Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Spojrzenie do wewnątrz

11.10.09


Czasem tak jest, że zaglądasz  wewnątrz siebie.
I oto dziś mamy do czynienia z takim przypadkiem. Poniżej prezentuję fragment opisujący me dzisiejsze zmagania z jednym z ostatnich fragmentów książki o L… - poniekąd mym literackim alter ego, tyle, że przyprawionym większą nutą piszczykowatości.
Akurat pastwiłem się - czy też raczej: L… się pastwił? - nad jego/swoim  nazwiskiem:
(…)
Tu L… po raz kolejny zatrzymał się nad zagadnieniem holocaustu, jakiemu od początku życia poddawane było jego nazwisko. „L…” brzmiało niby czytelnie i niby wyraźnie. Ale to „niby”  stanowiło  tajemniczy problem na  którym języki łamały sobie tyraliery rodaków  - bez względu na wiek, płeć, wykształcenie czy przynależność do społeczności lokalnej. L… nazywał się jednak „L…”  i bez względu na to czy nazwisko wzięło się od „Lęcha” ( tak w „Encyklopedii staropolskiej” wywodził Z. Gloger) czy od „Lachy” ( tu L… doszukiwał się czeskich korzeni i z niejasnych powodów był miłośnikiem piosenki z pogranicza Małopolski i Śląska Cieszyńskiego ze słowami:  „Ty, moja matusiu/ sprawże mi korale/ Nie wezmą mię Lachy/ wezmą mię Górale), L… przez pół wieku wieku swego życia poznał tak wiele przekręceń swego umiłowanego nazwiska, iż każde kolejne
wyonaczenie traktował nie tyle z przymrużeniem oka,
ile raczej z najczystszym zaciekawieniem.
W standardzie znajdowało się oczywiście „Lł…” (czytane „elllł…”), „Laska” (jeszcze jeden czechizm!!), nieco odważniejsze „Lasek”
i „Locko” ( to drugie bez pomysłu na interpretację), „Lyma” oraz  „Lacka” (czyżby to było pozbawione polskich liter „Łącka”?
Łącka Śliwowica?). 
Grupę średnią stanowiły przekręcenia odrobinę wykwintniejsze, niekiedy oparte już o odczytanie z błędem litery „L”. Tu dobrze pozycjonowało się „Lada”, „Lady” (czytane jednak  po polsku), „I…” oraz „IL…” (dürrenmattowatość tej wersji zawsze mile łechtała L…), a przede wszystkim „Lecha”, które będąc za-powiedzeniem  w słowie „klecha” miało swoje korzenie w głębokiej staropolszczyźnie i znaczyć mogło „zagon”, „grzęda”, a nawet „polana”.
Najwartościowsze jednakże wydawały się L… przekręcenia mające w sobie wymiar historyczny. I nie chodziło mu tu o wyboczanie nazwiska w stronę „Lech” czy „Ljech”. Te błędy postrzegał, owszem, jako miłe, lecz największą radość sprawiały mu inne – takie, dzięki którym  nazwisko nabierało głębszego, aż antycznego, wymiaru. Kryterium owo spełniało na przykład słowo „Lechita”  (które, choć wymyślone przez poetów i pisarzy,  nie przyjęło się niestety w języku). L… więc, niekiedy z dużym rozmysłem
i cierpliwością,  modulował głoski przedstawiając się nieznajomym
i w konsekwencji raz na sto, sto dwadzieścia przypadków otrzymywał później korespondencję adresowaną właśnie tym, tak pięknym, nazwiskiem.
W swojej kolekcji miał również L… przekręcenia opalizujące blichtrem światowym. Niewątpliwie do zjawisk należały „Latessa”(widać w nim pewne konotacje z Brodway’em, ale niewątpliwie popartym włoskim brzmieniem) i „La Tessa” ( adresowane ku La - Tessie Mongomery, pełnej czekoladowego uroku pisarce). Jego próżność mile też łechtało „Lafa”
( z tureckiego i arabskiego ulufe, czyli żołd, płaca) oraz  „Lama” (złotogłów, zwierzę, itd.) 
(…)
- Jak ja właściwie się nazywam? – pomyślał w końcu, nieco rozedrgany, L….


Ciąg dalszy tych męczarni rzecz jasna nastąpi(ł).
Dla zainteresowanych dodam jeszcze, że mam nadzieję skończyć książkę do Nowego Roku.
W głowie kłębi się bowiem Nowszy Testament.

12-10-2009 11:20:34

Komentarze (0)

Brak wystawionych opinii...

Wystaw komentarz

Nick:

Email:

Trerść:

« powrót