Witam w machomanii

[...] 

           Jakieś sześć lat temu odkryłem, że jestem Macho.
Taki prawdziwy, najprawdziwszy; tylko, że mam „o” z laską. Lubię bawić się tą myślą, od czasu do czasu zarażam nią kogoś i czekam na dowcipny return.
Ale machos to dziś raczej przeżytek, więc zwykle dostaje mi się po nosie. Nie jestem macho, mimo, że czasem tak właśnie piszę! Powiedzcie sami - kto widział macho, co nosi okulary? Wyobrażacie sobie Henka Chinaskiego w brylach?

Na koniec tego myślenia podzieliłem swój czas na nowo. Na trzy części, w tym jedna jest tylko dla mnie. W ten sposób zostawiłem sobie dość miejsca na pisanie.
I dlatego dziś jest ta strona.
Oraz te wszystkie teksty, do których zapraszam.
  

witajcie w machomanii

Napisz...zapytaj

Imię i nazwisko:

*

Email:

*

Telefon:

Treść:

*

Ile jest 6 + 2 = *

...

            
     Wszystkiego…!!!

                         Życzy w Nowym Roku 2010 
                                                           Wasz Macho


mach1.jpg

 

2009-12-24 13:44:58

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Wiara, nadzieja i miłość

21.12.09


Nie wiadomo, jak dokładnie narodził się kult Santa Muerte (Świętej Śmierci) w Meksyku, istnieje kilka teorii jego powstania. Niektórzy mówią, że narodził w 1965 roku  w stanie Hidalgo. Znane są także opinie, że jest on znacznie starszy i wywodzi się z czasów prekolumbijskich. Aztekowie wierzyli bowiem, że ci, którzy umarli śmiercią naturalną, udają się do krainy zmarłych, władanej przez boga i boginię śmierci. Aby dostać się do owej krainy, konieczne jest pokonanie wielu niebezpieczeństw, a po dotarciu do wrót świata umarłych należy złożyć dary panu i pani śmierci.

Jedna z najbardziej rozpowszechnionych wersji głosi, iż wiara w postać Świętej Śmierci, spełniającej życzenia i prośby, powstała w mieście Catemaco w stanie Veracruz w 1965 roku. Catemaco słynie z corocznych spotkań meksykańskich szamanów. Mówi się, że właśnie tam pewnemu chłopu na deskach płotu ukazała się figura Świętej Śmierci. Kiedy chłop pobiegł do pobliskiego kościoła i poprosił proboszcza, aby ten kanonizował Santa Muerte, ksiądz oczywiście odmówił. Od tamtej jednak pory mieszkańcy Catemaco zaczęli tłumnie odwiedzać tajemniczą postać (sami okrzyknęli ją świętą), żarliwie się do niej modlić, a przy tym prosić o łaski. Najczęściej - o uzdrowienie lub o rozwiązanie niemożliwych
do załatwienia spraw.

Santa Muerte zwykle przedstawiana jest jako ludzki szkielet odziany
w tunikę lub habit z kapturem. Jej atrybuty to kosa
(symbolizuje równość wszystkich ludzi wobec śmierci), klepsydra 
(przedstawia upływające życie) i kula ziemska (obrazująca takie samo działanie śmierci na całym świecie). Bardzo ważny jest kolor szaty.
Wierzący modlą się najczęściej o uzdrowienie bliskiego z nieuleczalnej choroby, ocalenie życia porwanych dla okupu lub o inne – mniejsze, acz niełatwe – sprawy. Takie, jak choćby sprowadzenie niewiernego męża do domu, opiekę nad synem, który zszedł na złą drogę, znalezienie pracy albo kochanka czy zdobycie pieniędzy w ważnej potrzebie. Niejednokrotnie za opiekunkę Świętą Śmierć obierają sobie osoby wykonujące niebezpieczne zawody, np. kierowcy,
policjanci czy uliczni handlarze.

Władze kraju nazwały Santa Muerte "narkoświętą", stwierdzając,
że jej wyznawcy rekrutują się głównie spośród marginesu społecznego. Wszyscy przeciwnicy "Świętej" konsekwentnie podkreślają, że jest to zjawisko o niewielkim zasięgu i znaczeniu, rozpowszechnione wyłącznie wśród biednych i przestępców, którzy nie są ani ludźmi wierzącymi, ani też ateistami, a jedynie wyznawcami kultu skrojonego na miarę ich przyziemnych wyobrażeń i potrzeb.

Jest jednak faktem, że z roku na rok przybywa wyznawców Świętej Śmierci. I to nie tylko wśród ubogich, ale także w kręgach klasy średniej. Jej wyznawcami stają się zarówno handlarze narkotyków, jak i ludzie
z VIP –owskim statusem, gospodynie domowe i rzemieślnicy, transseksualiści i bogobojni machos. Pozycja społeczna, wiek oraz preferencje seksualne nie mają dla wyznawców Santa Muerte żadnego znaczenia, bo „śmierć przyjmie każdego z nas”. Cechą wspólną jest natomiast pragnienie natychmiastowego cudu - poprawy losu teraz,
w tym życiu, a nie, jak to obiecuje tradycyjny kościół katolicki,
po śmierci.

Antropolog J. Katia Perdigon Castaneda, autorka książki „La Santa Muerte: Obrończyni Ludzkości” twierdzi, że zjawisko jest odzwierciedleniem współczesnego Meksyku:
- To popkulturowa mieszanka, w którym znajdujemy obok siebie elementy New Age, heavy metalu i kultu Matki Bożej z Gwadelupy.

Wydaje się, że fenomen Santa Muerte oddaje ciężką teraźniejszość kraju, w którym najbiedniejsi ludzie zdali sobie sprawę, że nikt nie jest
w stanie ich obronić. Uzmysławia też, jak ogromne może być rozczarowanie brakiem sprawiedliwości. I jak różne może być rozumienie słów Św. Pawła z pierwszego listu do Koryntian: „Tak więc trwają: nadzieja, wiara i miłość – te trzy, z nich zaś najważniejsza jest miłość”.

2009-12-21 14:38:29

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Wspomnienia… …

     2009-12-18

1989

Tamten mur od dwudziestu lat już w kawałkach
- mówi przyjaciel z Niemiec.
Tyle, że teraz kęski tortu opakowywane czasem
w kłamstwo.

Z kalendarza dat osobistych
rozstanie z pierwszą pracą,
„ na każdą bowiem sprawę
i na każdy czyn
jest czas wyznaczony
”*.

I jeszcze szalik  (to od matki)
na drutach zrobiony
z za krótką na współczesną modę
nogą.

Do dziś o nim idę przez to lepsze życie.
Po neoficku pogodny
trudne wspomnienia
utykam po kątach
jak sczerniałe chochoły.


*cytat z Księgi Koheleta


2009-12-18 14:22:45

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

W piaskownicy Szarlatana*

07.12.09

(…)
Dzień...8

grzbiet.jpg

Ból głowy całkowicie minął. Spróbuję dziś opisać ogół spostrzeżeń zgodnie z „prośbą” Demeter.
 Dionizos tak się urżnął, że Hera musiała go odprowadzić do łóżka. Nie ma ich już z godzinę, a właśnie wrócił Zeus i… znów przyszła Demeter, tym razem odwołała swój poprzedni nakaz opisywania wszystkiego, co widzę.
Dzień…9Wszyscy zakąszają i piją.
Dzień...10Na całym Olimpie czuć cebulą. Przybył nam nowy bóg – Jahwe, teraz porcja trzech chochelek ambrozji kosztuje drachmę.
(…)

Dzień…14
Porcja ambrozji nadal kosztuje dwie drachmy, ale jakby jest nieco mniejsza, choć Jahwe twierdzi, że od zawsze nakładał po dwie chochelki.
Dzień…15Jahwe wytłumaczył wszystkim zjawisko inflacji. Teraz ambrozja kosztuje trzy drachmy.
Dzień…16Okazało się, że chochelki były dziurawe. Teraz porcja ambrozji to jedna chochelka, ale za to pełna, bez strat, jakie wyrządzała dziura. Jahwe otworzył kantor , pożycza pieniądze wszystkim tym, których nie stać na ambrozję. Odkąd tu jestem nie najadłem się tak jak dziś, wydałem wszystkie pożyczone pieniądze.
Dzień…17Jahwe przyszedł rozmawiać o zwrocie długu, wraz z procentami. Dziś znowu się najadłem. Za ten posiłek i stare d ługi oddałem pióro i księgę, ale wciąż mogę pisać, bo mi  ją wydzierżawił.
(…)



okladka_m.jpg*Najpierw był mail. Odpowiedziałem „tak, chętnie przeczytam” i listonosz przyniósł książkę Stanisława Karolewskiego, antykwariusza i pisarza z Wrocławia. Teraz piszę  o „W piaskownicy  światów”. Fragment, który cytuję, jest dobrą wizytówką tego  snu - opowieści. Dobrą, lecz całkowicie niepełną.  „Piaskownica” jest bowiem nasycona fajerwerkami życia, które - choć równie, jak ten barwne – są przy tym zdecydowanie WSPÓŁCZESNE, zarówno w swej dekoracji wrocławskiej, jak i muzyce, a nawet literaturze. Dla mnie ta (o)powieść toczy się niestety za wolno i lojalnie o tym uprzedzam potencjalnych PT Czytelników. Oraz za mało w niej o historii miłości do Juliette z Pragi, specjalistki nie tylko od rynków finansowych Europy.
Za to w niejednym akapicie drzemie przypowieść, perełka zakończona celną puentą. Jest też tu pomysł, które mnie całkiem rozłożył na machobosssskie łopatki. To idea  zamieszkania w Tesco (w prywatnej korespondencji wyjaśniliśmy sobie ze S.K. problemy, które nieco mnie uprzedzały). Takie życie rozwiązuje stan nieposiadania pieniędzy! Oraz stwarza możliwość ich NIEUŻYWANIA! Ponieważ w innym miejscu swojego literackiego bytu jestem gdzieś w okolicach Foresta Gumpa (i jego wielkiego antybohaterstwa) nie uważam, żeby to rozwiązanie było zbyt karkołomne…
           Ktoś chce przeczytać?
           Cholera, nie wiem czy to można gdzieś kupić… Zapytajcie autora,
w końcu on od Szarlatana. Najlepiej zguglować i już!
„ W piaskownicy Światów”, Stanisław Karolewski, Szarlatan, Wrocław 2009.


PS. Link do mądrzejszej recenzji :
http://www.forumksiazki.pl/topics7/w-piaskownicy-swiatow-stanislaw-karolewski-vt12362.htm

2009-12-10 20:14:46

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Co mówi twój Budda?

29.11.09


British Museum w Londynie ufundowano w 1753 roku,
w pierwszym roku po zmianie kalendarza juliańskiego na gregoriański. Obecnie zwiedza je corocznie ponad pięć milionów osób. Przez dwa i pół wieku, które upłynęły od przejęcia przez króla Jerzego II kolekcji lekarza
i przyrodnika sir Hansa Sloane'a udało się zgromadzić  w jego siedzibie eksponaty dokumentujące historię życia ludzi na Ziemi od jego prapoczątków przed dwoma milionami lat, aż do zupełnie
nieodległych zdarzeń  końca drugiego millenium.

Do najbardziej znanych zalicza się zebrane tu rzeźby
z ateńskiego Parteonu, benińskie brązy,
Listy z Amarna, Kamień z Rosetty, szkic Leonarda da Vinci
„Antyczny wojownik" i egipskie mumie.
Są tu także miliony mniej znanych przedmiotów i prac,
a turyści ze wszystkich kontynentów z przyjemnością
odszukują wśród nich te dotyczące ich rodzimych kultur.

W części poświęconej Azji (nazywanej od osoby fundatora
Joseph E. Hotung Great Court Gallery) znaleźć można
na przykład wiele pięknych posągów Buddy.
Trzy spośród nich stoją w grupie i zwracają
na siebie szczególną uwagę.
Pierwszy to rubaszna postać z wypiętym gołym
brzuchem, który cały sobą zdaje się twierdzić:
„Tak, świat nie jest po coś! On jest, aby cieszyć się życiem!”
Drugi z posągów to postać o wiele poważniejsza.
Czoło ma zamyślone, oczy świdrują, a usta nigdy pewnie
nie zaznały śmiechu. Ta postać spogląda w oczy gościa,
jakby chciała mu uświadomić:
„Świat jest po coś! Pomyśl nad tym.”
Ostatni z Buddów jest jeszcze surowszy. A majestatu
dodają mu stojące obok groźne sylwetki sędziów.
Ten posąg wydaje się twierdzić:
„Świat jest po coś, a ty na koniec swojego życia
zostaniesz z tego, co robiłeś,  rozliczony!”

Goście Muzeum oglądają te posągi po kolei i przystają przy każdym. Zwykle przed którymś z nich zatrzymują się na dłużej.

Nikt jednak nigdy nie przeprowadził badania, któremu 
z Buddów turyści poświęcają najwięcej uwagi.

Nie wiadomo również czy takie badanie miałoby jakikolwiek sens,
bo nie są znane powody dla których turyści bardziej
interesują się tym, a nie innym Buddą.

2009-11-29 16:15:54

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Piramida z chciwości*

Ludzie i małpy: Bajka o Wall Street


18.11.09

Pewnego razu do wsi w głębi dżungli przybył człowiek z miasta
i ogłosił, że kupi małpy w cenie 10 $ za sztukę.
Wieśniacy nie byli myśliwymi, lecz rolnikami.  Do tej pory każdego dnia widzieli ogromne ilości małp baraszkujących w dżungli, ale nie mieli z nich żadnego pożytku. Teraz, kiedy mogli wreszcie na małpach zarobić,
nie zawahali się i z miejsca ruszyli, by je łapać.
W ten sposób człowiek z miasta kupił tysiące
małp płacąc po 10 $ za sztukę.
Po jakimś czasie poszukiwanie i łapanie małp stało się trudne.
Kiedy ilość małp zaczęła spadać, wieśniacy powoli
zaprzestawali ich szukać.
Zaczęli wracać do swoich farm i na powrót uprawiać ziemię.
W gospodzie stwierdzili, że ta praca nie jest zajęciem wartym 10 $.
Wówczas człowiek z miasta podwoił stawkę. Stwierdził, że od teraz będzie płacił 20 $ za małpę. Nowa wyższa cena przywróciła wieśniakom ochotę do poszukiwań i po raz drugi opuścili domostwa
i zapuścili się do dżungli.
Wkrótce populacja małp zmalała jeszcze bardziej i wieśniacy zrozumieli, że lepiej będzie, gdy wrócą do uprawy ziemi, bo pieniądze za małpy
nie zapewnią im wystarczającej ilości jedzenia na zimę.
Ale gdy wrócili do wioski czekała na nich doskonała  wiadomość.
Cena małp podskoczyła ponownie i człowiek z miasta płaci już po 25 $
za sztukę! To uskrzydliło myśliwych, którzy, mimo upałów,
pognali z powrotem do dżungli.
W niedługim czasie małpy stały się taką rzadkością, że nawet przez kilka dni nikt nie potrafił żadnej zobaczyć. A cóż dopiero, żeby złapać!
Taki wysiłek nie był wart nawet 25 $, zniechęceni wieśniacy
wrócili na farmy. Lecz było już za późno, by zaczynać uprawy,
właśnie nastała jesień.
Na szczęście, z wcześniejszej sprzedaży uzbierali trochę pieniędzy
i będą mogli zapewnić rodzinom skromne jedzenie na zimę.
I wtedy okazało się, że człowiek z miasta nie powiedział jeszcze ostatniego słowa! Z tą samą, co poprzednio swadą ogłosił, że kupi małpy po 50 $ za sztukę! W wiosce zawrzało. Tak, teraz to był bajeczny interes! Wszyscy marzyli, bo złapać chociaż po kilka małp. I żałowali,
że z tak łatwo pozbywali się ich, gdy mężczyzna płacił tylko po 10 $.
Tego samego dnia mężczyzna poinformował ich również, że musi wracać do miasta w pilnych interesach. Dopóki nie wróci, we wsi pozostanie
jego asystent, który będzie kupował małpy w jego imieniu.
Zaledwie mężczyzna opuścił wioskę, asystent zwołał
wielkie zebranie i rzekł  do zgromadzonych:

  
- Zdaje wam się, że zarobiliście sporo sprzedając małpy, prawda?
Lecz czy nie chcielibyście zarobić o wiele więcej?
Czy nie marzycie o tym, aby dorobić się wielkich fortun?”
- Tak, tak! – krzyknęli zgodnie mieszkańcy wioski.


Asystent więc kontynuował:
- Mam tutaj przeogromną klatkę z małpami. Tak, to te same, które kiedyś od was kupił  mój szef. Sprzedam je wam wszystkie po 35 $ za sztukę!
A kiedy wróci z miasta mój patron, odsprzedacie je ponownie po 50 $
za sztukę! W ten sposób bez wysiłku osiągniecie zysk o jakim nawet nie moglibyście marzyć. Nie tylko uda wam się kupić jedzenie na zimę,
lecz starczy również na nowe telewizory z płaskim kineskopem!
Wieśniacy byli oszołomieni tak atrakcyjną propozycją. Szybko zebrali wszystkie posiadane oszczędności, wykupili co do sztuki małpy
i z niecierpliwością zaczęli wypatrywać człowieka z miasta.
Niestety, ani jego, ani asystenta już nigdy nie ujrzeli.
Wraz z nimi zniknęły też całe oszczędności. 
Za to małpy, które kiedyś wesoło hasały po dżungli,
mieli teraz wszystkie w wiosce.


Morał: Zamieńcie małpy na np. domy. Kiedy nadchodzi zima dla ekonomii nadal macie domy i mieszkania, które mieliście, ale po wyższej cenie. Kiedy ich cena spadnie do początkowej zadajcie sobie pytanie:
kto zgarnął wszystkie wasze oszczędności?



(autor anonimowy, tłumaczenie własne ze strony
www.democraticunderground.com)

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

        
 *Bernard Madoff, absolwent nieznanego szerzej Uniwersytetu Hofstra na Long Island w stanie Nowy York, działał w sektorze finansowym przez prawie 50 lat i zdobył sobie renomę solidnego i godnego zaufania konsultanta i maklera. Był jednym z założycieli NASDAQ, pozagiełdowego regulowanego rynku akcji z siedzibą w USA i oddziałami Japonii oraz Kanadzie. W latach 80. zaczął budować przestępczą "piramidę Ponziego", czyli fundusz inwestycyjny, w którym długi wobec starych inwestorów są regulowane z wpłat następnych inwestorów  - aż do wyczerpania się nowych źródeł gotówki.
Warunkiem powodzenia takiego przedsięwzięcia jest jednak stały dopływ „świeżych” pieniędzy. Kiedy w 2008 roku w USA wybuchł kryzys - podobny do Wielkiego Kryzysu z lat 1929 -1933 - ten system się załamał. Skalę oszustwa ocenia się na 65 000 000 000 $. W wyniku krótkiego procesu siedemdziesięciojednoletni  „guru Wall Strett”  skazany został na 150 lat więzienia (najwyższą karę dopuszczalną w Stanach Zjednoczonych) i utratę mienia do kwoty nie mniejszej niż 173 000 000 000 dolarów. Niejako przy okazji uznany też został przez media za największego oszusta wszechczasów.
Wśród poszkodowanych są przede wszystkim osoby majętne (często bardzo sławne) i banki, w tym te o największym stopniu wiarygodności, np. szwajcarskie. Kilku spośród klientów Madoffa popełniło samobójstwa.
Są jednak tacy, którzy uważają, że ta piramida powstała z ludzkiej chciwości, a wraz z Bernardem Madoffem do więzienia powinny trafić także niektóre jego ofiary, jak choćby przedstawiciele pokrzywdzonych banków.
 Kiedy prasa ogłosiła, że słynny finansista jest galaktycznym malwersantem, ktoś z ogrodu przy jego domu w Palm Beach ukradł rzeźbę przedstawiającą ratowników wodnych na wieżyczce. Dzieło sztuki miało wartość około dziesięciu tysięcy dolarów, o zdarzeniu została więc zawiadomiona policja, a zdjęcia gorliwie rozpowszechniła prasa. Kilka dni później skradzionych „Ratowników” podrzucono na teren klubu, którego członkiem był Madoff. Złodzieje jako bonus dodali kartkę z dedykacją:
 

"Do Berniego Kanciarza - lekcja: zwracaj skradzione dobra
ich prawowitym właścicielom. Podpisane przez Edukatorów
".

2009-11-18 22:50:39

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Najprostsza z odpowiedzi*

10.11.09

(...)

Troll internetowy  (Trollus Internauticus) Grzegorz Bączyszczykiewicz
w wieku dwudziestu trzech lat miał zwyczaj surfowania po portalach społecznościowych. Pewnego dnia na jednym z forów poznał kobietę starszą od niego i ku swemu zdziwieniu długo z nią rozmawiał,
a w rozmowie unikał typowego dla siebie pieniactwa.
Dzięki kamerze internetowej troll stwierdził, że kobieta jest bardzo atrakcyjna, a z rozmowy dowiedział się, że dotychczas nie była zamężna, nie ma  dzieci, a niedawno przeszła operację usunięcia guza piersi.
Mieszkała ze swym niepełnosprawnym ruchowo ojcem w niedużym zimnym mieszkaniu na przedostatnim piętrze wysokiego bloku z ciągle psującymi się windami i od lat połowę swej niewielkiej pensji musiała przeznaczać na spłatę kredytów, które w przeszłości poręczyła
fałszywej przyjaciółce.
Mimo to kobieta sprawiała wrażenie osoby zadowolonej
ze swego losu, co zdziwiło trolla, na co dzień wielkiego cynika.
Postanowił wyjaśnić ten stan. Na koniec wymienili więc adresy mailowe
i obiecali do siebie pisać, co u trolla, żyjącego z zasady anonimowo,
było czymś zupełnie wyjątkowym.
Następnego dnia Bączyszczykiewicz otrzymał od kobiety list takiej treści:


Dziś śniła mi się
wanna pełna czystej
wody,
której wciąż przybywało.
Podobno czysta woda, to
szczęście,
wiec jak mi go jeszcze
przybędzie w życiu to
 zupełnie zwariuję,:)


W odpowiedzi  troll nie wytrzymał i wprost spytał, skąd bierze się w niej owa wielka radość życia.


Jestem od lat zakochana! - otrzymał najprostszą z możliwych wyjaśnień.
„I choć mój ukochany jest daleko, to siła miłości pozwala mi pokonywać wszystkie przeszkody…”

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _



*To pierwszy fragment nienapisanej jeszcze książki
pod roboczym tytułem „ (i nie)Śpieszmy się…” .
Oby cała była pełna tak dobrych myśli!

2009-11-10 14:37:50

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Szmalcownik współczesny*

Katalog:  rodzaje polsko - ukraińskiej przyjaźni


03.11.2009

W mojej saunie – nazywanej w innym miejscu nomen-omen „Para_Europejską” -zdarzyło mi się dziś usłyszeć taki oto krotki dialog:

(…)
 

 

 - A gdzie zniknął  J.?
  - J.? Jest na Ukrainie!
  - I nie bał się świńskiej grypy?
  - …wprost przeciwnie! Kupił 20 tysięcy maseczek
    jednorazowych po 20 groszy i pojechał je sprzedać.
    Podobno chodzą po piątce sztuka…
  - … Aaaa!

(…)
     
     Poczuliście obrzydzenie? Wstręt?? Pomyśleliście„przecież ja…nigdy!!!”?
    W tym miejscu Anthony de Mello, hinduski jezuita mógłby pewnie przypomnieć przypowieść o Dobrej Nowinie (zapisaną w  tomie „Śpiew ptaka”), jaką Jezus Chrystus opowiadał swoim uczniom. W historii tej Jezus wzywa na służbę dwóch braci. Starszy z nich przyjmuje propozycję
i porzuca wszystko najważniejsze w dotychczasowym życiu: rodzinę i kraj, który kocha. Wyjeżdża więc za granicę, a w  obcym miejscu jest fałszywie oskarżony, prześladowany i w końcu zamordowany.
   Natomiast drugi z braci odmawia prośbie Jezusa i wiedzie życie szczęśliwe. Powodzi mu się w interesach, jest sławny, nie stroni od rozdawania jałmużny, a nawet wspomaga biedaków, którymi opiekuje się starszy brat. Po latach obaj bracia spotykają się przed obliczem swego Pana, a ten – ku zdziwieniu starszego brata -  daje im tę samą nagrodę
i zaprasza do swego królestwa. Po zastanowienie starszy brat dziękuje jednak Jezusowi :„Panie, nawet nie wiedząc o tym, gdybym miał się na nowo urodzić i żyć na powrót, zrobiłbym dla Ciebie dokładnie to samo”.
   Czy w swoim życiu nie zdarzyło wam się  - nawet tylko jeden, jedyny raz –   postąpić, jak ten szmalcownik z sauny(Polski)  „Para_Europejskiej”? 
  Czy nie jest tak, że potępiając J., umacniamy z fałszywą radością własne
  ego?


_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

*18 marca 19 43 roku Kierownictwo Walki Cywilnej Armii Krajowej ogłosiło:


„Każdy Polak, który współdziała z ich (Niemców – przypominam młodszym PT. Czytelnikom) morderczą akcją czy to szantażując, czy denuncjując Żydów, czy to wyzyskując ich okrutne położenie lub uczestnicząc w grabieży, popełnia ciężką zbrodnię wobec praw Rzeczypospolitej Polskiej
i będzie niezwłocznie ukarany.”


Ale przecież mamy już XXI wiek i chodzi o Ukrainę!
Lubicie Ukraińców? Naprawdę lubicie?

2009-11-03 11:20:59

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

0+0=1

31.10.2009

to wątpliwe równanie
jest być może definicją wszechświata*
ale w cudzie codziennym
to moja nierównia życia


każdego dnia
gdy otwieram oczy
i zza powiek witam obłęd post post-czegoś tam
dziękuję nim (h! nie wiedzieć komu)
za nieeuklidesowy bezmiar
piękna


kiedy czytasz ten wiersz
kiedy topisz w zerach zamyślone oczy
o sobie czytasz
poeto własnego życia
twoje szczęście to z dwóch nic
urachowane  jeden


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


*Za jeden z możliwych sposobów powstania postrzegalnego przez nas świata (alternatywny do Wielkiego Wybuchu)  uważa się obecnie tzw. model zderzeniowy, który wyjaśnia, że nasz wszechświat powstał w wyniku kolizji dwóch różnych „pustych”, czyli bezgwiezdnych, kosmosów (0+0=1). Założenia tej teorii – dość popularnej, bo dobrze spasowanej z teorią strun zakładającą istnienie wielu wymiarów - zbudowano w oparciu o mechanikę kwantową, której nie jest w stanie wytłumaczyć żaden zdroworozsądkowy ciąg myślowy.
Jak widać, nie tylko w życiu bywa więc tak, że suma dwóch zer wydaje zaskakujące owoce.
 

2009-10-31 00:00:00

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Dojczland i inne zjawiska pogodowe

21.10.09

 Tak, już późna jesień. Przez chwilę postraszyła nawet centymetrami śniegu, ale zaraz się zreflektowała i moje delikatne datury nie zmarzły, choć one, podobnie jak ja, na pierwsze zimno zupełnie nie są odporne.
Z rąk studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego (owszem, tego samego,
za którym relacjonowałem epizod z  rozpoczęcia 646 roku akademickiego) dostał mi się „Dojczland” Stasiuka.
Do Andrzeja Stasiuka,  w całości, mam stosunek nieco nabożny, choć nie wyczuwam w nim tej nuty poetyckiej, którą chciałbym widzieć w prozie. Jak można przeczytać w książeczce  - 111 stron, a Autor zachęca na okładce w niewyszukany sposób: "Jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera… Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru.” - każdy ma swoje Niemcy.
Inne, gdy jesteś literackim pojawieniem, inne, kiedy tłumaczonym twórcą, a jeszcze inne, gdyś dzieckiem czy starcem PRL-u.

W oddali, za każdym razem, majaczy Bundesrepublika opowieści polsko – polskich, a miejscami pojawia się NRF uprzedzeń („jak długo będziecie jeszcze kradli nasze samochody?”) oraz NRD jako „brakujące ogniwo pomiędzy Słowiańszczyzną, a Germanią”. I są oczywiście dworce oraz stacje – także te drogi krzyżowej codziennej – podróży. Lecz na koniec każdy czytelnik znajdzie u Stasiuka swoje Niemcy. Te własne, osobistą hydrę przez lata całe niepokojącą: zamożnością, czasem wywyższeniem,
niejednokrotnie samoponiżeniem.

Ja sam wspominam przy tej okazji „moich” obywateli RFN, którzy na parkingach autostrad do Bonn, Hamburga czy Zagłębia Ruhry obchodzili naokoło dorobek życia całej rodziny (małego fiata) i  znacząco mlaskając komentowali (czasem niekiedy, o zgrozo, po polsku!) ten ów  „polski mercedes”. Moje Niemcy to jednak także młodość rówieśników – nasto -
i – dziestolatków wówczas - co spędzali noce na poszukiwaniu niemieckich korzeni przy równoczesnym zimnopostwojennym rozpamiętywaniu losów dziadków i rodziców. Tu dysonans był zaś tak ogromny, że pozwalał z każdej myślowej potyczki wyjść Polakiem.
To wszystko właśnie dzięki „małemu” Stasiukowi odnajduję.
Ale na niepogodę, która jest immanentnym elementem listopadowej chandry - wiem, wiem! to przecież jeszcze październik! - lektury tej nie polecam. Za dużo w niej butelek o pojemności 0.7l, za mało sympatii, niewiele nadziei…


PS. Wśród zjawisk pogodowych (mam nadzieję, że o nieprzemijającym wymiarze) chciałbym jeszcze odnotować pojawienie się pp. (profesora poety) Bogusława Bierwiaczonka, który z charakterystyczną dla siebie dezynwolturą rozpanoszył mi się wokoło.  Pp. BB donosi za moim pośrednictwem, iż wciąż nie przypomniał sobie słowa – klucza do swego bloga, w związku z czym  pewna część jego osobowości dla PT Publiczności będzie przez jakiś czas dalej nieczynna. Równocześnie jednak profesor poeta tworzy i występuje. Na przykład ostatnio ogarnął go duch Waitsa-Springsteena i ułożył folkową balladkę.
Poza tym chwilowo pisze o metonimii w onomastyce.

Zaś dziś, o 19.30, gra  „Niekoncert pana BB” w bielskiej Galerii
u Franka Kukioły. Oczywiście zaprosił, gdyby kto spytał…

2009-10-21 19:29:40

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Spojrzenie do wewnątrz

11.10.09


Czasem tak jest, że zaglądasz  wewnątrz siebie.
I oto dziś mamy do czynienia z takim przypadkiem. Poniżej prezentuję fragment opisujący me dzisiejsze zmagania z jednym z ostatnich fragmentów książki o L… - poniekąd mym literackim alter ego, tyle, że przyprawionym większą nutą piszczykowatości.
Akurat pastwiłem się - czy też raczej: L… się pastwił? - nad jego/swoim  nazwiskiem:
(…)
Tu L… po raz kolejny zatrzymał się nad zagadnieniem holocaustu, jakiemu od początku życia poddawane było jego nazwisko. „L…” brzmiało niby czytelnie i niby wyraźnie. Ale to „niby”  stanowiło  tajemniczy problem na  którym języki łamały sobie tyraliery rodaków  - bez względu na wiek, płeć, wykształcenie czy przynależność do społeczności lokalnej. L… nazywał się jednak „L…”  i bez względu na to czy nazwisko wzięło się od „Lęcha” ( tak w „Encyklopedii staropolskiej” wywodził Z. Gloger) czy od „Lachy” ( tu L… doszukiwał się czeskich korzeni i z niejasnych powodów był miłośnikiem piosenki z pogranicza Małopolski i Śląska Cieszyńskiego ze słowami:  „Ty, moja matusiu/ sprawże mi korale/ Nie wezmą mię Lachy/ wezmą mię Górale), L… przez pół wieku wieku swego życia poznał tak wiele przekręceń swego umiłowanego nazwiska, iż każde kolejne
wyonaczenie traktował nie tyle z przymrużeniem oka,
ile raczej z najczystszym zaciekawieniem.
W standardzie znajdowało się oczywiście „Lł…” (czytane „elllł…”), „Laska” (jeszcze jeden czechizm!!), nieco odważniejsze „Lasek”
i „Locko” ( to drugie bez pomysłu na interpretację), „Lyma” oraz  „Lacka” (czyżby to było pozbawione polskich liter „Łącka”?
Łącka Śliwowica?). 
Grupę średnią stanowiły przekręcenia odrobinę wykwintniejsze, niekiedy oparte już o odczytanie z błędem litery „L”. Tu dobrze pozycjonowało się „Lada”, „Lady” (czytane jednak  po polsku), „I…” oraz „IL…” (dürrenmattowatość tej wersji zawsze mile łechtała L…), a przede wszystkim „Lecha”, które będąc za-powiedzeniem  w słowie „klecha” miało swoje korzenie w głębokiej staropolszczyźnie i znaczyć mogło „zagon”, „grzęda”, a nawet „polana”.
Najwartościowsze jednakże wydawały się L… przekręcenia mające w sobie wymiar historyczny. I nie chodziło mu tu o wyboczanie nazwiska w stronę „Lech” czy „Ljech”. Te błędy postrzegał, owszem, jako miłe, lecz największą radość sprawiały mu inne – takie, dzięki którym  nazwisko nabierało głębszego, aż antycznego, wymiaru. Kryterium owo spełniało na przykład słowo „Lechita”  (które, choć wymyślone przez poetów i pisarzy,  nie przyjęło się niestety w języku). L… więc, niekiedy z dużym rozmysłem
i cierpliwością,  modulował głoski przedstawiając się nieznajomym
i w konsekwencji raz na sto, sto dwadzieścia przypadków otrzymywał później korespondencję adresowaną właśnie tym, tak pięknym, nazwiskiem.
W swojej kolekcji miał również L… przekręcenia opalizujące blichtrem światowym. Niewątpliwie do zjawisk należały „Latessa”(widać w nim pewne konotacje z Brodway’em, ale niewątpliwie popartym włoskim brzmieniem) i „La Tessa” ( adresowane ku La - Tessie Mongomery, pełnej czekoladowego uroku pisarce). Jego próżność mile też łechtało „Lafa”
( z tureckiego i arabskiego ulufe, czyli żołd, płaca) oraz  „Lama” (złotogłów, zwierzę, itd.) 
(…)
- Jak ja właściwie się nazywam? – pomyślał w końcu, nieco rozedrgany, L….


Ciąg dalszy tych męczarni rzecz jasna nastąpi(ł).
Dla zainteresowanych dodam jeszcze, że mam nadzieję skończyć książkę do Nowego Roku.
W głowie kłębi się bowiem Nowszy Testament.

2009-10-12 11:20:34

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Już po!

02.10.2009

Uff… Tak, już po wieczorku!
 Czy był udany czy nieudany, czy za długi czy może za smutny?
Czy wartościowy?
Kiedy pisze się literackiego bloga nie można pominąć tak ważnego zdarzenia i trzeba sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Tym bardziej, że od trzech dni Doris, mój i Jarka  artystyczny ojciec Apollo, tłucze mi do głowy przy każdej rozmowie Napisz, musisz, napisz! Są zdjęcia, potrzeba tekstu”. Ok., więc w końcu piszę
(i informuję przy okazji):

że osób było więcej, niż przydarzyło się to Wisławie Szymborskiej* ( o 2),
że nie było rodziny,
że do białego i czerwonego wina jedne były kieliszki,
że poeta Romuald wymienił tomik, a poeta Piotr na braki zwrócił uwagę,
że malarza Jarosława zapisano „na ściany” w II kwartale 2011,
i  że

Hildegarda, choć taka chora, to całkiem jednak była…

 
Kiedy tak to wszystko sobie układałem, kiedy już miałem napisać  iż... oraz oraz… (czy może jeszcze również również…) syn wrócił z 646 inauguracji roku akademickiego na UJ-cie i to on zapytany został „co tam?”. 
Opowiedział, co następuje:

 
Jednym z tegorocznych gości w Auditorium Maximum był  Anders Björck -marszałek Parlamentu Szwecji,  a wcześniej m.in. Przewodniczący Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy oraz minister obrony Szwecji. Ów szacowny gość nawiązując do tradycji Uniwersytetu Jagiellońskiego i w kontekście wystąpienia (też obecnej)  minister i profesor Barbary Kudryckiej przytoczył swą udzieloną w innych okolicznościach  odpowiedź na pytanie o przyszłość tzw. „nowych”

wyższych uczelni: „Cóż, pierwsze pięćset lat może być zwodnicze…
ale później… później powinno pójść już gładko!”

 
Prawdę mówiąc, te słowa są i moją całą odpowiedzią na pytanie „ no i co po wieczorku, głupku?”. Może już za dziesięć, piętnaście  lat będę potrafił odnieść się do sytuacji, w  której  niezbyt udolnie czytane, ale MOJE teksty budzą zainteresowanie (ach, ten czytacz! czyż on nie mógł być lepszej maści??!!).  
 Lecz dziś… nie!

Dziś mam dla wszystkich, co przyszli, jedynie chapeau bas.
Zwyczajne chapeau bas.
Po prostu chapeau bas.


 - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
*w „Wieczorze autorskim” :


Muzo, nie być bokserem to jest nie być wcale.
Ryczącej publiczności poskąpiłaś nam.
Dwanaście osób jest na Sali,
już czas, żebyśmy zaczynali.
Połowa przyszła, bo deszcz pada,
reszta to krewni(..)


(źródło: http://www.pan.net/szymborska/poezje.htm)


fotoreportaż ze spotkania tutaj >> na stonie Bazyliszka

2009-10-02 15:06:18

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

MACHO.JPG

Pub
BAZYLISZEK
Salonik Sztuk Rozmaitych
Bielsko-Biała, Ul. Wzgórze 8
www.bazyliszek.info

2009-09-11 08:30:41

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Urlop-podsumowanie

05.09.09


Urlop-podsumowanie (wpis w  stylu popularnym - cz. I)
 


Ilość dni:20
 Kraj: Chorwacja
 Liczba straconych kilogramów: 2
 Przeczytane książki(liczbowo i stronicowo): 6, 2200 stron
Nabyte umiejętności: pływanie na windsurfingu  na poziomie intermediate


Urlop-podsumowanie (wpis w  stylu popularnym - cz. II)
 

             
             Przeczytane książki (tytułami):
             1.Ada czyli Żar. Kronika Rodzinna, W. Nabokov
             2.Podróż, S. Dygat
             3.Moja Toskania, V. Casetti
             4.Władca Barcelony, Chufo Llorens
             5.Nowohucka telenowela, R. Radłowska
             6.Listy do brata, V. van Gogh


1.Nabokov bawi się na całego i tylko ciężko powiedzieć czy sam czy także
(z) nami. Dr Froid, Delicja w Krainie Czarów, Weszka Fiki i Proust ponoć nie zajmują się „tumanieniem tumana” (czyli mnie, jako czytelnika) acz czynią to
z trójjęzyczną lekkością bez udziału zielonego dolara rosyjskiego. Katastrofa na poziomie przygotowania do odbioru en block. Za to szczegóły przepyszne.
Ocena : Nieczytata (słowotwórstwo a la V.N.) cegła. Dla tumana jak ja, w sam raz. Odradza poczucie zagubionych skrzydeł, ale ze świadomością, iż mają je inni.

2.
„Podróż” to jeszcze jedna historia w stylu ulubionego polskiego bohatera, Piszczyka. Tym razem sceną są Włochy – choć par excelance, wszystko rozpoczyna się od Warszawy -  a finałowe sceny na Capri jakby z rodowodem filmu Munka. Piszczykowatość polskiej natury (męskiej, męskiej!) to opoka na której niejeden prześmiewca  zbudował swego bohatera. U Dygata trudniej zaakceptować specyficzne poczucie humoru.
Z racji lat zatarły się aluzje do sceny literackiej (a może i aktorskiej), zostało zabawne  przypomnienie Tuwima :
   
Na stacji Chandra Unyńska
   Gdzieś w mordobijskim powiecie
   Telegrafista Piotr Płaskin
   Nie umiał grać na klarnecie…


Pytanie: jak odnaleźć właściwe fragmenty? Piszczyk by na nie trafił, my raczej nie. Może jeszcze dałby radę Franek Dolas. Polecam więc całość.


3.
Vito to dziennikarz TVN, florentczyk i Włoch przede wszystkim. W kuchni  rej wodzi zawsze Mamma oraz chianti (od receptury do adresów). Dowiadujemy się,
że Vito dobrze sobie żyje w Toskanii, nawet poznajemy wielu jego kumpli, którym on robi za to(darmową?) reklamę. Trudno tej książki nie przeczytać, jeszcze trudniej zaakceptować. Pomysł zwiedzania Florencji z Pamukiem (Czarodziejka
z Florencji), esejami Herberta czy z – już bardziej klasycznie – z poematami Dantego wydaje się o wiele lepszy, ale też trzeba na niego wpaść, podczas gdy Vito, fajny włoski kumpel jest pod ręką i o wszystkim po jednym zdaniu
z pewnością wspomni. Dobra rzecz z tej książki to lista miejsc gdzie turysta może spożyć prawdziwy włoski posiłek. Ja sam mam za sobą pewną pizzę pod „Dawidem”  na placu della Signoria,  więc wiem co nieco o podróbkach włoszczyzny bez uciążliwego rozpamiętywania, że oryginał dzieła Michała Anioła już od 136 lat stoi wewnątrz Galleria dell”Accademia, a to co oglądamy na placu della Signoria to zaledwie i jedynie profesjonalna  kopia.

4.
Jeśli ktoś chce zanurkować w hiszpańską wersję Miki Waltariego to „Władca Barcelony” jest jak najbardziej cool. Milion Hiszpanów kupiło tę książkę
w pierwszym roku po wydaniu, pewnie miliony na świecie też ją kupią. Dzielny bohater na tle sporów historycznych hrabiego Barcelony osiąga sukcesy i nie poddaje się przeciwnościom losu, gdy tymczasem hrabia zadurza się w mądrej
i nierozsądnej francuskiej damie, porywa ją i – z pewnym trudem – płodzi z nią kolejnych potomków. Opisane  w ten sposób brzmi to oczywiście obrzydliwie, ale wcale takie nie jest w czytaniu, dodaję gwoli sprawiedliwości. Ja sam przeczytałem w jeden dzień te siedemset stron z okładem.  W sumie więc – rewelacyjna lektura wakacyjna, z wyjątkiem oprawy, która woła o pomstę do nieba, jak to bywa
z oprawionymi na miękko cegłami. (Uff.. ulżyło mi, skończyłem na ten temat…).

5.
I teraz już „Nowohucka telenowela”, książka z pretensjami do zbioru literackich reportaży, której coś brakuje. (Najłatwiej jest pewnie krytykować, ale) Aż prosi się jakiś rzut historyczny, parę wyjaśnień, wtrąceń czy uzupełnień. Bohater to jedno
z niewielu miast na świecie zaprojektowanych od podstaw, „zwycięski” pomnik komu(socjali-?) zmu, który w wojnie z Krakowem uznał zwycięstwo hot culture i dał się pojmać w jasyr. Tyle, że pokazany przez ludzi, jakich znamy z TV.
A więc niby-fajnie, lecz do „Gottlandu” daleko.
Po lekturze czujemy się, jakbyśmy wrócili
z francuskiej kolacji - ani syci, ani głodni.  I na dodatek kucharzowi zamarzył się  eksperyment z odstawieniem przypraw.
Najbardziej zmartwiła mnie w tej książce recenzja/zachęta z tyłu okładki.
Stoi w niej, że wszystko na temat zostało w ten sposób opowiedziane.
To nieprawda, a jest wprost przeciwnie. Dopiero teraz widać, ilu smaków brakuje…


6.
Na koniec  0 „Listach…”.  Oczywiście już pisałem o nich, 18.08. Czy jestem pod wrażeniem? Nie. Raczej zapamiętałem, że kupienie seksu to dwu- lub trzyfrankowe uszczuplenie osiemdziesięciofrankowego budżetu, że kawą i fajką da się zapełnić niemal każde śniadaniowe menu i że rozpaczliwe poczucie samotności jest immanentną cechą wytężonej pracy twórczej. Zastanawiam się na ile miłość do Theo była u V. kupiona comiesięczną darowizną. I znów protestuję przeciw wpisowi na okładce. Vincent van Gogh był niewątpliwie wielkim malarzem, być może nawet genialnym, choć trzeba pamiętać, iż manierę impresjonistyczną zaadoptował, że jej nie stworzył. Ale czy był „wielkim człowiekiem”? Definicja człowieczeństwa skupia się w pojęciu homo sapiens – człowieka myślącego, który realizuje się w swojej misji życia publicznego, czy społecznego.  Nie mogą tu chyba być  miarą kwoty uzyskiwane na aukcjach  za „Słoneczniki” czy „Irysy”.

2009-09-07 08:18:32

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Ostatnie głusze Europy: Viganj

18.08.09


Z balkonu*** Dino jest tylko kilometr na Korculę, można by wpław popłynąć,
gdyby nie strach przed Jadrolinią, której wielkie białe statki włączają syreny, zaledwie coś pojawi się na ich drodze i nigdy nie zmieniają kursu. Dino jest Chorwatem, od Papa Dino przejął sprawy nie dalej jak trzy lata temu i teraz pędzi wściekle pomiędzy swoimi kapliczkami - trzema różnymi pracami, apartamentami na które wziął kredyt (to w nich mieszkamy), żoną z Sewilli oraz rodzicami 
- próbując dogonić coś, czego dogonić się nie da, czyli czas. W zalewie zajęć jakimś cudem Dino rzuca jednak czasem okiem na swych gości i oprócz przesłania nam talerza fig zerwanych tyle co, dostrzega sprawy, które go dziwią.
- Od trzech dni patrzę, jak twój syn zdejmuje deskę surfingową
z bagażnika samochodu i wynosi na balkon apartamentu 
- zaczepia mnie w połowie pobytu na schodach. 
- Po co? Ja tu mieszkam od trzydziestu lat 
i nigdy nie zamykam na klucz drzwi domu.
- Aha! - kiwam bez zrozumienia głową.
A wieczorem zaglądam do przewodnika i czytam:

„Viganj to Wind Surfers Paradise!!! To niewielkie miejsce rozłożone wzdłuż linii brzegowej Plejesaca znajduje się  vis a vis miejscowości Korcula na wyspie o tej samej nazwie, 8 kilometrów na zachód od Orebica. Ze swym wyjątkowym położeniem geograficznym, piaszczystymi plażami
i korzystnym kierunkiem wiejącego tu mistrala rzeczywiście
zasługuje na tę nazwę."

To wszystko wiem oczywiście. Tylko dlaczego nie napisali,
że Dino korzysta z Wi-Fi, ma motorówkę, dwa samochody
oraz suczkę z czterema sympatycznymi szczeniakami do wydania,
a przy tym nigdy nie zamyka drzwi od domu?
Wtedy przyjechałbym tu dużo mniej przypadkiem.
 

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

***
W Viganju czytam listy Vincenta van Gogha do brata Theo. Większa ich część dotyczy problemów finansowych znanych mi dobrze na przykład z  korespondencji Gombrowicza z Giedroyciem, czy - współcześnie - z niedawno zbankrutowanym właścicielem wydawnictwa I… (celowo pomijam pełną nazwę).
Van Gogh pisze m.in. :

„Zapewniam cię, że gdybyś przypadkiem przysłał mi kiedyś więcej pieniędzy, zrobi to dobrze obrazom, a nie mnie. Ja mam tylko jeden wybór: być dobrym, albo złym malarzem. Wybrałem pierwsze. Ale wymagania malarstwa są jak rujnujące kochanki,
nic nie można zrobić bez pieniędzy  i nigdy ich dosyć.
Toteż malarstwo należałoby uprawiać
na koszt społeczeństwa, a nie artysty.(…)
Na szczęście mój żołądek na tyle się poprawił,
że przez trzy tygodnie żyłem marynarskimi sucharami,
mlekiem i jajkami.”

Malarstwo czy też pisarstwo to bardzo samotne zajęcia. W tym drugim przypadku niemal każda encyklopedia dodaje jeszcze, że raczej zupełnie niedochodowe.
To z tego powodu na tak wiele lat odszedłem od maszyny do pisania.
Zanim wróciłem zdążyła umrzeć, co chyba jeszcze pogorszyło status tych,
którzy chcą operować słowem.

2009-08-18 08:08:15

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Dlaczego nie chcą rozmawiać

10.08.09


 Wspominam Chorwację jeszcze sprzed ośmiu lat, już bezpieczną, ale jednak wciąż jeszcze poszarpaną wojną. Napisałem z wtedy wiersz „Jadranska 2001 ”
w którym milczę gdy syn patrzy na zabite i zeszkielecone domy (co ciekawe, to bodaj jeden z ostatnich moich wierszy z interpunkcją, dziś już nie piszę w ten sposób). Pamiętam, że przez długi czas borykałem się z myślą by dopisać w nim jeszcze jeden wers, nawiązujący do utworu Goran Bregovica  „Kałasznikow”,
gdyż jego słowa  –

Boom boom boom boom boom
Chyba porwę cię
Dziewczyno
Boom boom boom boom boom
Chyba będziesz moja
Dziewczyno
………………………
Dziewczyno..............
Dziewczyno………..
Dziewczyno………..

Nikt jeszcze nie zdołał cię mieć


A ja cię porwę bo mam....
Kałasznikow (ruski rewolwer) kałasznikow kałasznikow
......................
Kałasznikow


Boom boom boom boom boom
Jesteś wojskową damą
Dziewczyno
Boom boom boom boom boom
Tylko ja cię zdobędę
Dziewczyno
………………………..
Dziewczyno!...............
Dziewczyno!...............
Dziewczyno………….

Tylko ja mogę cie mieć


Tylko ja mam
Kałasznikow kałasznikow kałasznikow *
........................


- dudniły mi wojenną kanonadą przy każdorazowym czytaniu.

 Od trzech dni jestem wreszcie na wymarzonym letnim urlopie. Znów w Chorwacji. Półwysep Plejesac to oaza dla kite’owców i windsurferów, stąd latem Polaków tu zatrzęsienie. To świetni ludzie, zorientowani na korzystanie z życia, a przy tym kontakt z drugim człowiekiem. Pierwszego dnia masz już garść znajomych, przez następne rozrasta się ona do pokaźnej grupy, aż w końcu znasz już niemal wszystkich i dopiero zmiana turnusów trzebi towarzystwo dając za to w zamian kolejne, na chwilę jeszcze nieznajome, twarze.
 Wczoraj w tutejszej szkółce surferskiej Mirka Małka – to nasz olimpijczyk
z Atlanty, piękny wydaje się człowiek – poznałem w ten sposób kilkanaście osób. Jedną z nich był całkiem sympatyczny brunet z zupełnie nieodległego mi na polski codzień miasta. Opowiadał o swoich wrażeniach z pobytu, niemal wszystko mu się podobało. I tylko jedna rzecz go zdziwiła. Chorwaci przestawali go rozumieć, kiedy pytał o wojnę.
-Nie chcą o tym rozmawiać! – gestykulował, gdy to mówił.
- A przecież jeszcze widać ślady!.
 Moje doświadczenia sprzed ośmiu lat są zupełnie podobne. W swej idiotycznej telewizyjnej osobowości spytałem sympatycznego chorwackiego gospodarza w taki sam sposób. Lecz on również nie odpowiedział, „nie zrozumiał”.
Na szczęście, nie powtórzyłem jeszcze raz pytania.
A on, wieczorem,  mimo to, miał dla nas kolejną butelkę pysznego białego wina.


*tłumaczenie za tekstowo.pl

2009-08-09 00:00:00

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Jeszcze o bezdomności intelektualnej


       03.08.09

 
Słuchałem wczoraj w I Programie Polskiego Radia reportażu mojego dawnego kolegi Jurka Zawardki, w którym bronił on godności żyjących jeszcze, a także i tych rozstrzelanych Powstańców Warszawskich. Akurat jest początek sierpnia,
a rocznica też dość jest okrągła, bo sześćdziesiąta piąta. Nie umiem pisać
o przeraźliwej głupocie, roztkliwiać się literacką formą nad szaletami łajna, co tylko z racji swej mnogości są w stanie zatopić największy okręt, więc wspomnę tylko,
iż rzecz była o ledwie żyjącym powstańcu (obecnie średnia wieku w gronie tych kombatantów to ponad 85 lat) , któremu współczesna policja zabrała magazyn powstańczej broni, mimo, że trzydzieści lat wcześniej nie miała do niej pretensji osławiona SB, bo uznała ją za zbiór bez wartości użytkowej  oraz o wypychaniu poza granicę działki symbolicznego krzyża pomordowanych przez Niemców w lesie sękocińskim, byle tylko terenowi przywrócić użytkową, czytaj handlową, wartość.
 
Jerzy pytał czy z dostatecznym szacunkiem czcimy naszych bohaterów.
W domyśle chodziło o naszą historię, tradycję i -  polskość. Nie dodzwoniłem się do niego niestety. Tak nerwowo zapisywałem telefon na klawiaturze, że pomyliłem cyfry. A nim znalazłem numer w Internecie audycja się skończyła. Jakie były odpowiedzi, pewnie nietrudno się domyślić. Dodam tylko tytułem zasiania ziarna optymizmu, że w studio był też trzynastoletni harcerz zauroczony historią,
i że z nadzieją w głosie broniła swoich obecnych i byłych uczniów dwójka pedagogów – historyków.

Ja także oczywiście chciałem ponarzekać, wściekły jak rzadko  byłbym pewnie wykrzyczał to, co teraz napiszę – że mój post o bezdomności intelektualnej wzbudził zaskakujące zainteresowanie, że niestety każda z osób, które  się wypowiadała uczyniła to anonimowo, że musiałem na poprośbę autora usunąć jedyny odważny wpis (dotyczył bezdomności korporacyjnej), że każdy z moich rozmówców do bólu czuł się bezdomny i bezpolski intelektualnie,
a jeśli już z jakimś miejscem deklarował związek, to był to właśnie Kraków.
I że siedemnastolatek odpowiedział, iż czuje się przede wszystkim europejczykiem, a jego dom, to te cztery ściany, bez ludzi… Oraz, że na koniec, na moje zabicie, damskie wykwintnie malowane usta spytały: ciebie to naprawdę obchodzi?
 
Powstanie Warszawskie stawia mnie na baczność z bezmiaru szacunku.
Na jego zrębach można zbudować każdą jedną polskość i każde człowieczeństwo.
Ktoś, kto się z nim identyfikuje, nie ma problemów z bezdomnością. Kilka dni temu czytałem o pięknej epidemii miłości, która łączyła w małżeństwa setki walczących (niektóre z tych małżeństw zrządzeniem losu przeżyły). I choć to może głupie
ta epidemia przypomniała mi inną, dżumy. Jak bowiem można przeczytać
w historycznych zapiskach, wtedy też na godziny przed śmiercią  ludzie sprawiali sobie wzajemnie największe z możliwych uprzejmości. Rozdawali pieniądze i dobra, sycili się, byli szczerzy, uczynni i otwarci. W obliczu pewnej, a niezawinionej śmierci radowali się…

To cud, krzyczę, że żyją jeszcze tamci ludzie(powstańcy) i to cud, płaczę, że nie umiemy im oddać właściwego szacunku. Tyle, że ten pierwszy cud jest prawdziwy, a ten drugi taki nasz, polski (boję się w tej chwili napisać, że coś jest polskie, ale piszę, bo wciąż jeszcze jestem z nadzieją). Ten drugi cud nazywa się CUDEM ZWYKŁYM GŁUPOTY, w skrócie CWG. On jest taki powszechny.
On tłumaczy wszystko, Jurku…

2009-08-03 07:38:43

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

E. Wedel, d. 22 Lipca


22.07.09


E. Wedel, d. 22 Lipca


Debiut nowego biustu Victorii Becham
Zbiegł się ze śmiercią filozofa Kołakowskiego
Pisze się też o przekazaniu broni jądrowej Birmie
Oraz modzie na rewirginizację  wśród chrześcijanek


Z tego wszystkiego biust V.B. rzeczywiście
Wydaje się najciekawszą sprawą
Zwłaszcza że zdjęcia
Są w doskonałej rozdzielczości


2009-07-22 22:24:55

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

(upo)Korzenie jednego słowa

 18.07.09

 

Wracałem wczoraj z Bielska Białej i słuchałem radiowej Trójki.
Przebojem godziny było ogłoszenie, w którym jakiś (zdesperowany najprawdopodobniej) krakowianin chciał zatrudnić „brygadę budowlańców – górali, niepijących”. Reporterowi, który wysmażył tego wakacyjnego ogórka przyszło jeszcze dodatkowo w upale zbierać opinie na ten temat i pewnie sprawa umarłaby po trzech minutach, gdyby nie ruch obrażonych zakopiańczyków, którzy w swej masie stwierdzili, że ogłoszenie to czysta potwarz ponieważ:
a/fachowcy rodem spod Tatr wcale tak ostro nie przelewają napojów z procentem, jak się powszechnie sądzi
 b/ picie fachowca jest czymś jak  najbardziej uzasadnionym i czym lepszy fachura, tym sprawa jest oczywistsza, więc o co chodzi.
W niewielkiej grupie respondentów, którzy mieli inne zdanie, przeważył natomiast pogląd, że dobrego budowlańca to ze świecą.
I już bym pewnie przełączył stację, bo zbliżał się pędem czas reklamowy, gdy usłyszałem, że to „to nie żadni budowlańcy, to wódowlańcy!”. Zachwyciłem się tak niespodzianie, że aż  po powrocie do domu zajrzałem do Wikipedii. A tu znów przeżyłem zaskoczenie. Jeśli bowiem trzymać się jej definicji, gdzie „budowla” to „każdy obiekt budowlany NIEBĘDĄCY budynkiem lub obiektem małej architektury, to dochodzimy do zadziwiającego wniosku, że budowlańcy, to z pewnością fachowcy, ale tacy, co to domu nikomu nie zbudują, bo nie od tego są. Jest to zadziwiająca zbieżność nazwy profesji z efektami jej działalności, co na przykład w przypadku wielu dziedzin rzemiosła od lat nie funkcjonuje.  Nie pokuszę się już co prawda o odpowiedź, co w takim razie powinni budowlańcy robić, ale wyłącznie
i tylko z tego powodu, że już bardzo chciałbym – a przy okazji zapraszam i innych - nacieszyć się nowosłowem „wódowlańcy”. Urzeka mnie bowiem piękno
w odnalezionej (wreszcie? po latach?) treści, że oto i takie polskie(wóda) i takie słowiańskie (wlańcy) zarazem. I że tak niepostmodernistycznie brzmiące,
a przy tym nowo, mimo trzeciego tysiąclecia.
Oczywiście, iż gdzieś w tle dałoby się odnaleźć słabą kolokację z angielskim „building”, ale to już naprawdę odległe rejestry i nimi bym się nie kierował. Podoba mi się „wódowlańcy” i basta! Stąd od dziś jestem za upowszechnianiem tego słowa. Np. propagujmy hasło „Wódowlaniec na prezydenta!”  Albo „Z wodowlańcem nie tańce!” czy też powiedzenie „Krzyż z wódowlańcem, jak z czaszek różańce”.
Od niedawna istnieje możliwość dodawania (ale i usuwania, ostrzegam!!!) komentarzy na tym blogu, więc można sobie przy ogórkowej porze pofolgować,
do czego zachęcam i o co proszę.
Już całkiem na koniec i na marginesie - nigdy nie miałem zaufania do pijących fachowców. Chyba, żeby byli to pisarze czy poeci, jak ulubiony przeze mnie
Charles Bukowski.
 
PS. Już lato. Moje wróble najmłodsze giną co i rusz przy próbach pierwszego lotu,
a wieczorami, gdy już upał zelżeje, niemoje koty ucztują na ich młodziutkich ciałkach, by w końcu resztę pozostawić mrówkom. Zmarł Leszek Kołakowski, wielki filozof marksistowski, który się zaparł. Jak to możliwe, że jest się przez lata za czymś, by potem być zażartym tego wrogiem? Jak sobie poradzić z uczuciem tak wielkiego oszustwa? Latem piszę wiersze, latem życie bywa weselsze. Powtarzam to po raz kolejny, bo wierzę mimo wszystko…

2009-07-20 10:29:21

Czytaj komentarze (1) / Dodaj komentarz

Lem pisze

11.07.09


o bezdomności intelektualnej. Lata myślę, jak to jest, że nie potrafię się odnaleźć tu, gdzie mieszkam,  w Czeladzi, czyli na granicy Śląska
z dawną Polską –z tą Polską, której mapa była przez dwieście lat tak niejasna i w tylu miejscach wątpliwa, że akurat tu, nad brzegiem Brynicy wydaje się być pewniejsza, niż w wielu innych miejscach, choćby w Bytomiu, Cieszynie, Gdańsku, Gliwicach, Lwowie, Wilnie, Wrocławiu czy Zabrzu. I nagle czytam o takim samym problemie… u Lema! Zadziwienie.
 Lem nie szuka jednak związku jedynie z ziemią, on szuka więzi także
z kulturą*. I może właśnie dlatego tak mocno trafia w sedno moich lęków. Kiedy wertuje – już po operacji oczu – „Dekadę Literacką” 
z wyborem francuskiej literatury, zauważa w niej bezmiar fajerwerków (fuj! cóż to za słowo! niepolskie!!) oparty o krew – w tym przypadku oczywiście niebieską, bo atrament – minionych twórców: Balzaca, Zoli, France’a, Saint-Exupery’ego, Prusta czy du Garda.
Prawda, że brzmią te nazwiska? Jasne, że można im przeciwstawić rodzimą wyliczankę, z pewnością od Sienkiewicza do Gombrowicza też nazbiera się sporo osobowości, ale… ale ja nie na nich się wychowywałem!! Tak, były dostępne. Owszem, niektóre i dziś są lekturą. Zgadzam się, może i nie znienawidzoną, a niejeden raz i taką, po którą sięga się z przyjemnością. Tyle, że mnie, również i dziś, wydaje się, że wychowałem się na niejasnej, mocno wątpliwej intelektualnej pulpie, bowiem my wszyscy, my pokolenie okresu PRL-u, byliśmy od za młodu kosmopolitami. Prozachodnimi kosmopolitami, dodam jeszcze dla tych, którzy są jakby troszkę od nas młodsi. Wszystko, co dochodziło zza Żelaznej Kurtyny było dla nas z gruntu lepsze, mądrzejsze
i piękniejsze, bo – i przede wszystkim – pachniało najpiękniejszą łąką, nieskrywaną wolnością, czytaj PRAWDĄ. Pamiętam Radio Luxemburg, wspominam Felliniego, Marinę Vlady, Paula Newmana i Wiliama Whartona. To był wielkie, wielkie ikony naszych młodości.
Lecz to poszukiwanie PRAWDY zabrało nam możliwość zbudowania solidnej podstawy dla naszej polskości. Nie jeden raz opisywałem już scenę z autobusu na wiedeńskim Praterze, kiedy na wpół pijany Jugosłowianin – wtedy byli jeszcze Jugosłowianie – poprosił „puść swoją muzykę, Polak!”.  Kiedy w odpowiedzi rozłożyłem bezradnie ręce, on patrząc mi w oczy powiedział „kto nie kocha swojej muzyki, ten nic nie kocha”. Nie potrafił zrozumieć, że my, Polacy kochaliśmy wtedy najbardziej Zachód, bo w nim widzieliśmy naszą utraconą polskość. Wracam do tej historii zawsze ze wstydem, ale coraz częściej także po to, by ilustrować tę naszą swoistą bezdomność. Jakieś zaburzenie tego myślenia spowodował w tym czasie wybór Polaka na papieża, ale przecież i to zdarzyło się w pewnym sensie na Zachodzie, a do tego  już po ukształtowaniu – czy można z dzisiejszej perspektywy tak powiedzieć? przecież przesłankami takiego myślenia było odrzucenie tzw. komuny – propanaeuropejskiego myślenia.
Stąd nadal wielu z nas jest w tym miejscu, co i ja. Jadą do Poznania
i czują, że stolica Wielkopolski, jakby z Polską za mało miała wspólnego; są na Śląsku Opolskim czy Kaszubach i czują się obco; Wrocław nazywają z przekąsem Breslawiem, a Lwów z piosenki Wysockiego wydaje im się w swej niedostępności bliższy, niż medialnie intelektualnie wytrzebiona Warszawa. Tak to niestety czuję.
Na szczęście w tym wszystkim jest jeszcze Kraków. Choć może za bardzo – pisze o tym z miłością ks. Tischner, ale miłość wybaczy przecież wszystko – „kumoterski”, choć może teraz/nieraz nachalnie zaangielski… to jednak tak bardzo polski! Chyba w nim jednym można
i dziś bez kozery utulić ową utraconą globalistyczną bezdomność.
W świecie, czyli nigdzie, w Polsce czyli w Krakowie - mieście Wojtyły, już wspomnianego Tischnera, Mrożka (uwaga, wyprowadził się!!) i właśnie… Lema!  A przecież -  i mimo to - autor „Opowieści o pilocie Pirxie”  napisał, że przyszedł czas, kiedy poczuł się intelektualnym wykolejeńcem ze współczesności, który nie dość, że wysiadł na przystanku pn. Hieronim Bosch, to jeszcze nie zamierza rozglądać się za jakimkolwiek autobusem w właściwą (czytaj: ku definiującemu się post – postmodernizmowi, o ile coś takiego naprawdę istnieje) stronę.
__________


*Jest blog o bezdomnych, a może raczej o bezdomności, jako swego rodzaju chorobie. W jednej z zamieszczonych tam opowieści zatrzymany za jazdę bez biletu pasażer prosi o wpisanie miejsca zameldowania: Księżyc. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na opozycję: bezdomny  – obywatel świata. Różnica wielka jak odległość z Ziemi do Słońca, a wynika jedynie ze sposobu postrzegania teraźniejszości. Tyle co  zmarły Michael Jackson ze swoimi setkami milionów wydanych płyt był z pewnością obywatelem świata. Ale można go zaliczyć także do pierwszej grupy, jeśli wspomnimy Michaela nieudacznika, Michaela przegranego, Michaela u kresu drogi -  czyli tego samego Michaela, tyle, że bez peruki, z żołądkiem wielkości orzecha włoskiego oraz setkami nakłuć po iniekcjach środków przeciwbólowych.
Artystę totalnego, który dotarł na Panteon wyruszając ze stutysięcznego Gary w Indianie i przypłacił to życiem.


2009-07-11 23:15:09

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Jak czytać wiersze

06.07.09


Wyliczanka


Ze znanych mi bliżej siedmiu kobiet pięć na pewno używa wibratora.
Cztery z nich są szczęśliwymi małżonkami.
A jedna nawet twierdzi, że jej facet ma spory temperament.
Czy to o czymś świadczy? Trudno tak wprost powiedzieć.
Może jedynie o schyłkowej roli jednej z dwu płci wśród
dominujących ssaków na tej planecie.


02.07.09


Kim ostatecznie jestem


„Wielu rzeczy pomagam się uczyć tobie, abyś stał się moim wychowankiem
Jeśli jednak krew podobna do mojej nie krąży w twych żyłach
Jeśli w milczeniu nie wybierasz kochanków i nie jesteś wybierany na kochanka
To jaki jest sens, abyś stał się moim uczniem?”
(Walt Whitman ,”Do chłopca z Zachodu”)


Najczęściej nie ma z kim rozmawiać o poezji. I nawet nie umiałbym podać pięciu argumentów komuś, kogo chciałbym do tego zachęcić. Dzisiejszego ranka czytałem jednak Walta Whitmana - okrzykniętego np.  mianem "największego amerykańskiego poety”, jego twórczość miała wpływ na filozofię transcendentalistów i na pragmatyzm,  a także na pokolenie Beat Generation i ruch hippisowski końca lat 60 – i wymyśliłem coś absurdalnego.
Mianowicie brzuszki.
  Od kilku lat mam za dużo tu i ówdzie i to raczej nie anoreksja czy inna żarłoczność psychiczna, a pasożytniczy tryb życia. Uwielbiam bowiem wpatrywać się w horyzont, w stricte metafizycznym jego wymiarze. Na takie lenistwo receptą jest ruch, a w nim właśnie owe brzuszki. Tym łatwiej, że na wiosnę koniugacje są najpełniejsze - ja robię brzuszki, ty robisz brzuszki, on/ona/ono robią brzuszki.
My, wy i oni także dają się wciągnąć w tę grę. Ale co zrobić, kiedy po pierwszej trzydziestce piekący ból rozrywa mięśnie karku, a w podbrzuszu właśnie ktoś rozpalił grilla? Tak oto powstał mój przeplataniec sportowo – poetycki: trzydzieści brzuszków, jeden wiersz, trzydzieści brzuszków, kolejny wiersz… Itd. itp. Wiersze oczywiście i w oryginale i w tłumaczeniu. W pisaniu także można robić przerwy: sto dwadzieścia osiem, sto dwadzieścia dziewięć, sto trzydzieści, sto trzydzieści jeden… Właśnie w ten sposób skończyłem tomik Whitmana. Nazywa się
„Kim ostatecznie jestem?” 
Ktoś się śmieje?


- Cóż jeszcze mogę dla ciebie zrobić, człowieku?
- Daj mi jeszcze tę moc szaloną gaszenia wody ogniem…
(Internet blog 
Jana sierpień 08)



PS. Na koniec tej nibybzdury chcę jeszcze przypomnieć, że Whitman to facet od wiersza „Kapitanie! Mój Kapitanie!”. Tego, którym uczniowie Akademii Weltona w finałowej scenie „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” żegnają swego nauczyciela, Keatinga.  Nauczyciel jest oskarżany przez dyrekcję szkoły o spowodowanie tragedii i odchodzi, wyrzucony z pracy. Uczniowie są jednak na zawsze odmienieni. Keating chciał, by go nazywano "Kapitanem" – ze względu na ów  wiersz. Dwie ostatnie z wypaczonych czterech podstawowych zasad Akademii (Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość) to  właśnie  moje brzuszki. Efekt bezdusznego kultu wartości zawsze przemijających.

2009-07-06 08:01:02

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Milongi

02.04.2009

       Znowu Borghes! Kilikasz w Wikipedię i niespodziewanie jest. Tym razem jako autor milongi o nożowniku, co zabijał na zlecenie polityka. A ty przecież szukasz zupełnie czegoś innego, masz jeszcze w pamięci ten wysłuchany w samochodzie reportaż i nieznaną kobietę, która mówi „oni tu przychodzą z różnych powodów.
Ale na koniec zawsze zostaje tylko ten jeden: zabijanie samotności, łamanie dystansu do drugiego człowieka”.
     
      Tango od milongi różni się zaledwie akcentem, dla ucha jak moje, ta różnica nie ma znaczenia. Wykwintne stroje - kiedyś mówiło się „toalety” – pot ocierany
z dyskrecją i zmęczenie przykryte światłem oczu. Urywek zapamiętany
z reportażu brzmi mniej więcej tak: „ … powstają nowe pary, rozpadają się stare. Nie wiadomo czy to dobrze. Zdarza się, że partner z tańca  zupełnie
nie sprawdza się w życiu.
A wtedy znów coś się kończy i znowu zaczyna”.
     
      Więc jest życie i jest śmierć (choćby nawet ta balladowa), jest zapamiętanie, jest gorąca Argentyna i wielki pisarz. Gdzieś w kącie siedzi także mumia macho.
I  śmieje się z tego, co widzi. Z mężczyzn, że się tak dali sponiewierać. Z kobiet, że zyskały wolność za cenę, której nie umieją unieść. Ze wszystkich – że nie potrafią tańczyć jak kiedyś. Bo gdy mistrzowie z Buenos Aires próbowali owładnąć swe polskie partnerki, nagle poczuli zdecydowany opór: „Nie! Tak blisko nie!
I w ten sposób też nie! Ja tańczę z tobą, ale ty tańcz ze mną! Poczuj mnie
i zatańcz tak, jak ja pragnę!”. 

 
Tan-go-mi-lon-ga, tan-go-mych ma-rzeń-i-snów! Niech-mo-je-ser-ce …
 


Właśnie! Więcej serca! Tu sami chorzy na samotność…

2009-06-04 14:33:25

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz

Pożegnanie Cezara

04.05.09


”Zamyslilem sie bez miary. Czytam Pani e -mails.
Cytuje pewne zdanie z Talmud.
Nie stworzyl nas Hashem ku czynieniu dobra. Dal nam milosc do czynienia dobra.
Jak blask slonca i jego w ksiezycu odbicie.
Jak rose i blask oczu. Ja sobie mysle, zhe moglo byc inaczej.
Ale Przedwieczny postanowil. Tak jest bo mialo byc. Nie mozna dyskutowac z rzeczywistosc.
Trzeba ja brac w dlonie i niesc dalej.
To prawo i obowiązek.”
(Jakub, Internet 2009)

   

     Moja wieloletnia znajoma ( widziałem ją raz w życiu, za to
wymieniamy czasem po dziesięć maili dziennie) od kilku tygodni
pisze mi raporty o stanie zdrowia jej [nie]znajomego, Cezara
( nie widzieli się nigdy, on jest zaimportowanym do Izraela Polakiem
z Kresów, ona mieszka na Śląsku Opolskim). Wiadomości są coraz gorsze
i wydaje się, że dni „Żyda” - jak go nazywaliśmy dopóki był zwykłym,
zdrowym miłośnikiem Internetu gdzieś spod Jerozolimy, obecnie
już nawet nie jest Czarkiem –  mogą być kompletnie policzone.
    
      Cezary stał jej się bliski w głębokiej fazie kryzysu związku,
w którym Dana wychowała już na ludzi trójkę młodzieży obu płci
- miał doświadczenia z rozpadu swoich dwu  małżeństw. Z kolei dla mnie
jego istnienie stało się ważne z zupełnie innego powodu - kiedy
poszukiwałem WSZYSTKICH piosenek Stanisława Staszewskiego,
ojca Kazika i – chyba – ojca całego Kultu. Przyjaźnię się z Daną,
a przez jakby zaprzyjaźniłem się z Cezarym.
     
 Kazika Staszewskiego nie znam, jego ojca tym bardziej nie
poznałem, za to obu szanuję. Danę uwielbiam, choć jest dla mnie
cielesnością opartą o niejasne wspomnienie pewnego spaceru
zakończonego niesmacznym jedzeniem pod Annabergiem
( po polsku Góra Św. Anny, ale czy można
tu jeszcze myśleć po polsku?).

 Natomiast jeśli idzie o Cezarego, nie widziałem nigdy
zdjęcia nawet. A jednak żegnam go właśnie w tej chwili, żegnam,
bo wiem, że to już tylko jego brat pisze maile do Dany
(te maile, oczywiście niektóre i w skróconej wersji,
ona przesyła mi potem na prywatną skrzynkę).
Mam świadomość, że cały ten obieg informacji jest wirtualny
i Cezary mógłby nawet nie istnieć, a ja i tak martwiłbym się o niego,
dziękował mu za te kilka chwil, w czasie których za pomocą klawiatury
i połączenia internetowego zrobił coś dla mnie ważnego,
czyli wysłał kilkanaście pirackich plików muzycznych.
      
 Ale Cezary jest, choć właśnie umiera w dalekim
ode mnie Izraelu. I nikt nie jest mu w stanie pomóc.
Bo mimo, iż cały ten świat wirtualny jest  trochę tylko prawdziwy,
to każdy z nas ma w nim tylko jedno jedyne prawdziwe życie.
A ono toczy się, jak w liście przytoczonym na początku.

2009-05-08 20:34:18

Czytaj komentarze (0) / Dodaj komentarz