Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

MACHO.JPG

Pub
BAZYLISZEK
Salonik Sztuk Rozmaitych
Bielsko-Biała, Ul. Wzgórze 8
www.bazyliszek.info

2009-09-11 08:30:41

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Urlop-podsumowanie

05.09.09


Urlop-podsumowanie (wpis w  stylu popularnym - cz. I)
 


Ilość dni:20
 Kraj: Chorwacja
 Liczba straconych kilogramów: 2
 Przeczytane książki(liczbowo i stronicowo): 6, 2200 stron
Nabyte umiejętności: pływanie na windsurfingu  na poziomie intermediate


Urlop-podsumowanie (wpis w  stylu popularnym - cz. II)
 

             
             Przeczytane książki (tytułami):
             1.Ada czyli Żar. Kronika Rodzinna, W. Nabokov
             2.Podróż, S. Dygat
             3.Moja Toskania, V. Casetti
             4.Władca Barcelony, Chufo Llorens
             5.Nowohucka telenowela, R. Radłowska
             6.Listy do brata, V. van Gogh


1.Nabokov bawi się na całego i tylko ciężko powiedzieć czy sam czy także
(z) nami. Dr Froid, Delicja w Krainie Czarów, Weszka Fiki i Proust ponoć nie zajmują się „tumanieniem tumana” (czyli mnie, jako czytelnika) acz czynią to
z trójjęzyczną lekkością bez udziału zielonego dolara rosyjskiego. Katastrofa na poziomie przygotowania do odbioru en block. Za to szczegóły przepyszne.
Ocena : Nieczytata (słowotwórstwo a la V.N.) cegła. Dla tumana jak ja, w sam raz. Odradza poczucie zagubionych skrzydeł, ale ze świadomością, iż mają je inni.

2.
„Podróż” to jeszcze jedna historia w stylu ulubionego polskiego bohatera, Piszczyka. Tym razem sceną są Włochy – choć par excelance, wszystko rozpoczyna się od Warszawy -  a finałowe sceny na Capri jakby z rodowodem filmu Munka. Piszczykowatość polskiej natury (męskiej, męskiej!) to opoka na której niejeden prześmiewca  zbudował swego bohatera. U Dygata trudniej zaakceptować specyficzne poczucie humoru.
Z racji lat zatarły się aluzje do sceny literackiej (a może i aktorskiej), zostało zabawne  przypomnienie Tuwima :
   
Na stacji Chandra Unyńska
   Gdzieś w mordobijskim powiecie
   Telegrafista Piotr Płaskin
   Nie umiał grać na klarnecie…


Pytanie: jak odnaleźć właściwe fragmenty? Piszczyk by na nie trafił, my raczej nie. Może jeszcze dałby radę Franek Dolas. Polecam więc całość.


3.
Vito to dziennikarz TVN, florentczyk i Włoch przede wszystkim. W kuchni  rej wodzi zawsze Mamma oraz chianti (od receptury do adresów). Dowiadujemy się,
że Vito dobrze sobie żyje w Toskanii, nawet poznajemy wielu jego kumpli, którym on robi za to(darmową?) reklamę. Trudno tej książki nie przeczytać, jeszcze trudniej zaakceptować. Pomysł zwiedzania Florencji z Pamukiem (Czarodziejka
z Florencji), esejami Herberta czy z – już bardziej klasycznie – z poematami Dantego wydaje się o wiele lepszy, ale też trzeba na niego wpaść, podczas gdy Vito, fajny włoski kumpel jest pod ręką i o wszystkim po jednym zdaniu
z pewnością wspomni. Dobra rzecz z tej książki to lista miejsc gdzie turysta może spożyć prawdziwy włoski posiłek. Ja sam mam za sobą pewną pizzę pod „Dawidem”  na placu della Signoria,  więc wiem co nieco o podróbkach włoszczyzny bez uciążliwego rozpamiętywania, że oryginał dzieła Michała Anioła już od 136 lat stoi wewnątrz Galleria dell”Accademia, a to co oglądamy na placu della Signoria to zaledwie i jedynie profesjonalna  kopia.

4.
Jeśli ktoś chce zanurkować w hiszpańską wersję Miki Waltariego to „Władca Barcelony” jest jak najbardziej cool. Milion Hiszpanów kupiło tę książkę
w pierwszym roku po wydaniu, pewnie miliony na świecie też ją kupią. Dzielny bohater na tle sporów historycznych hrabiego Barcelony osiąga sukcesy i nie poddaje się przeciwnościom losu, gdy tymczasem hrabia zadurza się w mądrej
i nierozsądnej francuskiej damie, porywa ją i – z pewnym trudem – płodzi z nią kolejnych potomków. Opisane  w ten sposób brzmi to oczywiście obrzydliwie, ale wcale takie nie jest w czytaniu, dodaję gwoli sprawiedliwości. Ja sam przeczytałem w jeden dzień te siedemset stron z okładem.  W sumie więc – rewelacyjna lektura wakacyjna, z wyjątkiem oprawy, która woła o pomstę do nieba, jak to bywa
z oprawionymi na miękko cegłami. (Uff.. ulżyło mi, skończyłem na ten temat…).

5.
I teraz już „Nowohucka telenowela”, książka z pretensjami do zbioru literackich reportaży, której coś brakuje. (Najłatwiej jest pewnie krytykować, ale) Aż prosi się jakiś rzut historyczny, parę wyjaśnień, wtrąceń czy uzupełnień. Bohater to jedno
z niewielu miast na świecie zaprojektowanych od podstaw, „zwycięski” pomnik komu(socjali-?) zmu, który w wojnie z Krakowem uznał zwycięstwo hot culture i dał się pojmać w jasyr. Tyle, że pokazany przez ludzi, jakich znamy z TV.
A więc niby-fajnie, lecz do „Gottlandu” daleko.
Po lekturze czujemy się, jakbyśmy wrócili
z francuskiej kolacji - ani syci, ani głodni.  I na dodatek kucharzowi zamarzył się  eksperyment z odstawieniem przypraw.
Najbardziej zmartwiła mnie w tej książce recenzja/zachęta z tyłu okładki.
Stoi w niej, że wszystko na temat zostało w ten sposób opowiedziane.
To nieprawda, a jest wprost przeciwnie. Dopiero teraz widać, ilu smaków brakuje…


6.
Na koniec  0 „Listach…”.  Oczywiście już pisałem o nich, 18.08. Czy jestem pod wrażeniem? Nie. Raczej zapamiętałem, że kupienie seksu to dwu- lub trzyfrankowe uszczuplenie osiemdziesięciofrankowego budżetu, że kawą i fajką da się zapełnić niemal każde śniadaniowe menu i że rozpaczliwe poczucie samotności jest immanentną cechą wytężonej pracy twórczej. Zastanawiam się na ile miłość do Theo była u V. kupiona comiesięczną darowizną. I znów protestuję przeciw wpisowi na okładce. Vincent van Gogh był niewątpliwie wielkim malarzem, być może nawet genialnym, choć trzeba pamiętać, iż manierę impresjonistyczną zaadoptował, że jej nie stworzył. Ale czy był „wielkim człowiekiem”? Definicja człowieczeństwa skupia się w pojęciu homo sapiens – człowieka myślącego, który realizuje się w swojej misji życia publicznego, czy społecznego.  Nie mogą tu chyba być  miarą kwoty uzyskiwane na aukcjach  za „Słoneczniki” czy „Irysy”.

2009-09-07 08:18:32

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz