Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Lem pisze

11.07.09


o bezdomności intelektualnej. Lata myślę, jak to jest, że nie potrafię się odnaleźć tu, gdzie mieszkam,  w Czeladzi, czyli na granicy Śląska
z dawną Polską –z tą Polską, której mapa była przez dwieście lat tak niejasna i w tylu miejscach wątpliwa, że akurat tu, nad brzegiem Brynicy wydaje się być pewniejsza, niż w wielu innych miejscach, choćby w Bytomiu, Cieszynie, Gdańsku, Gliwicach, Lwowie, Wilnie, Wrocławiu czy Zabrzu. I nagle czytam o takim samym problemie… u Lema! Zadziwienie.
 Lem nie szuka jednak związku jedynie z ziemią, on szuka więzi także
z kulturą*. I może właśnie dlatego tak mocno trafia w sedno moich lęków. Kiedy wertuje – już po operacji oczu – „Dekadę Literacką” 
z wyborem francuskiej literatury, zauważa w niej bezmiar fajerwerków (fuj! cóż to za słowo! niepolskie!!) oparty o krew – w tym przypadku oczywiście niebieską, bo atrament – minionych twórców: Balzaca, Zoli, France’a, Saint-Exupery’ego, Prusta czy du Garda.
Prawda, że brzmią te nazwiska? Jasne, że można im przeciwstawić rodzimą wyliczankę, z pewnością od Sienkiewicza do Gombrowicza też nazbiera się sporo osobowości, ale… ale ja nie na nich się wychowywałem!! Tak, były dostępne. Owszem, niektóre i dziś są lekturą. Zgadzam się, może i nie znienawidzoną, a niejeden raz i taką, po którą sięga się z przyjemnością. Tyle, że mnie, również i dziś, wydaje się, że wychowałem się na niejasnej, mocno wątpliwej intelektualnej pulpie, bowiem my wszyscy, my pokolenie okresu PRL-u, byliśmy od za młodu kosmopolitami. Prozachodnimi kosmopolitami, dodam jeszcze dla tych, którzy są jakby troszkę od nas młodsi. Wszystko, co dochodziło zza Żelaznej Kurtyny było dla nas z gruntu lepsze, mądrzejsze
i piękniejsze, bo – i przede wszystkim – pachniało najpiękniejszą łąką, nieskrywaną wolnością, czytaj PRAWDĄ. Pamiętam Radio Luxemburg, wspominam Felliniego, Marinę Vlady, Paula Newmana i Wiliama Whartona. To był wielkie, wielkie ikony naszych młodości.
Lecz to poszukiwanie PRAWDY zabrało nam możliwość zbudowania solidnej podstawy dla naszej polskości. Nie jeden raz opisywałem już scenę z autobusu na wiedeńskim Praterze, kiedy na wpół pijany Jugosłowianin – wtedy byli jeszcze Jugosłowianie – poprosił „puść swoją muzykę, Polak!”.  Kiedy w odpowiedzi rozłożyłem bezradnie ręce, on patrząc mi w oczy powiedział „kto nie kocha swojej muzyki, ten nic nie kocha”. Nie potrafił zrozumieć, że my, Polacy kochaliśmy wtedy najbardziej Zachód, bo w nim widzieliśmy naszą utraconą polskość. Wracam do tej historii zawsze ze wstydem, ale coraz częściej także po to, by ilustrować tę naszą swoistą bezdomność. Jakieś zaburzenie tego myślenia spowodował w tym czasie wybór Polaka na papieża, ale przecież i to zdarzyło się w pewnym sensie na Zachodzie, a do tego  już po ukształtowaniu – czy można z dzisiejszej perspektywy tak powiedzieć? przecież przesłankami takiego myślenia było odrzucenie tzw. komuny – propanaeuropejskiego myślenia.
Stąd nadal wielu z nas jest w tym miejscu, co i ja. Jadą do Poznania
i czują, że stolica Wielkopolski, jakby z Polską za mało miała wspólnego; są na Śląsku Opolskim czy Kaszubach i czują się obco; Wrocław nazywają z przekąsem Breslawiem, a Lwów z piosenki Wysockiego wydaje im się w swej niedostępności bliższy, niż medialnie intelektualnie wytrzebiona Warszawa. Tak to niestety czuję.
Na szczęście w tym wszystkim jest jeszcze Kraków. Choć może za bardzo – pisze o tym z miłością ks. Tischner, ale miłość wybaczy przecież wszystko – „kumoterski”, choć może teraz/nieraz nachalnie zaangielski… to jednak tak bardzo polski! Chyba w nim jednym można
i dziś bez kozery utulić ową utraconą globalistyczną bezdomność.
W świecie, czyli nigdzie, w Polsce czyli w Krakowie - mieście Wojtyły, już wspomnianego Tischnera, Mrożka (uwaga, wyprowadził się!!) i właśnie… Lema!  A przecież -  i mimo to - autor „Opowieści o pilocie Pirxie”  napisał, że przyszedł czas, kiedy poczuł się intelektualnym wykolejeńcem ze współczesności, który nie dość, że wysiadł na przystanku pn. Hieronim Bosch, to jeszcze nie zamierza rozglądać się za jakimkolwiek autobusem w właściwą (czytaj: ku definiującemu się post – postmodernizmowi, o ile coś takiego naprawdę istnieje) stronę.
__________


*Jest blog o bezdomnych, a może raczej o bezdomności, jako swego rodzaju chorobie. W jednej z zamieszczonych tam opowieści zatrzymany za jazdę bez biletu pasażer prosi o wpisanie miejsca zameldowania: Księżyc. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na opozycję: bezdomny  – obywatel świata. Różnica wielka jak odległość z Ziemi do Słońca, a wynika jedynie ze sposobu postrzegania teraźniejszości. Tyle co  zmarły Michael Jackson ze swoimi setkami milionów wydanych płyt był z pewnością obywatelem świata. Ale można go zaliczyć także do pierwszej grupy, jeśli wspomnimy Michaela nieudacznika, Michaela przegranego, Michaela u kresu drogi -  czyli tego samego Michaela, tyle, że bez peruki, z żołądkiem wielkości orzecha włoskiego oraz setkami nakłuć po iniekcjach środków przeciwbólowych.
Artystę totalnego, który dotarł na Panteon wyruszając ze stutysięcznego Gary w Indianie i przypłacił to życiem.


11-07-2009 23:15:09

Komentarze (0)

Brak wystawionych opinii...

Wystaw komentarz

Nick:

Email:

Trerść:

« powrót