Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Jak czytać wiersze

06.07.09


Wyliczanka


Ze znanych mi bliżej siedmiu kobiet pięć na pewno używa wibratora.
Cztery z nich są szczęśliwymi małżonkami.
A jedna nawet twierdzi, że jej facet ma spory temperament.
Czy to o czymś świadczy? Trudno tak wprost powiedzieć.
Może jedynie o schyłkowej roli jednej z dwu płci wśród
dominujących ssaków na tej planecie.


02.07.09


Kim ostatecznie jestem


„Wielu rzeczy pomagam się uczyć tobie, abyś stał się moim wychowankiem
Jeśli jednak krew podobna do mojej nie krąży w twych żyłach
Jeśli w milczeniu nie wybierasz kochanków i nie jesteś wybierany na kochanka
To jaki jest sens, abyś stał się moim uczniem?”
(Walt Whitman ,”Do chłopca z Zachodu”)


Najczęściej nie ma z kim rozmawiać o poezji. I nawet nie umiałbym podać pięciu argumentów komuś, kogo chciałbym do tego zachęcić. Dzisiejszego ranka czytałem jednak Walta Whitmana - okrzykniętego np.  mianem "największego amerykańskiego poety”, jego twórczość miała wpływ na filozofię transcendentalistów i na pragmatyzm,  a także na pokolenie Beat Generation i ruch hippisowski końca lat 60 – i wymyśliłem coś absurdalnego.
Mianowicie brzuszki.
  Od kilku lat mam za dużo tu i ówdzie i to raczej nie anoreksja czy inna żarłoczność psychiczna, a pasożytniczy tryb życia. Uwielbiam bowiem wpatrywać się w horyzont, w stricte metafizycznym jego wymiarze. Na takie lenistwo receptą jest ruch, a w nim właśnie owe brzuszki. Tym łatwiej, że na wiosnę koniugacje są najpełniejsze - ja robię brzuszki, ty robisz brzuszki, on/ona/ono robią brzuszki.
My, wy i oni także dają się wciągnąć w tę grę. Ale co zrobić, kiedy po pierwszej trzydziestce piekący ból rozrywa mięśnie karku, a w podbrzuszu właśnie ktoś rozpalił grilla? Tak oto powstał mój przeplataniec sportowo – poetycki: trzydzieści brzuszków, jeden wiersz, trzydzieści brzuszków, kolejny wiersz… Itd. itp. Wiersze oczywiście i w oryginale i w tłumaczeniu. W pisaniu także można robić przerwy: sto dwadzieścia osiem, sto dwadzieścia dziewięć, sto trzydzieści, sto trzydzieści jeden… Właśnie w ten sposób skończyłem tomik Whitmana. Nazywa się
„Kim ostatecznie jestem?” 
Ktoś się śmieje?


- Cóż jeszcze mogę dla ciebie zrobić, człowieku?
- Daj mi jeszcze tę moc szaloną gaszenia wody ogniem…
(Internet blog 
Jana sierpień 08)



PS. Na koniec tej nibybzdury chcę jeszcze przypomnieć, że Whitman to facet od wiersza „Kapitanie! Mój Kapitanie!”. Tego, którym uczniowie Akademii Weltona w finałowej scenie „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” żegnają swego nauczyciela, Keatinga.  Nauczyciel jest oskarżany przez dyrekcję szkoły o spowodowanie tragedii i odchodzi, wyrzucony z pracy. Uczniowie są jednak na zawsze odmienieni. Keating chciał, by go nazywano "Kapitanem" – ze względu na ów  wiersz. Dwie ostatnie z wypaczonych czterech podstawowych zasad Akademii (Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość) to  właśnie  moje brzuszki. Efekt bezdusznego kultu wartości zawsze przemijających.

06-07-2009 08:01:02

Komentarze (0)

Brak wystawionych opinii...

Wystaw komentarz

Nick:

Email:

Trerść:

« powrót