Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

E. Wedel, d. 22 Lipca


22.07.09


E. Wedel, d. 22 Lipca


Debiut nowego biustu Victorii Becham
Zbiegł się ze śmiercią filozofa Kołakowskiego
Pisze się też o przekazaniu broni jądrowej Birmie
Oraz modzie na rewirginizację  wśród chrześcijanek


Z tego wszystkiego biust V.B. rzeczywiście
Wydaje się najciekawszą sprawą
Zwłaszcza że zdjęcia
Są w doskonałej rozdzielczości


2009-07-22 22:24:55

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

(upo)Korzenie jednego słowa

 18.07.09

 

Wracałem wczoraj z Bielska Białej i słuchałem radiowej Trójki.
Przebojem godziny było ogłoszenie, w którym jakiś (zdesperowany najprawdopodobniej) krakowianin chciał zatrudnić „brygadę budowlańców – górali, niepijących”. Reporterowi, który wysmażył tego wakacyjnego ogórka przyszło jeszcze dodatkowo w upale zbierać opinie na ten temat i pewnie sprawa umarłaby po trzech minutach, gdyby nie ruch obrażonych zakopiańczyków, którzy w swej masie stwierdzili, że ogłoszenie to czysta potwarz ponieważ:
a/fachowcy rodem spod Tatr wcale tak ostro nie przelewają napojów z procentem, jak się powszechnie sądzi
 b/ picie fachowca jest czymś jak  najbardziej uzasadnionym i czym lepszy fachura, tym sprawa jest oczywistsza, więc o co chodzi.
W niewielkiej grupie respondentów, którzy mieli inne zdanie, przeważył natomiast pogląd, że dobrego budowlańca to ze świecą.
I już bym pewnie przełączył stację, bo zbliżał się pędem czas reklamowy, gdy usłyszałem, że to „to nie żadni budowlańcy, to wódowlańcy!”. Zachwyciłem się tak niespodzianie, że aż  po powrocie do domu zajrzałem do Wikipedii. A tu znów przeżyłem zaskoczenie. Jeśli bowiem trzymać się jej definicji, gdzie „budowla” to „każdy obiekt budowlany NIEBĘDĄCY budynkiem lub obiektem małej architektury, to dochodzimy do zadziwiającego wniosku, że budowlańcy, to z pewnością fachowcy, ale tacy, co to domu nikomu nie zbudują, bo nie od tego są. Jest to zadziwiająca zbieżność nazwy profesji z efektami jej działalności, co na przykład w przypadku wielu dziedzin rzemiosła od lat nie funkcjonuje.  Nie pokuszę się już co prawda o odpowiedź, co w takim razie powinni budowlańcy robić, ale wyłącznie
i tylko z tego powodu, że już bardzo chciałbym – a przy okazji zapraszam i innych - nacieszyć się nowosłowem „wódowlańcy”. Urzeka mnie bowiem piękno
w odnalezionej (wreszcie? po latach?) treści, że oto i takie polskie(wóda) i takie słowiańskie (wlańcy) zarazem. I że tak niepostmodernistycznie brzmiące,
a przy tym nowo, mimo trzeciego tysiąclecia.
Oczywiście, iż gdzieś w tle dałoby się odnaleźć słabą kolokację z angielskim „building”, ale to już naprawdę odległe rejestry i nimi bym się nie kierował. Podoba mi się „wódowlańcy” i basta! Stąd od dziś jestem za upowszechnianiem tego słowa. Np. propagujmy hasło „Wódowlaniec na prezydenta!”  Albo „Z wodowlańcem nie tańce!” czy też powiedzenie „Krzyż z wódowlańcem, jak z czaszek różańce”.
Od niedawna istnieje możliwość dodawania (ale i usuwania, ostrzegam!!!) komentarzy na tym blogu, więc można sobie przy ogórkowej porze pofolgować,
do czego zachęcam i o co proszę.
Już całkiem na koniec i na marginesie - nigdy nie miałem zaufania do pijących fachowców. Chyba, żeby byli to pisarze czy poeci, jak ulubiony przeze mnie
Charles Bukowski.
 
PS. Już lato. Moje wróble najmłodsze giną co i rusz przy próbach pierwszego lotu,
a wieczorami, gdy już upał zelżeje, niemoje koty ucztują na ich młodziutkich ciałkach, by w końcu resztę pozostawić mrówkom. Zmarł Leszek Kołakowski, wielki filozof marksistowski, który się zaparł. Jak to możliwe, że jest się przez lata za czymś, by potem być zażartym tego wrogiem? Jak sobie poradzić z uczuciem tak wielkiego oszustwa? Latem piszę wiersze, latem życie bywa weselsze. Powtarzam to po raz kolejny, bo wierzę mimo wszystko…

2009-07-20 10:29:21

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Lem pisze

11.07.09


o bezdomności intelektualnej. Lata myślę, jak to jest, że nie potrafię się odnaleźć tu, gdzie mieszkam,  w Czeladzi, czyli na granicy Śląska
z dawną Polską –z tą Polską, której mapa była przez dwieście lat tak niejasna i w tylu miejscach wątpliwa, że akurat tu, nad brzegiem Brynicy wydaje się być pewniejsza, niż w wielu innych miejscach, choćby w Bytomiu, Cieszynie, Gdańsku, Gliwicach, Lwowie, Wilnie, Wrocławiu czy Zabrzu. I nagle czytam o takim samym problemie… u Lema! Zadziwienie.
 Lem nie szuka jednak związku jedynie z ziemią, on szuka więzi także
z kulturą*. I może właśnie dlatego tak mocno trafia w sedno moich lęków. Kiedy wertuje – już po operacji oczu – „Dekadę Literacką” 
z wyborem francuskiej literatury, zauważa w niej bezmiar fajerwerków (fuj! cóż to za słowo! niepolskie!!) oparty o krew – w tym przypadku oczywiście niebieską, bo atrament – minionych twórców: Balzaca, Zoli, France’a, Saint-Exupery’ego, Prusta czy du Garda.
Prawda, że brzmią te nazwiska? Jasne, że można im przeciwstawić rodzimą wyliczankę, z pewnością od Sienkiewicza do Gombrowicza też nazbiera się sporo osobowości, ale… ale ja nie na nich się wychowywałem!! Tak, były dostępne. Owszem, niektóre i dziś są lekturą. Zgadzam się, może i nie znienawidzoną, a niejeden raz i taką, po którą sięga się z przyjemnością. Tyle, że mnie, również i dziś, wydaje się, że wychowałem się na niejasnej, mocno wątpliwej intelektualnej pulpie, bowiem my wszyscy, my pokolenie okresu PRL-u, byliśmy od za młodu kosmopolitami. Prozachodnimi kosmopolitami, dodam jeszcze dla tych, którzy są jakby troszkę od nas młodsi. Wszystko, co dochodziło zza Żelaznej Kurtyny było dla nas z gruntu lepsze, mądrzejsze
i piękniejsze, bo – i przede wszystkim – pachniało najpiękniejszą łąką, nieskrywaną wolnością, czytaj PRAWDĄ. Pamiętam Radio Luxemburg, wspominam Felliniego, Marinę Vlady, Paula Newmana i Wiliama Whartona. To był wielkie, wielkie ikony naszych młodości.
Lecz to poszukiwanie PRAWDY zabrało nam możliwość zbudowania solidnej podstawy dla naszej polskości. Nie jeden raz opisywałem już scenę z autobusu na wiedeńskim Praterze, kiedy na wpół pijany Jugosłowianin – wtedy byli jeszcze Jugosłowianie – poprosił „puść swoją muzykę, Polak!”.  Kiedy w odpowiedzi rozłożyłem bezradnie ręce, on patrząc mi w oczy powiedział „kto nie kocha swojej muzyki, ten nic nie kocha”. Nie potrafił zrozumieć, że my, Polacy kochaliśmy wtedy najbardziej Zachód, bo w nim widzieliśmy naszą utraconą polskość. Wracam do tej historii zawsze ze wstydem, ale coraz częściej także po to, by ilustrować tę naszą swoistą bezdomność. Jakieś zaburzenie tego myślenia spowodował w tym czasie wybór Polaka na papieża, ale przecież i to zdarzyło się w pewnym sensie na Zachodzie, a do tego  już po ukształtowaniu – czy można z dzisiejszej perspektywy tak powiedzieć? przecież przesłankami takiego myślenia było odrzucenie tzw. komuny – propanaeuropejskiego myślenia.
Stąd nadal wielu z nas jest w tym miejscu, co i ja. Jadą do Poznania
i czują, że stolica Wielkopolski, jakby z Polską za mało miała wspólnego; są na Śląsku Opolskim czy Kaszubach i czują się obco; Wrocław nazywają z przekąsem Breslawiem, a Lwów z piosenki Wysockiego wydaje im się w swej niedostępności bliższy, niż medialnie intelektualnie wytrzebiona Warszawa. Tak to niestety czuję.
Na szczęście w tym wszystkim jest jeszcze Kraków. Choć może za bardzo – pisze o tym z miłością ks. Tischner, ale miłość wybaczy przecież wszystko – „kumoterski”, choć może teraz/nieraz nachalnie zaangielski… to jednak tak bardzo polski! Chyba w nim jednym można
i dziś bez kozery utulić ową utraconą globalistyczną bezdomność.
W świecie, czyli nigdzie, w Polsce czyli w Krakowie - mieście Wojtyły, już wspomnianego Tischnera, Mrożka (uwaga, wyprowadził się!!) i właśnie… Lema!  A przecież -  i mimo to - autor „Opowieści o pilocie Pirxie”  napisał, że przyszedł czas, kiedy poczuł się intelektualnym wykolejeńcem ze współczesności, który nie dość, że wysiadł na przystanku pn. Hieronim Bosch, to jeszcze nie zamierza rozglądać się za jakimkolwiek autobusem w właściwą (czytaj: ku definiującemu się post – postmodernizmowi, o ile coś takiego naprawdę istnieje) stronę.
__________


*Jest blog o bezdomnych, a może raczej o bezdomności, jako swego rodzaju chorobie. W jednej z zamieszczonych tam opowieści zatrzymany za jazdę bez biletu pasażer prosi o wpisanie miejsca zameldowania: Księżyc. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na opozycję: bezdomny  – obywatel świata. Różnica wielka jak odległość z Ziemi do Słońca, a wynika jedynie ze sposobu postrzegania teraźniejszości. Tyle co  zmarły Michael Jackson ze swoimi setkami milionów wydanych płyt był z pewnością obywatelem świata. Ale można go zaliczyć także do pierwszej grupy, jeśli wspomnimy Michaela nieudacznika, Michaela przegranego, Michaela u kresu drogi -  czyli tego samego Michaela, tyle, że bez peruki, z żołądkiem wielkości orzecha włoskiego oraz setkami nakłuć po iniekcjach środków przeciwbólowych.
Artystę totalnego, który dotarł na Panteon wyruszając ze stutysięcznego Gary w Indianie i przypłacił to życiem.


2009-07-11 23:15:09

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Jak czytać wiersze

06.07.09


Wyliczanka


Ze znanych mi bliżej siedmiu kobiet pięć na pewno używa wibratora.
Cztery z nich są szczęśliwymi małżonkami.
A jedna nawet twierdzi, że jej facet ma spory temperament.
Czy to o czymś świadczy? Trudno tak wprost powiedzieć.
Może jedynie o schyłkowej roli jednej z dwu płci wśród
dominujących ssaków na tej planecie.


02.07.09


Kim ostatecznie jestem


„Wielu rzeczy pomagam się uczyć tobie, abyś stał się moim wychowankiem
Jeśli jednak krew podobna do mojej nie krąży w twych żyłach
Jeśli w milczeniu nie wybierasz kochanków i nie jesteś wybierany na kochanka
To jaki jest sens, abyś stał się moim uczniem?”
(Walt Whitman ,”Do chłopca z Zachodu”)


Najczęściej nie ma z kim rozmawiać o poezji. I nawet nie umiałbym podać pięciu argumentów komuś, kogo chciałbym do tego zachęcić. Dzisiejszego ranka czytałem jednak Walta Whitmana - okrzykniętego np.  mianem "największego amerykańskiego poety”, jego twórczość miała wpływ na filozofię transcendentalistów i na pragmatyzm,  a także na pokolenie Beat Generation i ruch hippisowski końca lat 60 – i wymyśliłem coś absurdalnego.
Mianowicie brzuszki.
  Od kilku lat mam za dużo tu i ówdzie i to raczej nie anoreksja czy inna żarłoczność psychiczna, a pasożytniczy tryb życia. Uwielbiam bowiem wpatrywać się w horyzont, w stricte metafizycznym jego wymiarze. Na takie lenistwo receptą jest ruch, a w nim właśnie owe brzuszki. Tym łatwiej, że na wiosnę koniugacje są najpełniejsze - ja robię brzuszki, ty robisz brzuszki, on/ona/ono robią brzuszki.
My, wy i oni także dają się wciągnąć w tę grę. Ale co zrobić, kiedy po pierwszej trzydziestce piekący ból rozrywa mięśnie karku, a w podbrzuszu właśnie ktoś rozpalił grilla? Tak oto powstał mój przeplataniec sportowo – poetycki: trzydzieści brzuszków, jeden wiersz, trzydzieści brzuszków, kolejny wiersz… Itd. itp. Wiersze oczywiście i w oryginale i w tłumaczeniu. W pisaniu także można robić przerwy: sto dwadzieścia osiem, sto dwadzieścia dziewięć, sto trzydzieści, sto trzydzieści jeden… Właśnie w ten sposób skończyłem tomik Whitmana. Nazywa się
„Kim ostatecznie jestem?” 
Ktoś się śmieje?


- Cóż jeszcze mogę dla ciebie zrobić, człowieku?
- Daj mi jeszcze tę moc szaloną gaszenia wody ogniem…
(Internet blog 
Jana sierpień 08)



PS. Na koniec tej nibybzdury chcę jeszcze przypomnieć, że Whitman to facet od wiersza „Kapitanie! Mój Kapitanie!”. Tego, którym uczniowie Akademii Weltona w finałowej scenie „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” żegnają swego nauczyciela, Keatinga.  Nauczyciel jest oskarżany przez dyrekcję szkoły o spowodowanie tragedii i odchodzi, wyrzucony z pracy. Uczniowie są jednak na zawsze odmienieni. Keating chciał, by go nazywano "Kapitanem" – ze względu na ów  wiersz. Dwie ostatnie z wypaczonych czterech podstawowych zasad Akademii (Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość) to  właśnie  moje brzuszki. Efekt bezdusznego kultu wartości zawsze przemijających.

2009-07-06 08:01:02

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz