obudzą i mam stracha, że to wszystko zepsują,,,
na pewno zepsują,,


****

T. J. (42 l.), amator botoksowych zastrzyków, wyprostował zęby.
Premiera nowego uśmiechu odbyła się w telewizji śniadaniowej.
Niestety z powodu Grand Prix Czegośtam publiczność zawiodła.

2010-07-02 17:27:54

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz