Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Ile jest 2 + 3 = *

Nasze Narodzenie?

21.12.10


„(..) Kościół katolicki jako sieć supermarketów
sprzedająca koncesjonowane ekskluzywne usługi.
 np. Wigilię i Pasterkę?
Ze względu na brak konkurencji usługi realizowane są w fatalnym standardzie,
 sprzedawcy bywają przekupni , a dający łapówki często chcą  uzyskać niewinność
w zamian za zmedializowanie przestępstwa.”
(z listu do mnie 2010r.)


Nie, nie mam nic do Bożego Narodzenia.
Do Nowego Roku czy Wielkanocy także nie.
Do kościoła? Miałbym mu za co przypiąć łatę,
ale czy warto kopać ledwie dyszącego? Zresztą,
jak stwierdził mój przyjaciel poeta Bobi,
tam od niedawna dzieje się wiele dobrego.

Mam za to pretensje do ludzi,
bo nie potrafią być ludzcy rok w rok, dzień w  dzień i godzinę w godzinę.
Mam pretensje do Was, mam do siebie.



choinka.jpg
Życzę nam, byśmy od dziś stali się takimi, jakimi być pragniemy.

2010-12-21 08:55:33

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Pocztówka z Free Ski 2010

17.12.10

Sammie w Hotelu Sole pracuje od jakiegoś czasu. W zasadzie Danielle  ufa mu już w pełni, ale kiedy wczoraj z powodu menstruacji poszła się wcześniej położyć wyszło, że bez problemu powierza mu dzienny utarg
z baru, choć nadal zabrania operować Internetem
po cztery euro za godzinę.
Sammie pracuje sezonowo – cztery miesiące zimą i trzy latem.
Przez resztę roku jest z żoną i czwórką dzieci w swej rodzinnej Macedonii. I wreszcie urodził mu się syn, ma już szesnaście
miesięcy i rośnie, „ach, jak rośnie!”.
Z klientami Sammie porozumiewa się po włosku, niemiecku, angielsku, francusku, serbsku, chorwacku, czesku, polsku, słowacku i arabsku. Trzeciego dnia pobytu pokazał mi nieco wypalcowaną okładkę Koranu,
a gościom zaprzyjaźnionym „od dłuższej chwili” mówi, że modli się pięć razy dziennie. Do mnie od przedwczoraj raz po raz zwraca się „prijatielu”.
- Sammie– zapytaliśmy  go wczoraj – powiedz, co tak huczy?
- To helikopter. Głupie Włochy szkolą żołnierzy do Afganistanu. Polaki mądre – tu chyba czegoś nie doczytał – a Włochy głupie i ślą wojsko against muslims.
My wszyscy tutaj lubimy Sammie’go. Dzisiaj, w ramach dobrej zabawy, trzech pijanych rodaków przeszukało mu kieszenie –
radośnie przy tym pytając, gdzie schował bomby.
Niewzruszony Sammie stał z rękami w górze i uśmiechał się pociesznie:
- Wy Polaki barzo zabawne. Barzo…
Ulubionym dowcipem Sammie’go jest ten, w którym w 2035 roku dwu niemieckich policjantów zatrzymuje kierowcę do kontroli na wjeździe na autostradę do Berlina.
- Zobacz, Hassan – mówi jeden policjant do drugiego spoglądając
w prawo jazdy kierowcy. –Jak zabawnie nazywa się ten facet:
Kurt Muller!

2010-12-19 21:23:09

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Niemęska muzyka

16.11.10


Tłumu nie było,
Podobno taki dzień.
Zaproszeni przeze mnie goście zawiedli,
a nawet zawiodłem ja,
bo się spóźniłem z powodu wypadku w K… (12 km jechałem godzinę).

Jeden z widzów stwierdził,
że moja sztuka jest niemęska, pokurczona,
zbyt wynosząca na piedestał kobiety.
Podczas gdy "to my zmieniamy ten świat".
W kontekście mojego niegdysiejszego udziału w „Męskiej muzyce”,
cyklu GW, gdzie zostałem uznany za rzadki przykład
niereformowalnego macho,
jestem zagubiony.

I być może o tym właśnie mówił?

2010-11-16 12:50:15

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

"Dzień lunatyka" to druga moja powieść....

Do nabycia w wydawnictwie >> radwan.jpg




O2.jpg

2010-11-17 13:19:34

Czytaj komentarze (3) / Dodaj komentarz

ZAPROSZENIE

spotkanie poetyckie Bazyliszek

ZAPRASZAM DO BAZYLISZKA

www.bazyliszek.info

2010-11-05 09:23:59

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Jaśmin

28.10.10


Yasmin Levy siewa w języku ladino,
którym posługuje się  nie więcej, niż  200 tysięcy ludzi na świecie.
 Ci Żydzi sefardyjscy po wygnaniu z półwyspu Iberyjskiego osiedlili się  głównie w Imperium Ottomańskim i w tej izolacji pielęgnując swój język
rodzinny stworzyli jego zhebraizowaną odmianę.
Życie na pograniczu kultur: arabskiej i hiszpańskiej, a w nim nostalgia za czymś odległym i nieosiągalnym - miłością, szczęściem, dostatnim życiem
 – odcisnęły się mocno w tekstach ich pieśni.
Na koncertach Yasmin Levy  najpierw opowiada tamte historie,
 ale potem, kiedy je śpiewa, emocje i tak wstrząsają nią,
jak  trzęsienie ziemi ukochanym domem.
Słuchałem jej wczoraj, wyczuwałem to drżenie.
Ale czemu każdy jej uśmiech - nie daj Boże żart - budzą we mnie tak wielki niepokój oszustwa? – zaskoczony zapytałem siebie.
I wtedy pomyślałem o dzieciństwie.
 Tym jakże radosnym i tym cichszym, mrocznym. W psychice maleńkiego dziecka wyrasta praufność, łatwe do wydedukowania przekonanie,
że matka, ojciec
czy ukochany opiekun uchroni je przed każdym zagrożeniem.
Ale może się też w niej urodzić pralęk,
przekonanie, że zawsze coś pójdzie nie tak,
że za każdym razem pisana jest nam porażka.
 Yasmin Levy  obudziła ten mój stary, przymalowany maską dorosłości, strach.
Ale czy obudziła?
Ludzie opowiadają o swoich uczuciach obrazem, śpiewem i słowem.
Ale ja tylko słowu dziś wierzę.
Czy to właśnie dlatego, że dziecięce pralęki  już dawno - bardzo wcześnie, wiele lat temu -  pokonały wyniesioną z łona ufność?
Czy czujecie ten zapach?
To jaśmin!
Też nie wierzycie?


2010-10-28 08:11:07

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Wiem, że Cię nie ma, ale gdybyś był tak

czyli Nohavica, Bóg i Czesi*

15.10.10

Uwierzyć w rewolucję w moim wieku już nie mogę
I z trudem pod kapturem skrywam swoją wielką głowę
I nie smakuje mi podgotowany ryż z torebek
W kieszeni aspiryna, gdybym kiedyś był w potrzebie
A przez igielne ucho, po mojemu, przejść nie zdołam,
Przez las gnam chyłkiem, by mnie nie dopadła wilcza sfora
A co z aniołem ? –gdyby ktoś wiedzieć chciał -
Mam ledwie bliznę, bo przy mnie stał…
(fragment piosenki „Mam ledwie bliznę”)


- Dużo o miłości, dużo o życiu i dużo o Bogu... którego nie ma
 – to cały Jaromir Nohavica? 
- Ale mnie pan streścił...
Uogólniając, można tak powiedzieć, ale ja myślę, że piszę
i śpiewam o wszystkim, co mnie otacza.
Kiedy niedawno podsumowywałem swoją dotychczasową twórczość
zauważyłem, że wątkiem który coraz częściej wraca jak refren jest śmierć.
Człowiek jest istotą śmiertelną i nie ma od tego odwrotu.
Przyzwyczaiłem się do „tu i teraz”, ale dużo rozmyślam o tym,
co jest - czy raczej może być - poza życiem.
(…)


- W jednym ze swoich najsłynniejszych utworów śpiewa pan wprost:
„Wiem, że Cię nie ma, Boże, ale w końcu gdybyś był tak...” –
 jak to więc jest z tym Bogiem, którego nie ma?
– Mogę swoimi piosenkami tylko próbować skracać dystans
pomiędzy trudnym pytaniem i odpowiedzią na nie.
Wiem, że do pełnej, satysfakcjonującej odpowiedzi nie dojdę nigdy. 
(...)Nie ma jednej odpowiedzi na pytania o Bogu
- wszak jest jeden Bóg,
jest ich więcej, jest mnóstwo...
(...)


- Jest pan dla mnie podręcznikowym przykładem Czecha.
Czy pan też tak czuje?
Identyfikuje się pan w pełni ze swoim narodem? 
- Znalazłem kiedyś w jakimś polskim podręczniku językowym
określenie „pełną gębą” – bardzo mi się spodobało
i odtąd mówię o sobie „Czech pełną gębą”.
To jest dla mnie bardzo ważne.
Uważam, że w świecie pełnym ludzi,
przy powszechnej dążności do unifikacji
czyli chęci stworzenia na ziemi „wielkiego Mc Donalds’a”,
w którym wszyscy posługujemy się językiem „basic english”,
być kimś to podstawowa wartość.
Ja jestem Czechem tak, jak pan jest Polakiem
- to jest dla nas podłożem wszystkiego w życiu.
(…)
(z wywiadu Krzysztofa Knasa)

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

*"Czesi zawsze czcili: kobiety, jedzenie oraz Boga, w tej właśnie kolejności. W miarę upływu czasu, gdy przeciętny Czech starzeje się i mądrzeje, częściowo zmienia swe priorytety na: jedzenie, kobiety, Bóg. Ponadto każdy czeski obywatel wie, iż powyższe dotyczy tylko tych 10% Czechów, którzy wierzą w Boga.
U pozostałych 90% słowo Bóg powinno zostać zastąpione hokejem, piłką nożną, pieniędzmi, domkiem letniskowym, piwem czy też zbieraniem grzybów."  
Benjamin Kuras angielsko-czeski pisarz, dziennikarz, felietonista.

2010-10-16 11:48:53

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

jesienne przeziębienie

07.10


liście się już żółcą
jeszcze nie lecą
a w radio raz dwa trzy
kobieta z przeszłością i mężczyzna po przejściach
(dopiero w tym wykonaniu polubiłem tę piosenkę)


pijam teraz herbatę z cytryną miodem sokiem malinowym i imbirem
noszę szlafmycę i szlafrok do ziemi
chrząkam śląkam i się jąkam
na nogach noszę
krokodyle kalosze


tymczasem oni tam
czy te oczy mogą kłamać

2010-10-07 21:52:32

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Polskość. Saute!

25.09.10

W ten weekend zaproszono mnie do Gdańska
na posiedzenie pewnego międzynarodowego stowarzyszenia.
Może nie była to zbyt wielka konferencja, kanałów tłumaczeń było raptem siedem, ale zorganizowano ją w bardzo drogim
hotelu przy Długim Targu,
a zwieńczeniem była kolacja w Dworze Artusa.
Punktualnie o 20, w słynnej sali z największym w świecie renesansowym piecem, halabardnik odpalił lonty dwóch działek hukowych,
a potem kawalkada kelnerów rozpoczęła rozlewanie win,
roznoszenie przystawek, dań głównych,
a w końcu deserów.
Niespodziewanie konsternację wywołał fakt, iż odmówiono
zapalenia świec. „Jesteśmy w muzeum, niestety!”
teatralnym szeptem wyjaśnił mi najstarszy kelner.
Za to, dodał z przepraszającą nutą, gdy podniesie się głowę,
radują wzrok historyczne malowidła.
- Co jest na tych obrazach? – spytał mnie w konsekwencji sąsiad, Portugalczyk. Odpowiedziałem mu, że nie wiem, że (przecież) uczyłem się tego w szkole, jakieś pół wieku temu.
Tym wyraźnie go zawiodłem. Na szczęście, chwilę później się zreflektowałem, więc skierowałem jego wzrok na 520 kafli mistrza Stelzenera i ich najaktualniejsze ukoronowanie,
czerwonego orła na białym tle.
„Wow” jęknął z uznaniem, jakby wcześniej pieca tu nie było.
 I to ostatecznie wyciszyło atmosferę.
Przy kieliszku pożegnalnym goldwasser, francuski prezydent stowarzyszenia wytrawnie, wylewnie i długo dziękował organizatorom.
Jeszcze raz wspomniał przy tym Lecha Wałęsę,
za którym zdarzyło mu się siedzieć, kiedy samolot lądował
na Lech Walesa Airport. 
„Zarówno ten wieczór i cały pobyt pozostawią
w nas niezapomniane wrażenia”
zakończył.
Jedynie Niemcy byli niezadowoleni.
Czuli, że mają pecha. Kolejne posiedzenie
przewidziano bowiem w Berlinie.
„Jak to lepiej zrobić?” pytały ich rozbiegane oczy.

2010-09-27 20:10:34

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Kserokultura

16.09.10


To słówko już nie jest takie rzadkie i choć wordowski podpowiadacz podkreśli je pewnie na czerwono, to powoli trzeba się przyzwyczajać
- to nowotwór, co się upowszechni. Potknąłem się o niego jeszcze
w Umbrii, przy okazji pisania wystąpienia pod wdzięcznym
tytułem „Jak zrobić (nie)udany wieczorek artystyczny?”,
gdy przy U. Eco skłoniłem się nad problemami
życia lub śmierci współczesnej biblioteki.
A teraz, trzy tygodnie później,
z pomocą Google  poczytałem jeszcze trochę.

Chociaż, prawdę mówiąc, niewiele znalazłem - raptem trzydzieści trzy wyszukania - to parę ważnych zdań padło. Socjologowie się niepokoją, miłośnicy książek popłakują nad umierającą, wielbiciele e-booków jątrzą,
z kolei wydawcy audiobooków zacierają ręce. Cóż, myślę po tej lekturze, że powszechne powielanie książek – czy to na ordynarnej już w jakimś sensie kserokopiarce, czy też za pomocą opcji dostarczanych ochoczo przez kolejne udoskonalenia programów obróbki obrazu – stanie się zwyczajnością. Pamiętam, że kilkanaście lat temu widziałem spory interes w otwieraniu punktów ksero przy powstających jak grzyby po deszczu prywatnych uczelniach, teraz wydaje mi się, że już wkrótce każdy jeden tekst zostanie zdigitalizowany, a jego elektroniczna wersja albo oficjalnie pojawi się w Internecie, albo też „wycieknie”
za sprawą wypadku czy przypadku.

Finałem tej epidemii będą bibliofilskie nakłady powszechnych niegdyś książek; jak sobie to teraz wyobraziłem, bliskie efektom, jakie przed Gutenbergiem  przynosiło zaprzężenie gromady mnichów do powielania (nomen-omen?) średniowiecznych dzieł.
W tym wszystkim musi jednak zajść jeszcze jedna zmiana, bo kiedy książki znów będą trafiać przede wszystkim do bibliotek, na nowo potrzebna stanie się ich długowieczność – odpowiedni papier i wykonanie – a co za tym idzie, także i cena ( tą myślą zwłaszcza natknęło mnie nabyte w Bevagnii opasłe tomiszcze „Oliw Świata”,
w którym cztery piate Ziemi jest białą plamą.
Ilu ludzi na świecie kupi takie wydawnictwo?)
Na pozór bezsensownie stanie jednak przed kserokulturą potężna
i niedoceniana bariera – najzwyklejsza ludzka ciekawość. Pisze Eco:

„(…) jednym z nieporozumień, jakie dominują nad pojęciem biblioteki jest pogląd, że idzie się tam po książkę, której tytuł się zna. Rzeczywiście, często się zdarza, że idzie się do biblioteki, bo chce się książki o znanym tytule,
ale główną funkcją biblioteki, a przynajmniej funkcją biblioteki w moim domu i w domach wszystkich znajomych, jakich możemy odwiedzać, jest odkrywanie książek, których istnienia się nie podejrzewało (..). Co prawda, możemy dokonać tego odkrycia przeglądając katalog, ale nie ma nic bardziej pouczającego i pasjonującego niż szperanie po półkach, na których zgromadzone zostały wszystkie książki na określony temat, czego w katalogu ułożonym według autorów nie da się odkryć, i znalezienie obok szukanej książki innej, której się nie szukało, ale która okazuje się fundamentalna.”

To była pierwsza myśl, gdy przejrzałem te kilka blogów, wyrzuconych na mój brzeg via Google. Radość z zanurzenia się w opary minionego czasu, przyjemność odszukania innej, nierzadko już zupełnie odrzuconej utopii… A do tego hedonizm obcowania z książką, przyjemność dotknięcia satyny okładki, atmosfera czytelni w której on(a) spogląda ukradkiem.
Ci sami ludzie, ci sam wyznawcy kserokultury… zachwyceni!!!
Przecież to poczują, gdy (o ile????) zajrzą, prawda?

2010-09-16 11:44:08

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Legenda o piesku Umbrino*

28.08.10

Wakacje mają to do siebie, że człowiek gdzieś w końcu wyjeżdża.
Ja tym razem wyjechałem w chwili, kiedy niemal wszyscy pozostali właśnie wrócili, a była to włoska Umbria, „biedniejsza siostra Toskanii”
(to cytat z całkiem niezłego przewodnika Cathy Muscat dla Discovery Channel), miejsce tak hedonistycznie doskonałe, iż nawet turyści pojawiają się tu w ilościach rozsądnych o ile nie przyjrzeć się dokładniej wszelkiej maści pielgrzymkom do Asyżu.
 
Nie jest zamierzeniem tego bloga opisywać, jak tu czy tam sobie
s. hedonistycznie wypoczywałem, lecz nie jest też w mojej naturze cieszyć się takim szczęściem bez rozsądku. Że napisałem w tym czasie szmat tekstów, że przegrzebałem przewodniki i mapy, że przeczytałem włoskie
(a jakże!) książki – tak, każdą z tych rzeczy zrobiłem. Ale, że mimo to czuję niesmak myśląc o tym, jak bardzo się cieszyłem, że mnie skręca,
gdy wspomnę, jak ponad miarę się rozanielałem, że mnie wierci, jeśli pomyślę, jak wczuwałem się w patos miejsc – tak, to też jest prawda.

Na szczęście poznałem historię o piesku Umbrino. Ten szczęsny psiak
od wieków, choć incognito, pomaga ludziom w chorobie. Potrzebujących,
a pozbawionych widoków na kawałek grosza wiedzie umbryjskimi bezdrożami do sobie tylko znanych miejsc, gdzie pod ziemią rosną
w najlepsze taaaakie – na nawet taaaaaaaaaakie – trufle. Ci je odnajdują, ładują do plecaków (skąd oni zawsze mają plecaki? - zrodziło mi się takie pytanie), i z rozsądkiem je sprzedają po czym nabywają niezbędne do wyleczenia bliskich czy siebie lekarstwa.

Umbrino ma jednak i tę zaletę, że różowym truflem potrafi uleczyć cierpiących na najstraszniejsze nawet zatęsknienie. Ta rzadka umiejętność objawiła się jego rodakom (Umbrom czy Umbrynianiom? – czekam na pomoc zaprzyjaźnionych językoznawców) względnie niedawno, bo zaledwie w połowie ubiegłego wieku. A stało się to za sprawą polskiego studenta
o dziś już zwłoszczonym imieniu Paolo, który porzucony przez piękną Joannę, studentkę medioznawstwa, utracił „na zawsze” chęć życia. Dzięki Umbrino ów Paweł z Polski wyleczył się z chorej tęsknoty, odkrył cel w życiu (w największym skrócie: agroturystyka i zdrowa żywność) oraz znalazł sobie nowy obiekt miłości o wdzięcznym imieniu Marissa.
 
Historia ta wydarzyła się w okolicach miasta Montefalco, które oprócz świetnych win słynie przede wszystkim z podejrzeń, że to je umieścił Giotto (ale czy to na pewno był Giotto? - coraz częściej padają takie pytania)
na jednym z fresków pełnej przepychu bazyliki, zbudowanej ku czci patrona biednych, świętego chrześcijańskiego kościoła, Franciszka z Asyżu.

Może nie jest tak sławna jak ośmiornica Paul, może nie jest tak piękna,
jak story o Bonnie i Clyde, może nie jest lekturą, jak celtycka opowieść
o Tristanie i Izoldzie – nie, na to już nic naprawdę nie poradzę.
Mogłem ją jedynie zapisać - siedząc sobie pod umbryjskim niebem
i sącząc montefalco. Pisałem, a litery wylewały mi się spod palców.
Kap, Umbrino, kap, Paolo, kap, Joanna, kap, kap,
biedny biedny święty Franciszek…
Tak, ten Biedaczyna z Asyżu z grobowcem wielkości
stadionu piłkarskiego najbardziej kap, kap…



- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

* Nie jest specjalnie dobrze kłamać, zwłaszcza w słowie pisanym, więc teraz, już po lekturze dzisiejszego wpisu muszę Ci się przyznać Droga Czytelniczko (a także i Drogi Czytelniku oczywiście, istoto rzadsza, a przez to cenniejsza), że pieska Umbrino zmyśliłem. Czy stało się to z powodu zbyt dużej ilości montefalco czy w wyniku monstrualnego zderzenia chrystocentryzmu Franciszka i bazyliki, sam już naprawdę nie wiem. Za zaistniałe przekłamanie serdeczne kap, kap.

2010-08-28 18:42:56

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

filet tamtej kobiety

17.08.10

ona była jak ty złotko
lubiła tańczyć i kupować szmatki
a także melanż rżnięcia ze szczyptą miłości


aż któregoś dnia
wycięli jej tam to wszystko
w środku

chodzi teraz po byłym życiu
i się trzepocze jak wieszak
w wypatroszonej szafie

2010-08-17 18:12:45

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Actis testantibus

8.08.10


„Actis testantibus”
to
dość znana łacińska maksyma „jak świadczą akta”.
Bo dziś zdań kilka o największej z potęg,
słowie.

W Szczecinie kupiłem maleńką książeczkę
Eco o bibliotekach, esej.
I jest w niej cytata z Borgesa,
który zawsze wyobrażał sobie świat jako
do końca zapisaną, acz nieprzebraną
bibliotekę.

Zdania o tej myśli są jednak podzielone,
jedni traktują Borgesa jak filozofa, inni
mówią, że jest jego pisarstwo
projekcją niewiedzy, bezradności i zagubienia
człowieka.

Czy są więc czy nie są sprawy oraz rzeczy,
których jak bibliotekę traktować się nie da?
Takie, co choć leżą na półce, są żywe,
a nawet bolą?

Matematyka
mojego świata zawsze liczy* na ciebie.
Napisz do mnie proszę,
gościu przejezdny…

    

______________

*Warto  wiedzieć, że to Borges zwrócił
uwagę w jak wielu językach
słowo „opowiadać” znaczy także „liczyć”.

2010-08-08 15:33:16

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Tożsamość

03.08.10

(…)

2.

Tego roku przyjechałem do miasta Wilhelma Meyera
po razu trzeci.
I przeraziły mnie wielkie puste kamienice
o pięknych niegdyś frontach
dziś z zabitymi oknami.
Z pewnością stare, z pewnością niemieckie i z polskimi nazwami: ulica Jagiellońska, ulica Śląska, ulica księcia Bogusława, ul. gen. Rayskiego…
Meyer ich nie projektował, wtedy takie budynki stawiać
mógł nawet mistrz murarski.
Ale on przez trzydzieści lat był jednak miejskim
radcą budowlanym Szczecina.
Jego autorstwa są dzieła większe: koncepcja Wałów Chrobrego
(d. Hakenterrasse), gmach rektoratu Pomorskiej Akademii Medycznej
(d. magistrat) czy kompleks budynków Szpitala Klinicznego PAM
(d. szpitala miejskiego).

(…)

3.
 
Pamiętam Szczecin jeszcze z czasu studiów, z warsztatów dziennikarskich w czasie których nauczyłem się kleić taśmę magnetofonową, ale przede wszystkim nagrałem pierwszy radiowy reportaż. Zdarzała mi się też w tym mieście lekcja przyjaźni i uczciwości, bo pożyczyłem poznanemu tyle co przyjacielowi tysiąc dawnych złotych w ten sposób tracąc i pieniądze i owego „przyjaciela”.
Wiele lat później byłem w nim znów, ale zupełnie nic
z tego pobytu nie pamiętam.
Aż teraz wybrałem się trzeci raz - zupełnie świadomie i z planem poczucia jak w tej nowej polskości wygląda historyczna
(VII –VI w. p.n.e.) aglomeracja zrujnowana niegdyś nie tyle bombardowaniami aliantów (zniszczono ok. 65 proc. budynków),
co decyzjami polityków.
W ręku miałem plan  miasta i zaznaczone w nim co ważniejsze zabytki (Zamek Książąt Pomorskich, Baszta Siedmiu Płaszczy, Brama Portowa, Brama Królewska Rynek Nowy i Sienny), ale niespodziewanie moje zwiedzanie stało się czymś innym i zaskakującym.
Rozpoczęło się mianowicie od zdziwienia, kiedy w jednej z najlepszych restauracji „Pod Kogutem” spytałem o polecane dania. Na początek kelner zaproponował kaczkę z kluskami śląskimi  (grzecznie odmówiłem), po niej jako kolejne danie wymienił roladę śląską
(tu uśmiechnąłem się z przekąsem), a wreszcie jako trzecie
z najlepszych dań wymienił
„Koryto sztygara”.
 Poddałem się...


2010-08-04 10:57:27

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Nr 5

20.07.10


W
klasie było nasz trzydzieścioro.
Wojtkowi pękło serce jeszcze w średniej szkole. W tramwaju.
 Czarek odpadł ze ściany w Tatrach.
A Irek chyba po prostu się zapił.
I potem była mała przerwa. Nie, żeby obyło się bez ciosów i walki.
Ale za każdym razem z wygranymi rundami.
Aż Zbyszek w zeszłym roku przegrał drugą rundę walki z rakiem.
A teraz Sławek.
Od dawna serce miał przypięte na agrafce, ale kiedy  czasem opowiadał wspomnienia z tamtej strony, nie bardzo mu wierzyliśmy. Bo dziwne było to, że za pierwszym razem udało się wrócić.
To jemu  zdarzyło się przez płot uciec do dziewczyny w noc ogłoszenia stanu wojennego, to z nim razem oglądaliśmy Oriona we wczesną wiosenno-zimową noc pod Wielką Raczą, to dzięki niemu zobaczyłem jak może wyglądać strach w najgłębszym stadium nałogu.
Opisałem te wszystkie zdarzenia.
I inne, bardziej intymne(choć te odpersonifikowałem).
Po wyjściu z nałogu Sławek zawsze nam mówił: „wszystko co mam mieści się do jednej torby, zawsze jestem spakowany”.
I teraz poszedł…
Hej, jak Ci tam, u góry?


2010-07-20 19:55:12

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

1. Rysy (II)*

2010-07-17

Tak, Maria czasem coś sobie zapisywała. Nie, żeby regularnie pisała, raczej zapisywała sobie niektóre myśli. Robiła to na pojedynczych żółtych karteczkach, odrywanych z nieskończonej grubości bloczka, a potem odkładała je w koperty numerowane cyframi razem przeżytych lat i tuż przed kolejnymi świętami Bożego Narodzenia „na zawsze” zaklejała. „Kiedyś” – tak to zostało uzgodnione przy pierwszej rozmowie – koperty zostaną otworzone, a oni, „oczywiście, ze razem, głuptasie” będą je czytać przez grube szkła okularów wygrzebanych z przepastnych bujanych foteli.

Nie, nigdy nikomu nie czytała nawet pojedynczych zdań. Któregoś razu zdarzyło się jednak, że długopis ledwie pisał i na spodniej, czystej kartce odcisnęły się nie tylko litery, ale i całe zdania.

Przezroczyste słowa brzmiały tak:

„Niekiedy gdzieś w moim domu przycupnie kawałek dobrej chwili,
głaszczę ją wtedy po włosach, proszę by została jak najdłużej.
Na nic!
A przecież wiem, że potrafię jej stworzyć odpowiednie warunki.
Dlaczego więc w innych domach zostaje na dłużej?”

Było już wtedy późno między nami, już wyczuwałem,
że nie mieszczę się w jej rozumieniu świata.
Ale nie było jeszcze najgorzej, nadal myśleliśmy o drugim dziecku.
(…)

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


*Rysy(II) to jeden z rozdziałów „Dnia lunatyka”, powieści, którą napisałem w latach 2006- 2008 i wreszcie ją wydaję. Właśnie pracuję nad jej redakcją. Powinna się ukazać jesienią, pewnie pierwszy wieczór promocyjny odbędzie się w „Bazyliszku”, w gronie bliskich mi osób.

Kilka tygodni temu, już po pierwszych dyskusjach nad tekstem z redaktorem Grzegorzem Krzymianowskim (zachęcam do spojrzenia w Google, to zdolny młody pisarz) rozesłałem do kilku osób powieść z prośbą o uwagi, zwłaszcza o wskazanie rażących błędów czy sprzeczności. Muszę przyznać, że mimo fali upałów odpowiedzi nadeszły raczej sprawnie za co serdecznie dziś w tym miejscu dziękuję.

Już niemal na koniec tej pracy zdarzyło się, że sięgnąłem do „Złotego notesu” Doris Lessing, a w nim natknąłem się na pełne romantycznego uniesienia rozważania nad rolą krytyki
w literaturze. Pomijając fakt, że właśnie w domu przeżywam okres podobnego buntu u syna,
te uwagi jeszcze raz przekonały mnie do opinii, że pisze się dla czytelnika, a nie dla recenzentów bez względu na to czy myśli się czy nie o sukcesie komercyjnym utworu.

Z tym przesłaniem anonsuję więc dziś „Dzień lunatyka”.
To książka dla czytelników - jak widzę po zamówionych recenzjach – dwudziestolatków, trzydziestolatków, czterdziesto…

Jak to już dawno usłyszałem – jak się sam człowieku nie pochwalisz, nikt cię nie pochwali!

PS.

Wreszcie po wielkim deszczu, pierwsza od tygodni chwila, kiedy w pełnym dniu mogę pisać
w ogrodzie. Ale dom tak gorący, że każde zamknięcie drzwi to jakby początek seansu znanej skądinąd sauny.

2010-07-17 11:14:37

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Medalionik sandomierski

07.07.10

 (…)

do syna przyjechał dziś kolega, powodzianin, by się pobawić.
W dzień, nie chce zostać na noc, chyba się dalej boi.
On i jego rodzice śpią w domu wujka, na piętro którego nie weszła woda. Właśnie teraz bawią się w ratowanie ludzi i zwierząt z powodzi: napompowany jest ponton, wyjęte kapoki, wyjęli wszystkie liny,
które zwykle używali na ścianie wspinaczkowej…
a jak już coś upadnie na podłogę to nie wolno tego podnosić…
bo się utopiło…

2010-07-07 12:39:20

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Zapisane przypadki oblężonego człowieczeństwa w Metropolis Silesia

29.06.10


(…) tkwiliśmy z uporem maniaka w toksycznym związku. Ja byłam ślepa  - on za słaby, żeby odejść. Gdy syn miał 5 lat po raz pierwszy chciałam się rozwieść, ale nie miałam dokąd pójść ( ojciec już nie żył, a matka, jak zwykle, odmówiła mi wsparcia). Potem zamarzyło mi sie drugie dziecko, nie chciałam, żeby mój syn był tak samotny jak ja. Znów urodził się chłopiec. Więc życie się potoczyło dalej, lecz nie byłam szczęśliwa. Zawsze nerwy, wiecznie pretensje! I poniżanie, deptanie...
Dobrze, że to już sie skończyło, choć to co mam teraz,
to przecież jedna wielka Pustka…

*
- Nie być ciarachem! -  w ustach mojej mamy to było prawie jedenaste przykazanie.
- Nie będę! – odpowiadałem.
I nie jestem, bo ciarach to po śląsku brudas.
Tylko coraz mniej tej śląskiej gwary, coraz rzadziej.

**

Piłkarz
Costa Nhamoinesu z Zimbabwe
od wczesnych lat interesował się geografią.
Dzięki temu
dowiedział się też o skokach narciarskich
i Adamie Małyszu.
Kiedy przyjechał do Polski,  któregoś dnia spotkali się w hotelu.
Costa patrzył  na niego i myślał:
- To on? Mistrz? Jaki mały! 
Ale na wszelki wypadek zrobił sobie z nim zdjęcie.


***

wstałem sobie dziś rano, a cały dom śpi,,
przeczytałem dwie wyborcze, a tam o kafce, o kijonce,
o czeladzi i tak wielu innych sprawach, że już nie pamiętam,,
tylko jeszcze o mężczyźnie z rakiem,,
teraz czekam kiedy się obudzą i mam stracha, że to wszystko zepsują,,,
na pewno zepsują,,


****

T. J. (42 l.), amator botoksowych zastrzyków, wyprostował zęby.
Premiera nowego uśmiechu odbyła się w telewizji śniadaniowej.
Niestety z powodu Grand Prix Czegośtam publiczność zawiodła.

2010-07-02 17:27:54

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Król jest nagi

20.06.10

Mistrzostwa Świata rozgrywane na drugim krańcu Ziemi - mam problem
z użyciem każdego niemal z napisanych wcześniej słów, bo inaczej zdefiniowałbym i „mistrzostwa” i „świata” i „drugim” i „Ziemi”,
ale kolokwializmy te tak wrosły w moją/naszą świadomość, że próba użycia innych słów mogłaby być poczytana za dziwactwo – więc te MŚ czy może World Cup 2010 mają i tę cechę, że jednoczą przed telewizorami kibiców najróżniejszych nacji i stanów.

Nie dalej jak dzień temu u zaprzyjaźnionego ze mną opolskiego Niemca nawet psy wyły z rozpaczy (po niemiecku???) po wstydliwej porażce deutsche mannschaft, a już wczoraj pierwsi do drugiej tury turnieju przeszli Holendrzy, zaś pożegnali się z szansami na awans dzielni i pięknie grający Kameruńczycy. W obu tych przypadkach przyszło mi wyrażać emocje, co oczywiste skrajne, bo raz jeden pocieszałem ogarniętego żałobą przyjaciela, a raz drugi deliberowałem nad niesprawiedliwością gry, w której najlepszy zawodnik duński (to oni pokonali Kameruńczyków, piszę o tym, bo przecież już za chwilę stanie się to nawet dla mnie zapomniane) w wywiadzie prasowym przyznał, że przeciwnicy byli lepsi od jego drużyny, choć niestety przegrali.

Ale nie o tym chciałem dziś napisać, tymi dwoma wyżej akapitami postanowiłem jedynie stworzyć klimat zdarzenia, które miało miejsce przy okazji kibicowania mistrzostwom. Zdarzyło mi się bowiem, że także wczoraj usiadłem na wspólnej kanapie ze znajomym oraz jego ośmioletnim synem, chłopcem tyleż zdolnym, co wysportowanym, który oprócz zapowiedzi „jestem geniuszem matematycznym” zdobywa oceny bliskie takiemu podejrzeniu, a przy tym udało mu się zasłynąć w ciągu minionego roku szkolnego zwycięstwami w pojedynkach judo, wygrywanych nawet  ze starszymi od siebie przeciwnikami.

Otóż siedzieliśmy tak obok siebie, gdy nagle ojciec chłopca zaproponował, by ten zagrał w coś (jakąś grę) ze mną później.
- Coś ty! – odpowiedział ośmiolatek. - Z takim fajtłapą?

Jak można się spodziewać przez chwilę zakrólowało kłopotliwe milczenie. Potem znajomy usiłował zmusić chłopca do „przeproszenia wujka” tak,
by poprawność towarzyska zatryumfowała, lecz ten bronił się uparcie
i sytuacja stała się całkiem niezręczna. Rozładowałem ją w końcu ja, podnosząc w górę szklankę z złocistym płynem mistrza Jana Walkera
i byłbym pewnie zapomniał zupełnie i wkrótce o sprawie, gdyby nie to, że właśnie zaproszono mnie z wizytą do pewnej blogerki, której dziewięć kolejnych ostatnich tekstów przy całej swej prawdziwości i atrakcyjności ani słowem nie wspomina o najmniejszej ludzkiej słabości autorki.

Nazywam się macha, pomyślałem sobie po tej jej lekturze. Mam 50 lat
i składam się z małych placyków sukcesów i wielkich obszarów porażek. Ale jeszcze większej przestrzeni frajerstwa, o czym często zdaję się zapominać. Ten ośmioletni chłopiec przypomniał mi, że nie jestem tym, kim myślę, że jestem.

2010-06-20 22:49:12

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

wrzące_bułeczki.pl

08.06.10


tych, którzy nie zdziwili się tytułem dzisiejszego odcinka
uprzedzam lojalnie, że w sytuacji upałów dostaję głupawki,
która na szczęście ma pewną urodę
o czym można się przekonać poniżej


Dostałem ostatnio trochę listów z machomanii , a jeden  (jedna?)
z gości poszedł wręcz na całość i poprosił mnie o ocenę swych wierszy nazywając mnie przy tym prawdziwym poetą z czego wymigać się jest niezwykle trudno, zważywszy na znaną moją łasość na komplementy.
Na szczęście w innym zupełnie miejscu Internetu tego właśnie dnia rozstrzygnął się konkurs poetycki, w którym nieopatrznie wziąłem
udział z  „Szalonym Krzysztofem”, więc przepadłszy z kretesem poza annały, z łatwością, lekkością, a nawet pewną kokieterią odpisałem osobie pytającej (skądinąd miłej, pełnej czaru i talentu, którego mnie raczej poskąpił P.T. Los), że nie podejmuję się takiej oceny, gdyż stosownych uczelni nie skończyłem, a to tylko upoważniałoby mnie do podejmowania się tak poważnych wyzwań.

Otrzymałem także parę zdjęć. Jak to bywa w dzisiejszych czasach, zrodziły się one za pomocą kilkumilionopikselowego telefonu i z takąż gracją celebrowały swój krótki międzykomputerowy byt w moim świecie. Muszę przyznać, że mimo to wydały mi się pełnymi uroku i bawiłem się nimi, pieściłem, deliberowałem nad, aż w końcu przyszła niestety pora,
by je pożegnać.  Choć ni ze mnie Shrek, ni rencista i ni tryumfator za te wszystkie dowody sympatii – a także za spodziewane następne - Apollo, mój ty grecki bogu poezji (obecnie zdaje się jednak w kryzysie) serdeczne proszę cię zapłać.

Najważniejszą jednak informacją minionego międzyczasu jest to,
że rozpocząłem nową rzecz, nową książkę! Wydarzyło się to nagle,
a stało z takim napięciem, że kiedy skończyłem pierwszy rozdział
i uznałem go za dobry, cieszyłem się niemal jak dziecko. Niewyspany (budziłem się kilka razy po nocy, by dopisać lub poprawić kolejne słowa) wstałem dnia następnego ze śpiewem na ustach… i to właśnie spowodowało oskarżenie mnie o coroczny wysyp głupawki. Po katastrofie w Smoleńsku, po powodzi pierwszej i drugiej fali, po ciosach poniżej pasa w kampanii prezydenckiej,  po 0:6 w jednostronnie nieznanej naszej drużynie grze z angielska zwanej futbolem lub soccerem, wreszcie po zapowiedzianym już początku największego w tym wieku ataku komarów - zarzut ten wywołał we mnie politowanie, został zlekceważony oraz uznany wprost za pomówienie.

Ale potem, pierwszego dnia, gdy temperatura przekroczyła trzydzieści trzy stopnie, poczułem, że Oni (któż to są Oni? znacie ich czy też ukrywają się za pelerynami Waszej autocenzury?) mogli mieć rację.
Bo przecież Oni wszystko wiedzą… I - ucieszyłem się!! Wszak moja głupawka – pomyślałem -  udokumentowana jest w co najmniej kilku miejscach na tej stronie, bo okresy tworzenia kolejnych tomików poetyckich zawsze przechodzą przez jej apogeum, letnią kanikułę. Jestem też – przypominam to sobie teraz jasno i dokładnie - autorem utworu pod znamiennym tytułem „Latem piszę wiersze”. A kiedy ostatnio, zupełnie przypadkiem, zanurzyłem się w jakieś czasopismo psychologiczne, gdzie było mi dane zapoznać się z eksperymentem,
w którym udowodniono, że gołębie mogą w wyniku doświadczenia nabawić się przesądów – śmiałem się do rozpuku z tych biednych… ludzi, przecież nie ptaków! Toteż teraz, w wyniku ciągnionej analizy beznadziejnego przypadku, jakim jestem, jako podmiot furor poeticus zastanawiam się, czy moja głupawka jest samoistna czy raczej przesądowa. Chodziłoby mi o wyjaśnienie czy występuje ona z chwilą pojawienia się upałów czy też właśnie jej występowanie
sprowadza okrutne fale gorąca…



2010-06-10 10:41:03

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Pan w opalonych łydkach na tle powodzi*

22.05.10

… sytuacja, gdy wpływasz do własnego salonu łódką, pochylasz głowę, by nie uderzyć w żyrandol, mijasz obrazek komunijny dziecka, książeczki
i tacki ze stołu w jadalni, widzisz żaby skaczące po meblach i w łazience zamykasz wielką dziwną rybę, która się tłucze potem o ściany, ale za nic nie daje wygonić i hałasuje tak,że nie pozwala spać na piętrze i pilnować dobytku…

kozy na strychu, świnie na balkonie, pies w beczce...

a w chwilę potem widok topielca napuchniętego od wody…

i jeszcze bezsilność i samotność na wałach,
bo chcesz sypać piasek, ale nie ma piasku,
bo ludzie są już straszliwie umęczeni,
nie śpiący od kilkudziesięciu godzin,
zaś  obok, po drugiej stronie, pan w kasku na rowerze,
w opalonych łydkach i w białej koszulce,
sąsiad, co kosi trawę, i drugi, co opryskuje sad...

z jednej strony surrealizm, a z drugiej normalne życie,
tragedia pomieszana z groteską,
złość i smutek...


----------------------------------------------------------------------
* fragment relacji świadka z Sandomierza z 21 maja 2010


2010-05-22 09:58:52

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

anamneza szóstej serii

18.05.10



Cały ostatni sezon
to walka dra House'a z własnymi demonami.
Próba wytrwania w trzeźwości
i zmiany relacji z niebliskimi.
Ponoć finał jest tak emocjonujący,
że nawet twardzielom miękną serca.
Na koniec bohater odnajduje się w najstarszych dekoracjach,
tyle, że jest bardziej ludzki, ułomny.
I wtedy wszystko się odwraca,
a zalani łzami widzowie odreagowują stres
oraz zgadują, co będzie w siódmej serii.
 Kiedy napisy przesuwają się
w dół półekranu, na zwolnionej stronie
ktoś oczywiście zapowiada
coś jeszcze bardziej
halucynogennego.

2010-05-19 10:27:26

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Prasówka z seksu Wenusjanów i Marsjanek

15.05.10


W związku z proseksownym charakterem bieżącego wiosennego
okresu moje ulubione periodyki prześcigały się w ostatnim tygodniu
w omawianiu problematyki kto, z kim, ile razy i w jaki sposób.
Choćbym chciał, nie potrafiłbym się oprzeć owej fali, stąd więc w ogóle nie chciałem i dzięki temu m.in. zapoznałem się z doniesieniami o 12 775 kochankach Warrena Beaty, pięcioma tysiącami idącego
„na mistrza” ledwie 44-letniego Charlie Sheena,
dwu i pół tysiącu słynnego rumuńskiego eks - tenisisty
  Ilie Nastase, dwoma tysiącami zdobytych kobiet Jacka Nicholsona, tysiącami Keitha Richardsa z Rolling Stones oraz Earvina "Magic" Johnsona i już tylko zaledwie 148 uwiedzionymi damami kawalera de Seingalt, znanego szerzej jako Giacomo Girolamo Casanova.


Zapewne z powodu konieczności utrzymania pewnej sexual correctness redaktorzy rzucili też przed moje oczy szczegóły właśnie prowadzonego
w Las Vegas australijskiego (!)  reality show, w którym trzy jeszcze-dziewice za 20 tysięcy dolarów plus 90 procent z utargowanej sumy wystawiły swoje wianki na aukcję oraz plany organizatorów warszawskich targów erotycznych, podczas których redaktorka
znanego ponoć porno - czasopisma, niejaka Marlena zamierza pobić ogólnoświatowy rekord zakończonych ejakulacją „wsadów” – wynoszący obecnie zaledwie 919 skończonych orgazmów! - ustanowiony na tychże targach kilka lat temu przez niemniej słynną Amerykankę Lisę Sparxxx.


Do pełnej palety przeglądu prasy (który, zauważam, zaowocował stwierdzeniem osoby bliskiej „przestań się bałwanić i zajmij czymś normalnym”) miałem w planie dołączyć jeszcze pełen swoistej urody artykuł polityki.pl na temat życia seksualnego Polski Ludowej z cytatami m.in. z Osieckiej, Bakuły, Piwowskiego i Głowackiego i byłby to już koniec opisu tego wiosenno – radosnego deszczowego post - żałobnego okresu, gdyby nie audiobook „Z głowy” ostatniego z właśnie  wymienionych,
a w nim anegdota o śp. Janie Himilsbachu, który zaplątany w trójkącie bermudzkim Hybrydy – Bar Przechodni – Przychodnia skórno
– weneryczna w kolejce do lekarza wyjaśnił kiedyś Głowackiemu,
że panienka uczciwie go ostrzegała przed zbliżeniem,
ale on odpowiedział jej honorowo „nic nie szkodzi,
jestem mężczyzną” i syfa,
tak jak wszyscy pozostali w kolejce, złapał.


W kontekście opisanych tu wcześniej epokowych sukcesów współczesnych mi seksualnych kosmitów  (zwłaszcza zwracam uwagę
na wciąż młodego pana Sheena oraz równie ambitną panią Sparxxx) anegdota ta wydała mi się niezwykle czarująca i ogromnie humanistyczna o czym niniejszym donoszę oczekując komentarzy.


Z poważaniem
wasz macha

2010-05-16 21:19:12

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Miary kosmosu

11.05.10


Spotkałem dziś wicekróla poetów. Już w tym roku napisał ponad 500 wierszy. Bez trzech z dnia napisanych spać się nie kładzie żadnego wieczoru. Na razie jest tylko wicekrólem. Ale ma swoje ambicje.
Gdzieś w Polsce, na północy, jest autor, co już napisał 10 000.
I to przez niego wicekról jest tylko tu, gdzie jest.



2010-05-11 15:05:41

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

żebrak kameleon

 7.05.10

Słońce!
Niezapowiedziane słońce!!!
Mam tyle pomysłów od razu,
więc pewnie nic nie zrobię
jak zwykle,
do napisanego świeżo wierszyka
o szalonym Krzysztofie
zajrzę
i chyba tylko tyle.
 

Po ulicy idzie żebrak z wózkiem.
Ten sam co zawsze,
znajomy nieznajomy.
Właśnie zajrzał do mojego kosza,
ale poszedł dalej.
On sprawdza, ile uskładałem metalowych opakowań
i jak stwierdzi, że dość, zabiera worek.
Dziś jeszcze nie ukradł,
spojrzał w okno jakby z wyrzutem,
 pewnie za mało się staram,
 

Ja żebrak – kameleon.
Jak on!
Taka prosta ta relacja.
I tylko ty tam daleko,
słońce!

2010-05-09 21:11:23

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Kilka zdań po

24.04.10

 
Przez te dwa tygodnie od 10 kwietnia rozglądałem się wokół siebie z pytaniem
„czy coś jest inaczej?”. I muszę powiedzieć, że jesteśmy fajnym narodem. Wrażliwym i godnym, ludzkim.  Wbrew zachowaniom mediów, które najpierw przesadzały w emanacji nieszczęścia, a dziś drążą i szukają spiskowych teorii, potrafiliśmy oddzielić politykę od wielkiej tragedii. A niejeden raz ze szczyptą typowego polskiego humoru pokłonić się zmarłym, a przy tym obśmiać współczesnych szmalcowników. Także flagi z kirem jak nigdy od 1989 roku
wisiały częściej na budynkach mieszkalnych, niż frontonach instytucji.

Po katastrofie poczułem się o 10 lat starszy. Całe szczęście, że gdzieś wśród wszechogarniającego smutku pojawił się od razu motyw wspólnego z Rosjanami nieszczęścia, który wciąż jeszcze, choć z coraz większym trudem, trwa.
Na razie nie potrafię jeszcze napisać niczego, co byłoby choćby tylko groteskowe,
a parę wersów poezji leży w pliku i czeka, aż się nad nimi z sensem zastanowię.
Na szczęście wiosna pędzi pełną parą i zaskakuje potęgą.
Z nią - i z post-smoleńską świadomością,
iż życie jest niewyobrażalnym cudem - powoli wracam do siebie.
Urodziłem się ponad pół wieku temu, mam na imię Krzysztof
i podpisuję się „macha”. Będę dalej pisał tego bloga.
 

2010-04-24 19:14:56

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Wszyscy przeżywamy

10.04.10 (wieczorem)


… tę tragedię. Kilka słów z wieczornego listu Darka Paczkowskiego:

nie mogłem usiedzieć w domu…
przyjaciele bądźmy razem
d.


Katyń 2010


2010-04-10 22:52:24

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

W „Bazyliszku”…

10.04.10


było cudnie. Zamierzałem więcej o tym napisać przez weekend,
są doskonałe zdjęcia.
Ale po tym, co się dziś stało – NIE POTRAFIĘ.
Dziękuję tym, którzy przyszli 6 kwietnia, warto dla takich chwili pisać.

macha

2010-04-10 10:44:57

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Zapraszam do "BAZYLISZKA"


Już po raz drugi mam zaszczyt zaprosić
Wszystkich Państwa
do "BAZYLISZKA"...



Bazyliszek Bielsko-Biała

bazyliszek.jpg

2010-03-28 14:32:28

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Duchy PRL-u zawsze straszą?

24.03.10


Niektórzy pewnie nie wiedzą, że moim matecznikiem jest bielski "Bazyliszek".
To znaczy nie wiedzieli. Lubię ten pub za wszystko i lubię tym bardziej,
że czuję się w nim kimś więcej, niż off-owym autorem.
Wczoraj, w jeden tylko wieczór spotkałem tu Bolka i Lolka,
obie twarze kabaretu „Długi” (czy ktoś oprócz mnie jeszcze wie,
że Jacek był nabywcą mojego pierwszego „prawdziwego”,
nie-prl-owskiego samochodu?), trzech członków kabaretu DNO,
Bogusia Bierwiaczonka, Darka Paczkowskiego, Romka Karwika,
Jerzego Janeczka, Waldemara Ochnię i … Stop!
Bo właśnie o tych dwu ostatnich chcę opowiedzieć krótką anegdotę.

Ochnia, wciąż znany i ceniony parodysta, o repertuarze ponad stu głosów polskiej sztuki i polityki, ma w swoim dorobku m.in. głosy Władysława Hańczy i Wacława Kowalskiego, filmowych Kargula i Pawlaka z giganta PRL-u, filmu Sylwestra Chęcińskiego „Sami swoi”. Wczorajszego wieczoru na scenie Teatru Polskiego
artysta po raz kolejny przypomniał sprzeczki obu bohaterów filmu,
a uczynił to z werwą za którą doświadczony przecież na scenie Jacek Łapot
nie potrafił nadążyć w zadaniu wymiany  kapeluszy na głowie parodysty.

Jakiś czasem potem, właśnie w czasie tradycyjnej kolacji w „Bazylu” wśród gości pojawił się zaś drugi z bohaterów opowieści - Jerzy Janeczek, filmowy Witia Pawlak, co to „nie może być” Na kocie?” z targu na oklep przyjechał.
Piotr Skucha, który zapoznał obu panów (cóż za spotkanie?!! Legenda przeplotła się
z rzeczywistością i kolejną legendą!) poprosił, by Ochnia Pawlakowym, Kazimierzowym głosem powitał „syna”. Przez  krótki czas trwało napięcie,
przez moment Ochnia się spiął, przez sekundę Janeczek  zastygł…
A potem, ku zaskoczeniu wszystkich, obu panów zeżarła trema!!

Końców koniec więc (pamiętacie jeszcze ten zwrot? Tak, to L…!)  Waldemar Ochnia wydukał coś w stylu „ta joj, wyrósł ty strasznie przez te lata!”,
a Jerzy Janeczek serdecznie go uścisnął. Po chwili nad niezręcznością i spotkaniem zatryumfowały tradycyjne pierogi…

Przyglądałem im się jednak jeszcze przez chwilę, spoglądałem w wyrzeźbione życiem twarze. Zgadywałem, jak to możliwe, by dwu aktorom, komediowym
w końcu, zabrakło rezonu w tak pięknej chwili?
Czyżby Waldemar Ochnia poczuł się, jakby zobaczył ducha?
A może Jerzy Janeczek zmroził atmosferę swym
zbyt dosłownym, PRL-owskim jestestwem?

Wieczór trwał, głosy w „Bazylu” szemrały. Nie znalazłem odpowiedzi…

2010-03-24 18:56:40

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Koniec „Para_Europejskiej”?

13.03.10

      
Dwa lata temu regularnie zacząłem bywać w lokalnym aquaparku.
Po kilku tygodniach zauważyłem barwną menażerię jego saun
i postanowiłem ją sportretować mając w pamięci „Cafe Panika” Topora.
Z czasem urodziło się z tego pomysłu kilkanaście scen, które albo można przeczytać na machomanii, albo – tu muszę się przyznać do grzechu zaniechania – wciąż straszą wordowskimi ikonami na pulpicie mojego dell’a.  We wrześniu 2009 roku przy okazji spotkania w bielskim pubie literackim „Bazyliszek” zaprezentowałem nawet dwa z końcowych tekstów, „Wiosenny harlequin” i „Butlonosy kontra terroryści” i muszę się pochwalić, iż przeczytane wobec wymęczonej już nieco P.T. Publiczności teksty pobudziły ją do ostatnich tego wieczorku uśmiechów, co pozwoliło w przyjemnej atmosferze zakończyć tamten sympatyczny  wtorek.

Tak się jednak jakoś złożyło, że pisząc ostatnie linijki „Butlonosego” miałem dziwne wrażenie ukończenia książki, co kłóciło się z moim wcześniejszym planem w tej sprawie. Z tego też powodu długo
i wytrwale okłamywałem samego siebie (ale także i pytających)
i prezentowałem stanowczy pogląd dalszej kontynuacji
„Sauny Para_Europejskiej”.

Dziś donoszę, że poza zamknięciem kilku już rozpoczętych rozdzialików dalszej części NIE BĘDZIE, bowiem „SP_E” przestała istnieć.
Pewnie nieświadomi niczego administratorzy aquaparku
nawet tego nie zauważyli ciesząc się rosnącą frekwencją i cenami biletów, ale ja, aby skończyć tę nieskończoną historię, donoszę,
że wyimaginowana maglownica spraw parowych odeszła w zapomnienie. Od wielu miesięcy nie widziałem już Dachówy, Ujemna Waga zmężniał
i ma trzech aż zmienników, z Gangu Architektów czasem tylko potykam się o długie nogi Alexa, a tłum świeżaków – naprawdę nie wiem,
skąd co trzy dni tylu ich się nagle bierze? przecież to racjonalnie niewytłumaczalne! – opanował wszystkie możliwe miejsca i sprostytuował rytuały, których uczyłem się z szacunkiem i radością. Już nie rozmawia się w „dziewięćpiątce”. Już wszyscy wszystkim nie przybijają piątki. Zwyczaj wachlowania i przygotowywania zapachów uprzemysłowiła obsługa, a o dostęp do ciepłego łóżka w tepidarium należy przebiegle walczyć. Niestety, uszła para z „Para_Europejskiej”…

Mnie (Nam?) została ta cieniutka książeczka.
Której pewnie znów nikt nie będzie chciał wydać!
I, chociaż nie lubię używać tego zwrotu, powinienem teraz napisać,
że „kiedyś to było lepiej!”. Ale nie napiszę. Będę się dalej mamił
tą niecielesną mgiełką, którą zauważyłem i po części opisałem,
zanim przestała istnieć. Będę jej szukał za każdym pobytem.

Świeżakom zaś - na wieki precz!!!!



2010-03-13 18:47:29

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

seanse w kinie światowid

07.03.10

w maleńkiej salce kina światowid
od lat oglądam najpiękniejsze filmy świata
takie których nie puszczają w żądnych
cinema city czy heliosach

chodzą tu niezwyczajni ludzie
cuddzieci
licealiści
studenci
i dorośli (zebrani w pary i małżeństwa)
oraz
      kobiety w wieku porębnym

te ostatnie budzą we mnie prawdziwy strach
gdy dwójkami trójkami czwórkami
a czasem nie daj bóg pojedynczo
zasiadają króciutkie rzędy
i z rękami pod boki wyoglądują mi
najpiękniejsze sceny

gdzie się podziali ich mężczyźni
zawsze wtedy zgaduję
ci łysi i ci brodaci
ci z posturami trzciny
i ci opaśli  jak woły
(jak te
które dziadek i ojciec
szlachtowali schludnie rok w rok
na miesiąc przed wigilią)

czy oni jeszcze żyją?
a jak żyją, to czemu już umarli?
i gdzie poszli?
i co robią teraz?
te pytania zabijają we mnie sens
w porze seansów

na szczęście
tuż po filmie
kobiety w wieku porębnym
znikają żwawo wśród eklektycznych
kamienic
a w świetle tramwajów budzi się
moja wiara w życie poskładane z  happy endów

podglądam wtedy przez okna wagonów
zawieszone na męskich wyprężonych  przedramionach
młódki krasnolice co dumnym wzrokiem
z jasnego w mrok patrzą i nie chcą widzieć
rozszeleszczonych cieni
w płaszczach  z miejskiej nocy


2010-03-07 16:16:04

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

5 słów ombudsmana

24.02.10


„ To Polska, nie rozumie Pan?” odpowiedział wczoraj Janusz Kochanowski, Rzecznik Praw Obywatelskich RP na pytanie dlaczego umierają kolejne moje idee. Potem podał mi dłoń miękką, uprzejmą, nie spoconą.
Za plecami, na białym nakryciu, królowały kanapki.


2010-02-24 13:12:45

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Być jak Barbie

22.02.10


Barbie to amerykańska lalka produkowana przez Mattel,
jedna z najlepiej sprzedających się zabawek i jednocześnie najbardziej znanych ikon kultury masowej. Jak informuje Wikipedia, została stworzona przez Ruth Handler w 1958 na podstawie przeznaczonej dla dorosłych niemieckiej lalki Lilly. Lalka zadebiutowała 9 marca 1959 na nowojorskich targach zabawek. Nazwa Barbie jest zdrobnieniem
od imienia córki Ruth Handler, Barbary, dla której Ruth kupiła egzemplarz Lilly podczas pobytu w Szwajcarii. Pełne nazwisko lalki to Barbara Millicent Roberts. Stanowi ono tylko część wymyślonej biografii postaci, w której występują także Ken - chłopak Barbie i jej przyjaciółka – Teresa. Dziś, pół wieku później i z pięćdziesiątką na karku Barbie trzyma się nadal świetnie. W samym tylko USA w ciągu każdej sekundy sprzedaje się trzy Barbie, a ilość lalek jest większa
od ilości mieszkańców kraju (ok.308 mln).

Wzorem lalki co roku aż 50 tysięcy Amerykanek oddaje się w ręce chirurga, by móc paradować w spodniach biodrówkach i krótkim T-shircie a la Barbie. W ojczyźnie lalki furorę robi talia osy i płaski brzuszek.
Z kolei w Europie, by być jak Barbie, kobiety powiększają usta.
Moda na pełne i słodkie usteczka trwa od początku lat dziewięćdziesiątych, a gustują w niej głównie Angielki i Niemki.
W Chinach ideałem piękna są to nogi a la Barbie. Dziewczynkom już nie krępuje się stópek, za to łamie się kości udowe. Zanim się zrosną,
można je wydłużyć nawet o 10 centymetrów. Argentyńscy chirurdzy
nie narzekają na brak pracy (czy pieniędzy) z innego powodu – mają moc pracy podczas powiększania i podciągania biustów. Brazylijki zaokrąglają pośladki. Z innych regionów świata - Iranki zmniejszają nosy, Hinduski rozjaśniają skórę, a Koreanki powiększają oczy. W każdym z tych przypadków celem jest dążenie do znanego ideału.

Czy może znacie Fullę? Nie? A znają ją chyba wszystkie dziewczynki
w krajach arabskich! Choć podobna do Barbie, Fulla hołduje jednak tradycyjnym muzułmańskim wartościom, jej światem jest głównie dom
i rodzina (bywa również kobietą nowoczesną – np. lekarką czy nauczycielką). Fulla ma nie mniejszą od Barbie liczbę akcesoriów
i strojów. Mimo, że są one bardzo różnorodne i kolorowe, to jednak ramiona lalki nie są nigdy odkryte, a spódniczka zawsze sięga kolan.
Jak przystoi lalce z muzułmańskim rodowodem, Fulla dysponuje także tradycyjnymi strojami. Takim na przykład jest klasyczna arabska abaya, czy zestaw do porannej modlitwy.

Pani Bettina Dorfmann z Dusseldorfu zgromadziła już przeszło 6 tysięcy postaci Barbie i zbiera nadal. Jej dom to wręcz muzeum poświęcone najsłynniejszej lalce świata.

Natomiast w spektaklu polskiej performerki Alicji Żebrowskiej
bohaterka rodzi Barbie, co jest przesłaniem mówiącym
o oczekiwanej przez społeczeństwo roli kobiety.

Obie panie – choć oczywiście z różnych zupełnie perspektyw
– przyczyniają się do tworzenia kultu plastikowej gwiazdy.

Od pół wieku dla dziewczynek z całego świata lalka Barbie to ideał kobiecego piękna. Przed wielu laty tak na przykład pomyślała Sarah Burge, Brytyjka zwana dziś „Żywą Barbie”. Sara zapragnęła wyglądać równie pięknie, jak Barbie i w tym celu przeszła ponad sto operacji plastycznych (niektóre źródła wyliczają tę liczbę nawet na 147), których celem było maksymalne zbliżenie się do ideału.
Operacje te kosztowały ją ponad pół miliona funtów!

Dziś Sarah ma 50 lat, mieszka w Wielkiej Brytanii i ma troje dzieci.
W międzyczasie próbowała swoich sił w aktorstwie, brała udział
w konkursach piękności, była modelką Playboya. Z czasem stała się medialną ekspertką od operacji plastycznych i dbania o ciało - kosmetyki, makijażu, gimnastyki i odżywiania. - To, co wydarzyło się w moim życiu, pozwoliło mi na to, żebym stała się tym, kim jestem teraz – mówi.

Zdaniem Sarah, wszystko to bardzo się opłaciło się:

- Jak patrzę na siebie teraz, widzę osobę zadowoloną z życia, szczęśliwą, dumną z rodziny i męża. Nie żałuję niczego, korzystam
z każdej chwili i wykorzystuję każdy dzień, bo jutro może mnie nie być.

Sarah wciąż jeszcze nie zamierza się zestarzeć. I choć jej najstarsza córka ma już 26 lat, na myśl o wnukach się krzywi. - Nie lubię słowa babcia, muszę wymyślić jakąś inną nazwę – mówi.

Wpisując nazwisko Sarah Burge w Google można bez większego wysiłku prześledzić na zdjęciach drogę, jaką przeszła „Żywa Barbie” by zbliżyć się do swego popkulturowego ideału. Ale ostatnie fotografie nie są zbyt optymistyczne, widać na nich bezwzględny upływ czasu, siły z którą Sarah wygrać nie potrafi. Rzucony przez internautów żart o stu czterdziestu siedmiu stygmatach konsumpcjonizmu brzmi w tym kontekście już nie obrazoburczo, a po prostu groteskowo.

2010-02-22 14:25:53

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Sałata lodowa z avocado

04.02.10

Sałatę lodową porwać palcami na kawałki (nie kroić nożem!).

Avocado i dużego pomidora pokroić na duże cząstki,
dodać ok. 15 oliwek czarnych.

Dodać kilka listków pokrojonej bazylii (świeżej!).


         Przyrządzić sos:

         1 łyżka soku z cytryny plus 3 łyżki oliwy, 1 ząbek czosnku
         przeciśnięty przez praskę.

         Sos wymieszać.

         Polać sałatę, delikatnie całość wymieszać.

         Ułożyć na talerzu wykorzystując naturalną grę kolorów użytych
         składników.

 
PS.

Najlepiej byłoby oczywiście zaprosić mnie na tak przyrządzoną sałatkę. Przepis jest oryginalny i, w przeciwieństwie do wielu, które można znaleźć w literaturze, choćby u Vonneguta, sprawdzony. Zapewniam,
że potrafię docenić walory  smakowe i estetyczne przyrządzonego posiłku oraz że z radością wdam się  w solidną dyskusję
z zapraszającym. Jest tylko jedno „ale”. Nie jest wskazane,
aby rozmowa dotyczyła przyrządzania serwowanych dań.
Piszę te słowa we Włoszech, ojczyźnie tak wielu  ulubionych moich potraw, że na koniec muszę wspomnieć chociaż dwie najważniejsze
z nich, te ze zdwojoną spółgłoską: pizza oraz penne.
Warto jednak zauważyć, że dania te właściwie smakują dopiero
w połączeniu z magicznym dla Włocha słowem mamma.
To ono jest bowiem ostatecznym synonimem najlepszej kuchni.

2010-02-04 08:24:01

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Szwajcarska „przypowieść” o kole czasu

31.01.10


Znana szwajcarska firma zegarmistrzowska Romain Jerome wyprodukowała nieco dziwaczne urządzenie do mierzenia upływu czasu
- czytamy na stronie „The Wall Street Journal”. Ma ono wygląd zegarka, ale to tylko pozory. Użytkownik tego ekskluzywnego czasomierza nie dowie się bowiem nigdy, która jest godzina, może jedynie sprawdzić czy w danej chwili jest dzień czy noc…

- Nie pokazując godzin, minut i sekund, zegarek Day&Night proponuje nowy sposób mierzenia czasu, dzieląc go na dwa całkowicie przeciwstawne elementy: dzień i noc
- zapewnia na swej stronie internetowej producent reklamując skomplikowaną konstrukcję sprzedanego za kilkaset tysięcy dolarów mechanizmu.

Najciekawszą rzeczą jest oczywiście pozorna całkowita bezużyteczność czasomierza. Wyprzedzając rodzące się pytanie, firma zegarmistrzowska wyjaśniła więc, że dziś każdy może sobie pozwolić na urządzenie, które wskazuje godzinę. Natomiast tylko niektórzy mogą sobie pozwolić na używanie zegarka, który tego nie robi. W ten oto sposób zdefiniowana została nieznana do tej pory grupa społeczna – ludzi, którzy za swe ciężko zdobyte pieniądze próbują powrócić do pierwotnej formuły czasu.

Czyżby więc koło czasu wróciło do poprzedniego miejsca?
      Czas najprościej określić jako wielkość opisującą kolejność występowania zdarzeń oraz odstęp między nimi. Problem jego pomiaru znaczenia nabrał, gdy pierwsi ludzie zaczęli prowadzić tryb życia uzależniony od rytmu przyrody.

Od tamtej pory precyzja pomiaru czasu jest jednym z ważniejszych wskaźników postępu cywilizacyjnego. Najwcześniejsze zegary, tzw. gnomony, powstały w Babilonii. Miały postać obelisków lub prętów, których cień wyznaczał godzinę. Wykonano je stosunkowo późno,
bo dopiero w trzecim tysiącleciu p.n.e., czyli jakieś trzydzieści pięć tysięcy lat po dniu, kiedy homo sapiens  zaczęli chować szczątki swych zmarłych bliskich. Po nich jednak już stosunkowo szybko powstały
zegary wodne, klepsydry, zegary mechaniczne i wreszcie elektronowe. Szwajcarzy – owe creme de la creme nowożytnej kultury pomiaru czasu – to zaledwie kilka ostatnich kroczków na drodze tej opowieści.

Niełatwo oczywiście zliczyć ilość osób, które w XXI wieku stać na to,
by dzielić dobę wyłącznie na dzień i noc. Ale z pewnością jest ona niewielka, nieporównywalnie mniejsza nawet od liczby ludzi, którzy żyli, gdy powstawał pierwszy gnomon. A może warto przyrównać do liczby mieszkańców biblijnego - nomen omen- Raju?

Bez trudu za to można sobie wyobrazić z jak wielu dobrodziejstw cywilizacji ludzie ci musieliby zrezygnować, by żyć w zgodzie
z tak zdefiniowaną pierwotną formułą. Prawdę mówiąc,
byłoby to niemożliwe do zaakceptowania.
Nawet zepsuty zegar nie wskaże bowiem minionej godziny.

Koło czasu nie istnieje.

2010-01-31 08:01:13

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Kultura strachu

24.01.10


Ta przypowieść przytaczana jest często, kiedy szuka się sposobu na objaśnienie funkcjonującego w korporacjach pojęcia „kultura organizacyjna”. Równie często, jeśli nawet nie częściej,
używa się jej jednak do wyjaśniania terminu „kultura strachu”:


W pomieszczeniu znajduje się pięć małp. Pod sufitem zawieszono banana, a pod nim ustawiono drabinę, z której każda może po niego sięgnąć. Drabina jest podłączona do urządzenia wyzwalającego z sufitu deszcz lodowatej wody - ilekroć któraś małpa spróbuje wspiąć się po banana, cała piątka będzie cierpieć z powodu przymusowej lodowatej kąpieli.
Jak tylko małpy zauważą banana, natychmiast próbują po niego sięgnąć.
Ale natychmiast przekonują się czym to się kończy i już po chwili nie podejmują kolejnych prób wchodzenia po drabinie. W tym momencie jedna z małp zostaje zastąpiona nową. Oczywiście pierwszą rzeczą,
którą chce zrobić nowa małpa jest sięgnięcie po banana.
Niestety nauczone doświadczeniem cztery jej koleżanki na to nie pozwalają i biciem odwodzą ją od tego. Tu następuje kolejny krok, wymienia się następną ze starych małp na nową.
Sytuacja z drabiną się powtarza
i nowa małpa zostaje pobita przez stare, przy czym najsilniej
– z gorliwością iście neoficką – bije ta małpa, która jako pierwsza została wymieniona. Konsekwentnie postępując przeprowadzona zostaje wymiana wszystkich małp w pokoju i wytwarza się sytuacja, w której
w pokoju jest pięć małp, a żadna z nich nie doświadczyła lodowatej kąpieli, choć równocześnie żadna też nie pozwoliłaby wspiąć się innej małpie po drabinie. W tym momencie możemy odłączyć lodowaty prysznic, bo i tak żadna z małp nie podejmie próby
dostania się do banana.


Jak widać, często nie odważamy się czegoś spróbować, gdyż od samego początku ulegamy kulturze strachu. A bywa, że możemy sięgnąć
po banana i kubeł z zimną wodą wcale się nie wyleje.
Ba, czasem nawet nikt nie jest w stanie
potwierdzić czy on w ogóle był!


2010-01-24 21:12:39

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Diabeł Noworoczny (odpowiedź dla pana bb)

06.01.10


Czy hedonistyczny skurwysynek może być równocześnie moralistą, pytasz?
Oczywiście, że może. O ile zechce, bien sur.
A teraz postaram się przedstawić Ci argumentację,
na trzech pierwszych poziomach, które przychodzą mi na myśl.

Po pierwsze – rzeczywistość. Zawsze „ja” napisane nie jest już tym samym „ja”, które wypowiadasz. Od momentu swego narodzenia (napisania) „ja” napisane żyje własnym życiem, bywa, że niezwykłe odległym od deklarowanego przez autora. I należy je analizować
tylko i wyłącznie w konwencji, która została przyjęta.

Po drugie – historia. Znasz wielkich moralistów  - Rousseau, Nietsche’go, czy „nowego” katolickiego proroka Johna Henry Newmana.
Gdyby nie oddzielić ich od dzieł, które stworzyli (a zwłaszcza, gdy dzieła te połączyć z ich konsekwencjami!) bylibyśmy z pewnością ubożsi
o wiele ważnych dla ludzkości myśli.

I wreszcie po trzecie i ostatnie – przyszłość. W powodzi topiących się lodowców słów (przecież teraz pisze, kto chce!) arka z prawdami podstawowymi wydaje się tak maleńka, że jej powiększanie - choć to syzyfowa praca, bo niemal wszystko definiuje się na nowo - to dobra
i potrzebna robota. Nawet, gdyby przyjąć za twierdzącą odpowiedź
na pytanie  „a jeśli TAM nic nie ma?”.

I nawet, jeśli jest się obolałym od się znielubienia h.s.

2010-01-05 20:30:02

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Powitanie Nowego Roku w Bruneck

       05.01.10

 
Fajerwerki strzelające pod gwiazdy, petardy wybuchające
u stóp karabinierów. HURRRAAA!!!!! Nieznana z nazwy wrzaskliwa kapela
i wielotysięczny tłum młodych twarzy – z oczyma przymglonymi,
z oczyma wytrzeszczonymi, z przekrwionymi, z przemęczonymi… Zawsze z radosnymi! Z papierosem w ustach, z za głośnym krzykiem śmiechu, utopione w wybuchach rac, oplecione rękoma jej/jego,
a czasem tylko własnymi.

Powitanie roku 2010 w tyrolskim Bruneck było pewnie zwyczajne.
Zza szkieł okularów oglądałem wybuchy nasto – i - dziestoletnich radości i zachwycałem się entuzjazmem, z jakim ci młodzi witali nadzieję
na piękniejsze światy.
 
Ale w końcu oczy wygarnęły z półmroku twarze,
jak moja, już naznaczone dłutem dziesięcioleci. Wpiłem się w nie
i zobaczyłem, jak bardzo są ciche. Nie krzyczały „jeszcze”,
szeptem co najwyżej dziękowały
za skończony rok. Niejedno niepewne spojrzenie
sprzedałoby duszę za parę cichych lat więcej.


2010-01-05 20:24:40

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz