Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Ostatnie głusze Europy: Viganj

18.08.09


Z balkonu*** Dino jest tylko kilometr na Korculę, można by wpław popłynąć,
gdyby nie strach przed Jadrolinią, której wielkie białe statki włączają syreny, zaledwie coś pojawi się na ich drodze i nigdy nie zmieniają kursu. Dino jest Chorwatem, od Papa Dino przejął sprawy nie dalej jak trzy lata temu i teraz pędzi wściekle pomiędzy swoimi kapliczkami - trzema różnymi pracami, apartamentami na które wziął kredyt (to w nich mieszkamy), żoną z Sewilli oraz rodzicami 
- próbując dogonić coś, czego dogonić się nie da, czyli czas. W zalewie zajęć jakimś cudem Dino rzuca jednak czasem okiem na swych gości i oprócz przesłania nam talerza fig zerwanych tyle co, dostrzega sprawy, które go dziwią.
- Od trzech dni patrzę, jak twój syn zdejmuje deskę surfingową
z bagażnika samochodu i wynosi na balkon apartamentu 
- zaczepia mnie w połowie pobytu na schodach. 
- Po co? Ja tu mieszkam od trzydziestu lat 
i nigdy nie zamykam na klucz drzwi domu.
- Aha! - kiwam bez zrozumienia głową.
A wieczorem zaglądam do przewodnika i czytam:

„Viganj to Wind Surfers Paradise!!! To niewielkie miejsce rozłożone wzdłuż linii brzegowej Plejesaca znajduje się  vis a vis miejscowości Korcula na wyspie o tej samej nazwie, 8 kilometrów na zachód od Orebica. Ze swym wyjątkowym położeniem geograficznym, piaszczystymi plażami
i korzystnym kierunkiem wiejącego tu mistrala rzeczywiście
zasługuje na tę nazwę."

To wszystko wiem oczywiście. Tylko dlaczego nie napisali,
że Dino korzysta z Wi-Fi, ma motorówkę, dwa samochody
oraz suczkę z czterema sympatycznymi szczeniakami do wydania,
a przy tym nigdy nie zamyka drzwi od domu?
Wtedy przyjechałbym tu dużo mniej przypadkiem.
 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

***
W Viganju czytam listy Vincenta van Gogha do brata Theo. Większa ich część dotyczy problemów finansowych znanych mi dobrze na przykład z  korespondencji Gombrowicza z Giedroyciem, czy - współcześnie - z niedawno zbankrutowanym właścicielem wydawnictwa I… (celowo pomijam pełną nazwę).
Van Gogh pisze m.in. :

„Zapewniam cię, że gdybyś przypadkiem przysłał mi kiedyś więcej pieniędzy, zrobi to dobrze obrazom, a nie mnie. Ja mam tylko jeden wybór: być dobrym, albo złym malarzem. Wybrałem pierwsze. Ale wymagania malarstwa są jak rujnujące kochanki,
nic nie można zrobić bez pieniędzy  i nigdy ich dosyć.
Toteż malarstwo należałoby uprawiać
na koszt społeczeństwa, a nie artysty.(…)
Na szczęście mój żołądek na tyle się poprawił,
że przez trzy tygodnie żyłem marynarskimi sucharami,
mlekiem i jajkami.”

Malarstwo czy też pisarstwo to bardzo samotne zajęcia. W tym drugim przypadku niemal każda encyklopedia dodaje jeszcze, że raczej zupełnie niedochodowe.
To z tego powodu na tak wiele lat odszedłem od maszyny do pisania.
Zanim wróciłem zdążyła umrzeć, co chyba jeszcze pogorszyło status tych,
którzy chcą operować słowem.

2009-08-18 08:08:15

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Dlaczego nie chcą rozmawiać

10.08.09


 Wspominam Chorwację jeszcze sprzed ośmiu lat, już bezpieczną, ale jednak wciąż jeszcze poszarpaną wojną. Napisałem z wtedy wiersz „Jadranska 2001 ”
w którym milczę gdy syn patrzy na zabite i zeszkielecone domy (co ciekawe, to bodaj jeden z ostatnich moich wierszy z interpunkcją, dziś już nie piszę w ten sposób). Pamiętam, że przez długi czas borykałem się z myślą by dopisać w nim jeszcze jeden wers, nawiązujący do utworu Goran Bregovica  „Kałasznikow”,
gdyż jego słowa  –

Boom boom boom boom boom
Chyba porwę cię
Dziewczyno
Boom boom boom boom boom
Chyba będziesz moja
Dziewczyno
………………………
Dziewczyno..............
Dziewczyno………..
Dziewczyno………..

Nikt jeszcze nie zdołał cię mieć


A ja cię porwę bo mam....
Kałasznikow (ruski rewolwer) kałasznikow kałasznikow
......................
Kałasznikow


Boom boom boom boom boom
Jesteś wojskową damą
Dziewczyno
Boom boom boom boom boom
Tylko ja cię zdobędę
Dziewczyno
………………………..
Dziewczyno!...............
Dziewczyno!...............
Dziewczyno………….

Tylko ja mogę cie mieć


Tylko ja mam
Kałasznikow kałasznikow kałasznikow *
........................


- dudniły mi wojenną kanonadą przy każdorazowym czytaniu.

 Od trzech dni jestem wreszcie na wymarzonym letnim urlopie. Znów w Chorwacji. Półwysep Plejesac to oaza dla kite’owców i windsurferów, stąd latem Polaków tu zatrzęsienie. To świetni ludzie, zorientowani na korzystanie z życia, a przy tym kontakt z drugim człowiekiem. Pierwszego dnia masz już garść znajomych, przez następne rozrasta się ona do pokaźnej grupy, aż w końcu znasz już niemal wszystkich i dopiero zmiana turnusów trzebi towarzystwo dając za to w zamian kolejne, na chwilę jeszcze nieznajome, twarze.
 Wczoraj w tutejszej szkółce surferskiej Mirka Małka – to nasz olimpijczyk
z Atlanty, piękny wydaje się człowiek – poznałem w ten sposób kilkanaście osób. Jedną z nich był całkiem sympatyczny brunet z zupełnie nieodległego mi na polski codzień miasta. Opowiadał o swoich wrażeniach z pobytu, niemal wszystko mu się podobało. I tylko jedna rzecz go zdziwiła. Chorwaci przestawali go rozumieć, kiedy pytał o wojnę.
-Nie chcą o tym rozmawiać! – gestykulował, gdy to mówił.
- A przecież jeszcze widać ślady!.
 Moje doświadczenia sprzed ośmiu lat są zupełnie podobne. W swej idiotycznej telewizyjnej osobowości spytałem sympatycznego chorwackiego gospodarza w taki sam sposób. Lecz on również nie odpowiedział, „nie zrozumiał”.
Na szczęście, nie powtórzyłem jeszcze raz pytania.
A on, wieczorem,  mimo to, miał dla nas kolejną butelkę pysznego białego wina.


*tłumaczenie za tekstowo.pl

2009-08-09 00:00:00

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Jeszcze o bezdomności intelektualnej


       03.08.09

 
Słuchałem wczoraj w I Programie Polskiego Radia reportażu mojego dawnego kolegi Jurka Zawardki, w którym bronił on godności żyjących jeszcze, a także i tych rozstrzelanych Powstańców Warszawskich. Akurat jest początek sierpnia,
a rocznica też dość jest okrągła, bo sześćdziesiąta piąta. Nie umiem pisać
o przeraźliwej głupocie, roztkliwiać się literacką formą nad szaletami łajna, co tylko z racji swej mnogości są w stanie zatopić największy okręt, więc wspomnę tylko,
iż rzecz była o ledwie żyjącym powstańcu (obecnie średnia wieku w gronie tych kombatantów to ponad 85 lat) , któremu współczesna policja zabrała magazyn powstańczej broni, mimo, że trzydzieści lat wcześniej nie miała do niej pretensji osławiona SB, bo uznała ją za zbiór bez wartości użytkowej  oraz o wypychaniu poza granicę działki symbolicznego krzyża pomordowanych przez Niemców w lesie sękocińskim, byle tylko terenowi przywrócić użytkową, czytaj handlową, wartość.
 
Jerzy pytał czy z dostatecznym szacunkiem czcimy naszych bohaterów.
W domyśle chodziło o naszą historię, tradycję i -  polskość. Nie dodzwoniłem się do niego niestety. Tak nerwowo zapisywałem telefon na klawiaturze, że pomyliłem cyfry. A nim znalazłem numer w Internecie audycja się skończyła. Jakie były odpowiedzi, pewnie nietrudno się domyślić. Dodam tylko tytułem zasiania ziarna optymizmu, że w studio był też trzynastoletni harcerz zauroczony historią,
i że z nadzieją w głosie broniła swoich obecnych i byłych uczniów dwójka pedagogów – historyków.

Ja także oczywiście chciałem ponarzekać, wściekły jak rzadko  byłbym pewnie wykrzyczał to, co teraz napiszę – że mój post o bezdomności intelektualnej wzbudził zaskakujące zainteresowanie, że niestety każda z osób, które  się wypowiadała uczyniła to anonimowo, że musiałem na poprośbę autora usunąć jedyny odważny wpis (dotyczył bezdomności korporacyjnej), że każdy z moich rozmówców do bólu czuł się bezdomny i bezpolski intelektualnie,
a jeśli już z jakimś miejscem deklarował związek, to był to właśnie Kraków.
I że siedemnastolatek odpowiedział, iż czuje się przede wszystkim europejczykiem, a jego dom, to te cztery ściany, bez ludzi… Oraz, że na koniec, na moje zabicie, damskie wykwintnie malowane usta spytały: ciebie to naprawdę obchodzi?
 
Powstanie Warszawskie stawia mnie na baczność z bezmiaru szacunku.
Na jego zrębach można zbudować każdą jedną polskość i każde człowieczeństwo.
Ktoś, kto się z nim identyfikuje, nie ma problemów z bezdomnością. Kilka dni temu czytałem o pięknej epidemii miłości, która łączyła w małżeństwa setki walczących (niektóre z tych małżeństw zrządzeniem losu przeżyły). I choć to może głupie
ta epidemia przypomniała mi inną, dżumy. Jak bowiem można przeczytać
w historycznych zapiskach, wtedy też na godziny przed śmiercią  ludzie sprawiali sobie wzajemnie największe z możliwych uprzejmości. Rozdawali pieniądze i dobra, sycili się, byli szczerzy, uczynni i otwarci. W obliczu pewnej, a niezawinionej śmierci radowali się…

To cud, krzyczę, że żyją jeszcze tamci ludzie(powstańcy) i to cud, płaczę, że nie umiemy im oddać właściwego szacunku. Tyle, że ten pierwszy cud jest prawdziwy, a ten drugi taki nasz, polski (boję się w tej chwili napisać, że coś jest polskie, ale piszę, bo wciąż jeszcze jestem z nadzieją). Ten drugi cud nazywa się CUDEM ZWYKŁYM GŁUPOTY, w skrócie CWG. On jest taki powszechny.
On tłumaczy wszystko, Jurku…

2009-08-03 07:38:43

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz