Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Król jest nagi

20.06.10

Mistrzostwa Świata rozgrywane na drugim krańcu Ziemi - mam problem
z użyciem każdego niemal z napisanych wcześniej słów, bo inaczej zdefiniowałbym i „mistrzostwa” i „świata” i „drugim” i „Ziemi”,
ale kolokwializmy te tak wrosły w moją/naszą świadomość, że próba użycia innych słów mogłaby być poczytana za dziwactwo – więc te MŚ czy może World Cup 2010 mają i tę cechę, że jednoczą przed telewizorami kibiców najróżniejszych nacji i stanów.

Nie dalej jak dzień temu u zaprzyjaźnionego ze mną opolskiego Niemca nawet psy wyły z rozpaczy (po niemiecku???) po wstydliwej porażce deutsche mannschaft, a już wczoraj pierwsi do drugiej tury turnieju przeszli Holendrzy, zaś pożegnali się z szansami na awans dzielni i pięknie grający Kameruńczycy. W obu tych przypadkach przyszło mi wyrażać emocje, co oczywiste skrajne, bo raz jeden pocieszałem ogarniętego żałobą przyjaciela, a raz drugi deliberowałem nad niesprawiedliwością gry, w której najlepszy zawodnik duński (to oni pokonali Kameruńczyków, piszę o tym, bo przecież już za chwilę stanie się to nawet dla mnie zapomniane) w wywiadzie prasowym przyznał, że przeciwnicy byli lepsi od jego drużyny, choć niestety przegrali.

Ale nie o tym chciałem dziś napisać, tymi dwoma wyżej akapitami postanowiłem jedynie stworzyć klimat zdarzenia, które miało miejsce przy okazji kibicowania mistrzostwom. Zdarzyło mi się bowiem, że także wczoraj usiadłem na wspólnej kanapie ze znajomym oraz jego ośmioletnim synem, chłopcem tyleż zdolnym, co wysportowanym, który oprócz zapowiedzi „jestem geniuszem matematycznym” zdobywa oceny bliskie takiemu podejrzeniu, a przy tym udało mu się zasłynąć w ciągu minionego roku szkolnego zwycięstwami w pojedynkach judo, wygrywanych nawet  ze starszymi od siebie przeciwnikami.

Otóż siedzieliśmy tak obok siebie, gdy nagle ojciec chłopca zaproponował, by ten zagrał w coś (jakąś grę) ze mną później.
- Coś ty! – odpowiedział ośmiolatek. - Z takim fajtłapą?

Jak można się spodziewać przez chwilę zakrólowało kłopotliwe milczenie. Potem znajomy usiłował zmusić chłopca do „przeproszenia wujka” tak,
by poprawność towarzyska zatryumfowała, lecz ten bronił się uparcie
i sytuacja stała się całkiem niezręczna. Rozładowałem ją w końcu ja, podnosząc w górę szklankę z złocistym płynem mistrza Jana Walkera
i byłbym pewnie zapomniał zupełnie i wkrótce o sprawie, gdyby nie to, że właśnie zaproszono mnie z wizytą do pewnej blogerki, której dziewięć kolejnych ostatnich tekstów przy całej swej prawdziwości i atrakcyjności ani słowem nie wspomina o najmniejszej ludzkiej słabości autorki.

Nazywam się macha, pomyślałem sobie po tej jej lekturze. Mam 50 lat
i składam się z małych placyków sukcesów i wielkich obszarów porażek. Ale jeszcze większej przestrzeni frajerstwa, o czym często zdaję się zapominać. Ten ośmioletni chłopiec przypomniał mi, że nie jestem tym, kim myślę, że jestem.

2010-06-20 22:49:12

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

wrzące_bułeczki.pl

08.06.10


tych, którzy nie zdziwili się tytułem dzisiejszego odcinka
uprzedzam lojalnie, że w sytuacji upałów dostaję głupawki,
która na szczęście ma pewną urodę
o czym można się przekonać poniżej


Dostałem ostatnio trochę listów z machomanii , a jeden  (jedna?)
z gości poszedł wręcz na całość i poprosił mnie o ocenę swych wierszy nazywając mnie przy tym prawdziwym poetą z czego wymigać się jest niezwykle trudno, zważywszy na znaną moją łasość na komplementy.
Na szczęście w innym zupełnie miejscu Internetu tego właśnie dnia rozstrzygnął się konkurs poetycki, w którym nieopatrznie wziąłem
udział z  „Szalonym Krzysztofem”, więc przepadłszy z kretesem poza annały, z łatwością, lekkością, a nawet pewną kokieterią odpisałem osobie pytającej (skądinąd miłej, pełnej czaru i talentu, którego mnie raczej poskąpił P.T. Los), że nie podejmuję się takiej oceny, gdyż stosownych uczelni nie skończyłem, a to tylko upoważniałoby mnie do podejmowania się tak poważnych wyzwań.

Otrzymałem także parę zdjęć. Jak to bywa w dzisiejszych czasach, zrodziły się one za pomocą kilkumilionopikselowego telefonu i z takąż gracją celebrowały swój krótki międzykomputerowy byt w moim świecie. Muszę przyznać, że mimo to wydały mi się pełnymi uroku i bawiłem się nimi, pieściłem, deliberowałem nad, aż w końcu przyszła niestety pora,
by je pożegnać.  Choć ni ze mnie Shrek, ni rencista i ni tryumfator za te wszystkie dowody sympatii – a także za spodziewane następne - Apollo, mój ty grecki bogu poezji (obecnie zdaje się jednak w kryzysie) serdeczne proszę cię zapłać.

Najważniejszą jednak informacją minionego międzyczasu jest to,
że rozpocząłem nową rzecz, nową książkę! Wydarzyło się to nagle,
a stało z takim napięciem, że kiedy skończyłem pierwszy rozdział
i uznałem go za dobry, cieszyłem się niemal jak dziecko. Niewyspany (budziłem się kilka razy po nocy, by dopisać lub poprawić kolejne słowa) wstałem dnia następnego ze śpiewem na ustach… i to właśnie spowodowało oskarżenie mnie o coroczny wysyp głupawki. Po katastrofie w Smoleńsku, po powodzi pierwszej i drugiej fali, po ciosach poniżej pasa w kampanii prezydenckiej,  po 0:6 w jednostronnie nieznanej naszej drużynie grze z angielska zwanej futbolem lub soccerem, wreszcie po zapowiedzianym już początku największego w tym wieku ataku komarów - zarzut ten wywołał we mnie politowanie, został zlekceważony oraz uznany wprost za pomówienie.

Ale potem, pierwszego dnia, gdy temperatura przekroczyła trzydzieści trzy stopnie, poczułem, że Oni (któż to są Oni? znacie ich czy też ukrywają się za pelerynami Waszej autocenzury?) mogli mieć rację.
Bo przecież Oni wszystko wiedzą… I - ucieszyłem się!! Wszak moja głupawka – pomyślałem -  udokumentowana jest w co najmniej kilku miejscach na tej stronie, bo okresy tworzenia kolejnych tomików poetyckich zawsze przechodzą przez jej apogeum, letnią kanikułę. Jestem też – przypominam to sobie teraz jasno i dokładnie - autorem utworu pod znamiennym tytułem „Latem piszę wiersze”. A kiedy ostatnio, zupełnie przypadkiem, zanurzyłem się w jakieś czasopismo psychologiczne, gdzie było mi dane zapoznać się z eksperymentem,
w którym udowodniono, że gołębie mogą w wyniku doświadczenia nabawić się przesądów – śmiałem się do rozpuku z tych biednych… ludzi, przecież nie ptaków! Toteż teraz, w wyniku ciągnionej analizy beznadziejnego przypadku, jakim jestem, jako podmiot furor poeticus zastanawiam się, czy moja głupawka jest samoistna czy raczej przesądowa. Chodziłoby mi o wyjaśnienie czy występuje ona z chwilą pojawienia się upałów czy też właśnie jej występowanie
sprowadza okrutne fale gorąca…



2010-06-10 10:41:03

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz